Próbowałem być dobrym muzułmańskim chłopcem, ale byłem synem "tej białej kobiety" [WYWIAD]

- Mama nigdy nie uwierzyła ojcu, że ja i siostra zginęliśmy w wypadku. Przez lata nas szukała, wystawała pod domem, w którym mieszkaliśmy. Nam wtedy kazali się chować i siedzieć cicho. W końcu zrezygnowana odchodziła. Nie widziałem matki przez 30 lat. Po tym, jak nas jej zabrano, nigdy nie doszła do siebie - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Alexander Khan, syn Angielki i Pakistańczyka.
Alexander urodził się w 1975 r. w Wielkiej Brytanii. Kłopoty się zaczęły, kiedy jego rodzice się rozstali, a on z siostrą został uprowadzony przez swoich pakistańskich krewnych. Jednak prawdziwy dramat nastąpił po śmierci ojca, kiedy miał 11 lat - był nękany przez wuja, który uważał go za "dziecko diabła", wywieziony do Pakistanu, gdzie pobierał nauki w medresie, islamskiej szkole kształcącej mudżahedinów. Udało mu się uciec, gdy okazało się, że jest przeznaczony do ożenku ze swoją młodą kuzynką.

Swoją historię Khan opowiedział w książce "Islamski bękart", która w zeszłym tygodniu ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Nam udało się z nim porozmawiać. Dziś publikujemy pierwszą część wywiadu z Alexandrem.

Joanna Berendt, Gazeta.pl: W książce "Islamski bękart" opisujesz dramat swojego dzieciństwa, w którym rozdzielono cię z brytyjską matką. Tytuł książki po angielsku brzmi jednak "Orphan of Islam", czyli "sierota islamu". A ty sierotą przecież nigdy nie byłeś...

Alexander Khan: W islamie dziecko, które traci ojca przed tym, jak wejdzie w okres dojrzewania, staje się sierotą.

A Koran nakazuje: sierotę traktuj łagodnie.

- Tak. Prorok Mahomet był sierotą, co dodatkowo podkreśla specjalny status sierot w tej religii. Trzeba się nimi szczególnie opiekować.

No to się tobą ładnie zaopiekowali.

- Tylko nie wiń religii. Islam sam w sobie jest bardzo pokojowy. Ale wiesz, że zawsze znajdą się tacy, którzy będą chcieli wykorzystać religię do własnych celów, dla których potrzeba zadawania bólu innym będzie silniejsza niż nakazy religii.

U mnie tą osobą był wujek Rafiq. Został głową rodziny w domu, w którym mieszkaliśmy z siostrą po śmierci naszego ojca. Tata zmarł, jak miałem 11 lat. Rafiq był bratem naszej macochy - kobiety, którą ojciec poślubił w pierwszej połowie lat 70., zanim jeszcze wyjechał za pracą do Wielkiej Brytanii. I zanim poznał naszą mamę, którą też poślubił, mimo że miał już żonę. Uczynił to wbrew woli swojej rodziny.

Bo zakochał się w twojej mamie?

- Dziś wydaje mi się, że nigdy jej nie kochał. Ojciec zostawił ją, a nas - moją siostrę i mnie - zabrał ze sobą. Choć powinienem raczej powiedzieć, że nas "porwał". Byliśmy wtedy bardzo mali, ale jego rodzina naciskała, aby zostawił tę białą kobietę... I on uległ. Wywiózł nas na niecałe cztery lata do swojej rodziny w pakistańskiej wiosce, a mamie powiedział, że zginęliśmy z Yasmin w wypadku samochodowym.

Mama nigdy w to nie uwierzyła. Przez lata nas szukała. I to samodzielnie, bo policja na nic w takich przypadkach się zdawała, dla systemu byliśmy niewidzialni. W poszukiwaniu nas regularnie przychodziła do domu ojca, domu mojej ciotki. I przychodziła tam również wtedy, gdy po paru latach wróciliśmy do Anglii. Tyle że nam zawsze kazali się wtedy chować i siedzieć cicho.

Po śmierci ojca przestali jej w ogóle otwierać drzwi. Często więc po prostu wystawała pod naszym domem. W końcu zrezygnowana odchodziła. Aż w ogóle przestała przychodzić.

