"Dżihadyści wracają na Wyspy ze strasznymi pokładami przemocy. Patrole muzułmańskie? To zwiastun tego, co nadchodzi" [WYWIAD]

Na Wyspach przybywa muzułmanów, którzy nie chcą integracji, rządzą się swoimi prawami. "Muzułmańskie patrole", które ganiają na ulicach Londynu kobiety w krótkich spódnicach? To tylko zwiastun tego, co nadchodzi. Ta kultura ma moc wydobywania z ludzi tego, co najgorsze. Na północy Anglii sytuacja jest wręcz krytyczna - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Alexander Khan, autor książki "Islamski bękart".
Dziś publikujemy drugą część naszej rozmowy z pisarzem. W pierwszej, Alexander opowiedział nam o swoim dzieciństwie, w którym uprowadzony przez swoich najbliższych wylądował w szkole islamskiej, w której rekrutowano przyszłych dżihadystów.

Dziś Alexander współpracuje z brytyjską fundacją, której celem jest szerzenie świadomości na temat niebezpieczeństw związanych z fundamentalizmem religijnym. W tej drugiej części rozmowy opowiada nam o rosnących dziś napięciach społecznych w społeczeństwach wielokulturowych.

Joanna Berendt: W książce "Islamski bękart" opisujesz, jak różnice kulturowo-etniczne rozdzieliły cię z matką i rzuciły na pastwę religijnych ekstremistów w pakistańskiej medresie. Jednak ta historia opisuje coś więcej niż tylko twój osobisty dramat. Ilustruje wyzwania, przed jakimi stoi dziś multikulturalizm.

Alexander Khan, autor "Islamskiego bękarta": Swoją historię spisywałem w 2008 r. Mimo to dziś wydaje mi się ona dużo bardziej aktualna niż wtedy. Szczerze mówiąc, sam jestem przerażony tym, jak bardzo. Jak bardzo mieszkające w Wielkiej Brytanii wspólnoty azjatyckie czy bliskowschodnie nie chcą się integrować z tymi, których uważają za "niewiernych". Jest mnóstwo takich miejsc, które rządzą się własnymi prawami, i wszyscy o tym wiedzą.

Co gorsza, media nie pokazują nawet ułamka tego, co się dzieje - zabójstwa honorowe, aranżowanie małżeństw kilkulatków, szkolenia dla terrorystów...

Mnie przerażają nagrania z "patroli muzułmańskich" w Londynie, które ganiają przechodniów po ulicach za spódnicę przed kolano czy picie alkoholu.

- Boję się, że to tylko zwiastun tego, co nadchodzi. Coraz liczniejsze rzesze brytyjskich dżihadystów wracają do kraju ze szkoleń w Pakistanie, Afganistanie, Libanie czy Syrii, przywożąc ze sobą ogromne pokłady agresji i przemocy. Co więcej, ci ludzie mają coraz większy wpływ na członków społeczności imigranckich, które nie chcą się integrować z brytyjskim społeczeństwem, i coraz częściej patrzą na innowierców z góry.

Władze powinny jasno zakomunikować imamom, że to, co się dzieje, jest absolutnie nie do przyjęcia i że będą konsekwencje takich zachowań. Bo z tymi bandziorami trzeba się policzyć.

Bandziorami? Mocno to brzmi.

- Nazywajmy rzeczy po imieniu. Francja już znalazła sposób na radzenie sobie z częścią problemu. Będzie deportować imamów nawołujących do terroryzmu. I to dobry pomysł. Trzeba pozbyć się radykałów, którzy chcą krzywdzić innych. Nawet jeżeli robią to tylko słowami. To złe słowa robią ci pranie mózgu, po którym idziesz wysadzać się w imię Allaha, zabijając przy tym niewinnych.

Deportacja A może w ogóle ograniczyć napływ imigrantów?

- Trzeba się nad tym zastanowić. Bo na integrację może być już za późno. Muzułmańskie dzieci wychowywane w Wielkiej Brytanii często lądują w medresach, co drastycznie zmniejsza ich szansę na integrację. Ja sam, dorastając w stricte muzułmańskiej okolicy, miałem później problemy z asymilacją. Wszyscy moi przyjaciele i znajomi byli muzułmanami. Podczas krótkiego pobytu w szkole nigdy nawet nie widziałem białego ucznia. Każdy wypad do centrum miasta był jak wylot na obcą planetę - bo tak inny był ten zewnętrzny świat od tego naszego wewnętrznego. Dziś dla wielu młodych muzułmanów nie wygląda on inaczej. Gdzie tu miejsce na integrację?

Londynowi się udało. Jeżeli pominiemy kwestię patroli muzułmańskich, to miasto daje nadzieję.

- Za każdym razem, jak odwiedzam Londyn, to jakbym wkraczał do zupełnie innego świata. Otacza cię tylu różnych ludzi, nikt się nie wyróżnia, nikt za nikim się nie ogląda... Tak, Londyn daje mi nadzieję. Tu jednak przedstawiciele różnych narodowości w wielu przypadkach są zmuszeni do integracji. Ale nawet to miasto ma dzielnice, w których mieszkają przede wszystkim muzułmanie, którzy alienują się od reszty.