Moment. Mówisz, że twój ojciec nie tylko nigdy jej nie kochał, ale potem jeszcze świadomie skrzywdził ją w tak okrutny sposób?

- To była, niestety, częsta praktyka - i chyba niewiele do tej pory się zmieniło. Imigranci żenili się z Brytyjkami po to, aby mieć na Wyspach prawne umocowanie dla siebie i dzieci. Dzieci, które potem - jak to się zdarzyło w przypadku Yasmin i moim - zabierali matkom. Bo dzieci z tych związków były "w cenie".

Jak to: "w cenie"?

- Znasz problem aranżowanych małżeństw. Do zaręczyn często dochodzi już w momencie narodzin dziecka - przyszłego małżonka. A w Pakistanie, w którym Wielka Brytania przedstawiana była i jest jako kraina marzeń, szczytem ambicji rodzica jest zaręczenie córki czy syna z kimś, kto ma już brytyjski paszport. Dodatkowo zaręczyny to rodzaj transakcji finansowej - rodziny wymieniają się darami, najczęściej w grę wchodzą pieniądze lub ziemia.

W moim przypadku do takich "zaręczyn" doszło dopiero po śmierci mojego ojca. Wuj Rafiq zaaranżował małżeństwo z moją kuzynką, która wtedy miała nie więcej niż siedem lat. Ja byłem cztery lata starszy. O tym, że mam narzeczoną, dowiedziałem się kilka lat później...

Po śmierci twojego ojca wiele rzeczy się zmieniło.

- Tak, wuj Rafiq postanowił chyba, że w końcu ktoś odpowie za krzywdę, jaką mój ojciec wyrządził jego siostrze, którą zdradził z białą kobietą. Padło na mnie. Przez to, że byłem dzieckiem tej białej kobiety, nigdy nie myślał o mnie - i nie tylko on - jako o pełnoprawnym członku swojej wspólnoty. Przezywał mnie "kuffar" - to bardzo obraźliwe arabskie określenie na osobę niewierną, niewyznającą Allaha.

Pierwszy raz wyładował na mnie złość tuż po śmierci ojca. To była noc poprzedzająca jego pogrzeb, nie mogłem się uspokoić, nie chciałem pójść spać - jak chyba każdy 11-latek, który właśnie stracił rodzica. Wujka to jednak strasznie denerwowało - uderzył mnie tak, że złamał mi nos.

Później często bił mnie po twarzy, kopał albo podnosił za ucho - wierz mi, to dużo bardziej bolesne, niż może się wydawać. Zdarzało się też, że zamykał mnie w wygódce na podwórzu, w której nie było światła, ale która za to była pełna pająków... Trzymał mnie w niej całymi godzinami.

Twojej siostrze się nie obrywało?

- Nie. Była tylko dziewczynką. Ją widzieli jako kogoś, kogo bez trudu mogą ukształtować na posłuszną muzułmańską kobietę - w niedalekiej przyszłości żonę i matkę. Nie widzieli w niej zagrożenia. Zagrożeniem byłem ja. Byłem głównym owocem związku, który Rafiq uważał za szatański. Byłem "dzieckiem diabła".

"Diabła"? Dlaczego więc nie odesłał cię do matki?

- Do tej pory się nad tym zastanawiam. Wiedzieli przecież, gdzie mieszka. Ale myślę, że Rafiq był po prostu zadowolony, że ma kogoś, nad kim może się znęcać.

A powodów mu nie brakowało. Nie byłem bardziej niesforny niż przeciętny 11-latek, ale on za swoją misję uznał uczynienie ze mnie dobrego muzułmańskiego chłopca. Wysyłał mnie pięć razy dziennie do meczetu, a potem przepytywał z Koranu. I za każdym razem, jak nie potrafiłem poprawnie wymówić jakiegoś słowa z modlitwy - co zdarzało się bardzo często - to obrywałem.

Starałeś się?

- Bardzo się starałem! Ale nikt nigdy nie nauczył mnie ani czytać Koranu, ani nawet mówić porządnie po arabsku. Potrafiłem powiedzieć co nieco w paszto, języku regionu, z którego pochodzi moja rodzina w Pakistanie. Nauczyłem się go w trakcie mojego pobytu u krewnych. W domu mówiliśmy jednak po angielsku. Wszyscy wychowani w Wielkiej Brytanii muzułmanie tak mają.

A ja naprawdę próbowałem być dobrym muzułmańskim chłopcem. W meczecie modliłem się, robiłem wszystko, o co mnie proszono. Czułem, że zbliżam się do Boga.

A potem wracałem do domu i wuj Rafiq znów pod byle pretekstem okładał mnie po ciele, wyzywając od "kuffarów". Tak samo traktowała mnie siostra mojego ojca, ciotka Fatima. Czułem, że niezależnie od tego, jak bardzo będę się starał, nigdy nie znajdę w ich oczach aprobaty i nie stanę się tym dobrym muzułmańskim chłopcem.

Musiałeś być strasznie zagubiony.

- Z jednej strony angielskie nastolatki wołały za mną na ulicach "Paki" [obraźliwe brytyjskie określenie na Pakistańczyka - red.], a z drugiej we własnym domu przezywano mnie od "kuffarów" lub "białasów", bo miałem nieco jaśniejszą karnację.

Nie miałem pojęcia, kim jestem. Zwłaszcza że pamiętałem przecież, że mam białą mamę, i od czasu do czasu, kiedy np. Rafiq znów zamykał mnie w niedziałającym wychodku z pająkami, zastanawiałem się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym mieszkał z nią.

Chodziłeś do szkoły?

- Tylko przez chwilę, potem mi zakazali. I nie było żadnej opieki społecznej, która zainteresowałaby się nami. Wypłacali rodzinie zasiłek za moją siostrę i za mnie, ale - jak mówiłem - poza tym dla systemu nie istnieliśmy. To było bardzo na rękę imigrantom, którzy nie chcieli się integrować.

W pewnym momencie zacząłem spędzać więcej czasu z moimi starszymi kuzynami. Oni chodzili do szkoły, ale często wagarowali, więc i ja zacząłem opuszczać niektóre wyjścia do meczetu. Któregoś razu dołączyły do nas ich dwie białe koleżanki ze szkoły. I to był pierwszy raz w życiu, kiedy znalazłem się tak blisko białej dziewczyny. Nie mogłem być bardziej przerażony, bo muzułmańskiego chłopca od małego uczy się, że biała dziewczynka jest nieczysta, na jej widok należy spuścić wzrok, żeby uniknąć kuszenia, a najlepiej to przejść na drugą stronę ulicy, jak taka nadchodzi z naprzeciwka.

I co? Porozmawiałeś z nimi?

- Przez pierwsze godziny siedziałem, gapiąc się w podłogę. Dziewczyny śmiały się z tej mojej nieśmiałości, ale w dość dobroduszny sposób. Z jednej strony pamiętałem, że są niby "nieczyste", a z drugiej strony nie mogłem zapomnieć, że przecież moja mama też była biała... W końcu więc w przypływie odwagi porozmawiałem chwilę z jedną z nich. I to było fascynujące doświadczenie - chyba sobie wyobrażałem, że dzięki tej nastolatce znalazłem się nieco bliżej mamy.

Ale przyszło mi za to zapłacić... Rafiq się dowiedział, a ciężko było wtedy sobie bardziej nagrabić, niż spędzając czas z białymi nastolatkami. Wuj postanowił wysłać mnie więc z powrotem do Pakistanu, abym nauczył się być dobrym muzułmańskim chłopcem.

Tylko dlatego, że porozmawiałeś z białą dziewczyną?

- To był tylko jeden z powodów. Drugi - jak dowiedziałem się lata później - był taki, że na ten okres zaplanowano moje przyjęcie zaręczynowe z kuzynką. Kiedy już pojawiłem się na miejscu i poproszono mnie o udział w tym przyjęciu, nie miałem pojęcia, co się dzieje. Myślałem tylko, że pomagam uszczęśliwić dziewięcioletnią dziewczynkę, i byłem zadowolony, że pozwalają mi wziąć udział w zabawie...

Potem jednak było tylko gorzej. Kiedy myślałem, że w końcu wracam do domu, rodzina zamiast na lotnisko wywiozła mnie do ukrytej w górach na północnym wschodzie kraju medresy.

Co to było za miejsce?

- Szkoła islamska. Tam spędziłem kilka najgorszych miesięcy swojego życia. To był duży budynek położony w górach, otoczony wysokim murem. W środku nie było klimatyzacji, skwar był więc nie do wyobrażenia, a na korytarzach ciągle migało światło z powodu nieustannych przerw w dostawach prądu... Zewsząd wychodziły też duże, dziwne owady i inne stworzenia, których nie znałem.

Podzieleni na grupy chłopcy spali razem w wielkich pomieszczeniach. Nie było tam normalnych toalet czy nawet kranów z bieżącą wodą. Rano cała grupa miała do dyspozycji tylko jedną miskę z wodą, z której po kolei każdy korzystał. Dla tych ostatnich zostawała tylko czarna, mętna woda...

Najbardziej jednak utkwiły mi w pamięci odgłosy modlitwy. Zanim jeszcze wzeszło słońce, wzywano już na pierwsze modły. Wtedy w szkole zaczynały rozbrzmiewać najróżniejsze głosy setek chłopców w najróżniejszym wieku, od 5 do 17 lat. Jednocześnie odczytywali na głos czy recytowali z pamięci najróżniejsze fragmenty Świętej Księgi.

Były jakieś inne zajęcia?

- Nauka księgi na pamięć była najważniejsza. W szkole nasz czas dzielił się między czas na modlitwę i czas na uczenie się Koranu. Starsi od czasu do czasu byli zwalniani z zajęć, by pomóc w kuchni czy pójść do pobliskiej wioski po jedzenie, które zostawiali dla nich mieszkańcy. O rozrywkach można było zapomnieć.

Chcieli, żebyś w końcu został tym dobrym muzułmańskim chłopcem.

- Dla wielu rodzin przyjęcie ich syna do medresy to przywilej. Ale jestem pewny, że mnie po prostu chciano się pozbyć. Akcja została zaplanowana przez Rafiqa. Jego brat miał w medresie znajomego, któremu zlecono "opiekę" nade mną.

Znowu ktoś "zaopiekował się" sierotą?

- Taaak... Ten nauczyciel wiedział, że przyłapano mnie z białymi dziewczynami. Nie wiem, czy wiesz, jak wielkie oburzenie to tam wywołało. Ci ludzie nigdy nie ruszyli się nigdzie poza swoje wioski czy szkołę. Uczono ich, by na widok każdej kobiety odwracać wzrok. Widok białej kobiety w ogóle nie mieścił im się w głowie. A pomyśleć, że ktoś z nimi przebywał z własnej woli? To było dla nich niewyobrażalne. Stałem się w ich oczach bardzo, bardzo złym chłopcem...

Nauczyciel oczywiście szybko się zorientował, że nie umiem czytać Koranu. Zrobił sobie ze mnie chłopca do bicia - dosłownie i w przenośni. Kary cielesne były tam codziennością. Najpopularniejsze było chłostanie kijem bambusowym. Dostawał nim każdy, kto źle coś wymówił. W arabskim najważniejsza i najtrudniejsza jest wymowa. I mnie oczywiście dostawało się bardzo często.

Znów źle trafiłeś.

- A miało być jeszcze gorzej. Okazało się, że medresa służyła nie tylko nauce chłopców. Po mniej więcej 3-4 tygodniach zacząłem rozpoznawać pewne osoby. Szybko się zorientowałem, że ludzie ci byli kimś ważnym, bo wszyscy ściskali im dłonie. Nie byli jednak na pewno żadnymi z nauczycieli, nosili się inaczej i rozmawiali tylko z najstarszymi studentami.

I kim byli?

- Mudżahedinami. Medresa okazała się jednym z centrów operacyjnych świętych wojowników. Tam rekrutowali nowych świętych bojowników i wyposażali ich w broń, którą dostarczali im Amerykanie. W latach 80. wojownicy szkolili się do walki z Sowietami, którzy prowadzili działania przeciwko Afganistanowi. Później, sama wiesz, front walki mudżahedinów mocno się rozszerzył...

W jaki sposób wyglądała ta rekrutacja?

- Rozmawiali ze starszymi uczniami, wygłaszali kazania. I te kazania to nie było nic innego, tylko obrzydliwa indoktrynacja, pranie mózgów. Przestrzegano w nich nie tylko przed Sowietami, którzy mieli być złem wcielonym, ale i Zachodem pełnym niewierzących, którzy są zagrożeniem dla islamu. Wmawiali tym chłopcom, że żyjący w grzechu mieszkańcy Zachodu nie myślą o niczym innym, jak tylko zgładzeniu wyznawców Allaha. Stąd brali się potem święci wojownicy. Potem podobne słowa słyszałem także w brytyjskich meczetach. Indoktrynacja odbywa się wszędzie.

Całe życie cię nią karmili. Dlaczego nie udało im się ciebie przekonać?

- Po pierwsze, to może banalne, ale zbyt mało jeszcze wtedy rozumiałem z paszto, aby wdawać się w jakiś dialog. Po drugie, w medresie byłem jedyną osobą, która poznała inny świat - mieszkałem w Anglii, latałem tymi wielkimi metalowymi maszynami, które przewożą człowieka z jednego kontynentu na drugi. Rozmawiałem nawet z angielskimi dziewczynami! I przede wszystkim miałem białą mamę. Wiedziałem, że to, co tam mówili o białych kobietach, nie może być w całości prawdą.

W końcu po paru miesiącach, kiedy nie mogłem już więcej znieść tego miejsca, postanowiłem uciec. To, że mi się to udało, to był cud. I pewnie wynik tego, że byłem taki młody - jak się ma 13 czy prawie 14 lat, wydaje ci się, że wszystko musi się udać. Zresztą myśl o mojej mamie, która gdzieś tam daleko może na mnie czekała, dodawała mi otuchy. Później opowiadałem mojej żonie, że kiedy uciekałem, to moja mama musiała nade mną wtedy czuwać.

No właśnie, to mnie zastanawia - dlaczego nigdy jej nie zapomniałeś? Rodzina ze strony twojego ojca robiła przecież wszystko, aby zniszczyć pamięć o niej.

- To dobre pytanie. Choć rodzina ze strony ojca nie pozwalała o mamie rozmawiać, to z drugiej strony - zupełnie nieintencjonalnie - nie pozwalała mi o niej zapomnieć. Zawsze wytykali mi jaśniejszy kolor skóry, wyzywali od "kuffarów". Na co dzień widywałem swoich kolegów z ich rodzicami - z ciemną mamą i ciemnym tatą. Ten widok był taką zadrą w sercu, bo nieustannie mi przypominał, że mojej mamy przy mnie nie ma. I że powodem, dla którego jej przy mnie nie ma, jest to, że jest biała.

Pewnie byłoby inaczej, gdyby rodzina ojca inaczej mnie traktowała. Tymczasem dla niej byłem wyrzutkiem. Zawsze wiedziałem, że nie jestem przez nich kochany. I kiedy Rafiq znów mnie pobił, to zawsze w myślach sobie powtarzałem, że chcę do mamy. Nikogo innego nie miałem. Jej też oczywiście przy mnie nie było, ale myśl o niej, jej wyobrażenie dawało mi poczucie bezpieczeństwa.

Pamiętałeś chociaż, jak wyglądała?

- Nie. Miałem w pamięci tylko jeden jej obraz - blada twarz, której rysów nie pamiętałem, otoczona długimi ciemnymi włosami. I ta twarz pochylała się nade mną - w uśmiechu, jak zawsze lubiłem myśleć.

I to wspomnienie pomogło ci w ucieczce?

- Tak. To był naprawdę karkołomny pomysł. Tylko splot bardzo wielu szczęśliwych okoliczności i pomoc kilku przypadkowych osób pozwoliły mi wrócić do wioski mojej rodziny, leżącej setki kilometrów od medresy. A kiedy już tam dotarłem, wcale nie byłem pewien, czy brat Rafiqa znów nie zapakuje mnie siłą do samochodu i nie zawiezie z powrotem... Przez dłuższy czas ukrywałem się więc u życzliwej ciotki, która narażała swoje życie. Nic tam nie było proste. W tej wiosce spędziłem jeszcze blisko dwa lata, zanim - znów na skutek splotu pewnych okoliczności - pozwolono mi wrócić na Wyspy.

Rodzina, niestety, nie była specjalnie zadowolona z mojego powrotu i wkrótce zaczęła planować mój kolejny wyjazd. Miałem w końcu poślubić moją kuzynkę. Powiedziałem, że nie ma mowy. Nie po tym wszystkim, co przeszedłem, aby wrócić do Anglii. Rodzina nie chciała ustąpić, ja zresztą też nie. Skończyło się na tym, że wyrzucili mnie z domu.

Przez kolejne miesiące tułałem się po znajomych, ale i oni zaczynali się wykruszać - wielu z nich postanowiło wyjechać do Pakistanu i dołączyć do mudżahedinów. To było ostatnie, na co miałem ochotę. A ponieważ w tamtym czasie niewykształcony, niepiśmienny chłopak niewiele mógł ze sobą zrobić, za namową pracownika opieki społecznej wstąpiłem do wojska.

Pisałeś, że nigdy nie chciałeś zginąć za religię. Było więc coś, za co byłeś gotów zginąć?

- Wtedy tak na to nie patrzyłem. Nie było przecież żadnej wojny, żadnego prawdziwego frontu walki. Nikt nie myślał o śmierci. Ten pracownik społeczny opowiadał mi za to dużo o różnych szkoleniach - a to w Kanadzie, a to we Francji... Podczas jednej z takich wypraw poznałem zresztą swoją żonę. Całość wydawała mi się na początku bardziej przygodą niż czymkolwiek innym. Plus sposobem na ucieczkę od rodziny.

Nigdy nie wróciłeś?

- Nie. Straciłem ze wszystkimi kontakt.

Nawet z twoją siostrą Yasmin?

- Nawet z nią. Z tego co słyszałem, zaaranżowano jej małżeństwo z jakimś Pasztunem, ale nie traktował jej dobrze. Zostawił ją w końcu z dziećmi dla innej kobiety. Yasmin podobno wysłano potem do Pakistanu. Porzucona kobieta to rodzaj hańby dla rodziny...

A co się stało z twoją mamą?

- Dopiero parę lat temu zdobyłem się na odwagę, aby ją odszukać. Wynająłem do tego prywatną detektyw. Kiedy zadzwoniła do mnie i powiedziała, że ma właśnie moją mamę na drugiej linii, myślałem, że zemdleję...

Mama brzmiała tak, jak sobie przez te wszystkie lata wyobrażałem, ale nie wiedziałem, co jej powiedzieć. Pytałem tylko w kółko - i ona mnie też - "Czy wszystko u ciebie dobrze? Wszystko w porządku?" i "Jak dobrze cię słyszeć". Przez całą rozmowę płakałem, ona płakała. Moja żona, która stała tuż obok mnie, płakała...

Umówiliście się na spotkanie?

- Tak. Mama podała nam swój adres i pojechaliśmy z żoną w odwiedziny. Byłem strasznie zdenerwowany - te sekundy, które spędziliśmy przed jej drzwiami, czekając, aż otworzy, były chyba najdłuższymi w moim życiu. Po tych wszystkich latach, kiedy o niej myślałem, śniłem, tęskniłem do niej, nareszcie miałem ją zobaczyć.

W końcu otworzyła drzwi, a ja nie miałem nawet chwili, by się jej przyjrzeć, bo natychmiast zalała się łzami i ukryła twarz w dłoniach... Ja też zacząłem płakać. Podszedłem do niej i objąłem ją. Powiedziałem, żeby przestała zasłaniać twarz, bo chcę ją w końcu zobaczyć. Potem weszliśmy do środka, zaczęliśmy rozmawiać. Skończyło się na tym, że zostaliśmy tam cały weekend. Okazało się, że wszystkie historie, które opowiadała mi o niej rodzina ojca - że mama była alkoholiczką, spotykała się z wieloma mężczyznami - nie były prawdą. Kiedy wyszła za mojego ojca, próbowała wszystkiego, aby go uszczęśliwić. Sprzątała, nauczyła się gotować pakistańskie potrawy... Poświęcała się, mimo że nie była przez ojca dobrze traktowana. A on potem jeszcze jej nas zabrał. Nigdy całkowicie do siebie nie doszła.

Po latach wyszła jeszcze raz za mąż i urodziła bliźniaki, chłopca i dziewczynkę. I dopiero wtedy przestała nas szukać, bo miała dwójkę dzieci, którymi musiała się zająć.

Przeprowadziła się z nową rodziną do innego miasta i nigdy nikomu nie mówiła o swojej pierwszej rodzinie. Tym bardziej że mieszkała w całkowicie białej dzielnicy, gdzie widok kogoś o innym kolorze skóry nie był mile widziany.

A co powiedziała sąsiadom, kiedy przyjechaliście do niej z żoną?

- Jeszcze podczas tej pierwszej rozmowy przez telefon powiedziała, żebym nie parkował tuż przed domem. Poprosiła też, abym zabrał żonę, bo wtedy będzie mogła powiedzieć sąsiadom, że odwiedza ją dawna koleżanka z pracy. Nikt poza jej obecnym mężem nie znał prawdy.

Nie zabolało cię to, że po tym wszystkim nie chciała się do ciebie przyznać?

- Rozumiałem to. W regionie, w którym ona żyje, napięcia na tle etnicznym są naprawdę bardzo, bardzo duże. Ludzie patrzą krzywo na przedstawicieli mniejszości, nie akceptują ich. I gdyby się dowiedzieli, że mama ma dwójkę pakistańskich dzieci, pewnie by ją wyklęli.

Więc ona woli mieć spokój, niż mieć cię za syna? Ciężko to sobie wyobrazić...

- Jakbyś pożyła w tym regionie, zrozumiałabyś. Na południu Anglii jest inaczej, ale na północy - gdzie osadziła się większość bliskowschodnich czy azjatyckich mniejszości, które nie chcą się asymilować - między tymi grupami jest wręcz jawna wrogość: starcia na ulicach, walki gangów...

Ale jesteś z mamą dalej w kontakcie?

- Na koniec naszej wizyty powiedziała, żebyśmy więcej nie przyjeżdżali, bo to za duże ryzyko. Od tamtej pory rozmawialiśmy kilka razy przez telefon, wymieniliśmy się paroma SMS-ami. W końcu jednak przestała odbierać telefon ode mnie.

Jak się z tym czujesz?

- Szczerze mówiąc, kiedy jej szukałem, byłem przygotowany na każdą ewentualność - że ona nie żyje, że nie będzie chciała mnie znać, że ma nową rodzinę, której nic o nas nie powiedziała. Byłem więc przygotowany także na tę opcję.

Nie powiem, że jest mi to obojętne. Nieraz jest mi smutno, innym razem czuję złość... Ale wiesz co? Za dużo w życiu przeżyłem. Staram się skupiać na tym, że w końcu ją zobaczyłem, przytuliłem, porozmawiałem z nią i dowiedziałem się więcej o tym, kim sam jestem.

Poza tym dziś już nie jestem sam. Mam żonę, która mnie bardzo wspiera. I mam jej rodziców, którzy też są cudowni. W zasadzie mogę chyba powiedzieć, że wbrew wszystkiemu dostałem swój happy end.

***

Dziś Alexander współpracuje z brytyjską fundacją, której celem jest szerzenie świadomości na temat niebezpieczeństw związanych z fundamentalizmem religijnym. W drugiej części naszej rozmowy z nim, którą opublikujemy jutro, Alexander opowiada nam o "patrolach muzułmańskich" w Londynie, zabójstwie honorowym, którego był świadkiem, i o rosnących napięciach między różnymi grupami etnicznymi w społeczeństwach wielokulturowych.

A także o tym, dlaczego - mimo że pisze książki - boi się pokazać swoją twarz.

DOSTĘP PREMIUM