To i tak nic w porównaniu do np. miast na północy Anglii, gdzie sytuacja jest krytyczna. Kojarzysz Bradford niedaleko Leeds? Jest tam tylu Azjatów, że prawie nie widać białej populacji. Niektórzy o Bradford mówią Brakistan z powodu ogromnej pakistańskiej mniejszości - choć w tym kontekście słowo "mniejszość" brzmi jak kiepski żart.

Problemem jest to, że te wspólnoty pozostają zamknięte, nie mieszają się z "rdzenną" ludnością.

Inna sprawa, że o ile w latach 80. ludzie ci mieli w dużym stopniu taką "wiejską" mentalność - wyniesioną na świeżo z ojczyzny - to dziś często nie mogą się oprzeć liberalniejszym wpływom. Zwłaszcza ich dzieci. Każde kolejne pokolenie jest proporcjonalnie nieco bardziej otwarte i zasymilowane.

Ale to tylko część historii. Z jednej strony bardziej się liberalizują, z drugiej - tworzą te patrole.

- Niestety. Ekstremistyczne odłamy próbują dać odpór tej liberalizacji, więc wzmagają wysiłki na rzecz radykalizacji młodzieży. To działa w obie strony.

Ludzie jednak jakby nie chcieli widzieć tej liberalizacji. W historii 14-letniej Malali, która zaczęła nawoływać władze Pakistanu do edukowania dziewczynek, skupiono się na Talibach, którzy kilkukrotnie próbowali ją zabić, a nie na oddolnym ruchu, który buntuje się przeciwko radykalizmowi.

- Coś w tym jest... Malala jest z północno-zachodniej Anglii, gdzie stosunki między muzułmanami i resztą lokalnej społeczności są bardzo, bardzo napięte. Jestem przekonany, że Malala sama mocno wierzy w to, co robi. Bo kobiety w tej kulturze nie mają dobrze. Nie mogą nawet wyjść do lokalnego sklepu bez męskiej eskorty. Wyjątkiem mogą być co najwyżej wspólne zakupy z sąsiadkami - to jest jeszcze dopuszczalne. Muzułmańskie kobiety są bardzo odizolowane w swoim własnym domu.

I ta 14-latka pomyślała, że nie - tak nie może być, dziewczynki trzeba edukować, aby nie były tak bezradne, by myśleć, że nie mogą wyjść nawet same do sklepu. Talibowie jednak bardzo boją się przejawów takiego wolnomyślicielstwa, mają swoje prawo szariatu i nie pozwolą, żeby ktoś je opluwał, nawet jeżeli tym kimś jest nastolatka. Jeżeli stanie ona im na drodze, to nie będą mieli skrupułów, żeby ją usunąć sobie z drogi. I to właśnie próbowali zrobić.

To nie ma sensu, stworzyli w ten sposób męczennicę. Do tej pory wszyscy mówią o jej odwadze i o ich okrucieństwie!

- To prawda, ale talibowie nie myślą tak strategicznie. Zabicie tej nastolatki wydawało im się wspaniałym wyjściem - zniknie dziewczyna, zniknie problem. Myślę, że mogli być nawet zdziwieni ostatecznym efektem i tym, ile uwagi poświęcono na świecie tej sprawie.

Ale nie zapominajmy, że rozmawiamy o niewielkiej - choć bardzo wpływowej - grupie ekstremistów. Przecież miliony w Pakistanie sprzeciwiały się tej wendecie przeciw 14-latce.

- Oczywiście. I w Anglii też jest mnóstwo muzułmanów, którzy płacą podatki, udzielają się społecznie i są szczęśliwi, będąc częścią tego społeczeństwa.

A ty?

- Ludzie często mnie pytają, czy nadal jestem muzułmaninem. I tak - jestem. Zostałem w tej religii wychowany. Wierzę w Allaha, Mahometa, Jezusa... Kiedy chcę się pomodlić, idę do meczetu. Ale nie mam potrzeby nawracania czy zwalczania tych, którzy wierzą w co innego. Moja żona jest chrześcijanką i w życiu nie przyszłoby mi do głowy, aby próbować to zmieniać. W życiu! Nasze dzieci, kiedy już będziemy je mieli, też będą mogły wybrać, w co chcą wierzyć, i otrzymają nasze absolutne wsparcie.

Moja historia dotyczy dziecka odebranego matce, nad którym znęcają się członkowie jego rodziny, którzy akurat wyznają Allaha. Ale to mogło zdarzyć się gdziekolwiek. Podejrzewam też, że gdyby mój ojciec tak wcześnie nie zmarł, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Jak o sobie dziś myślisz, jeżeli chodzi o twoją tożsamość narodową?

- Jestem brytyjskim muzułmaninem. Tyle.

Czemu zmieniłeś imię? Innego używasz w książce, a innego na co dzień.

- I żadne z nich nie jest moim prawdziwym... Blisko trzy lata temu w Birmingham pojawiła się grupa ekstremistów, którzy poprzysięgli znaleźć i zabić wszystkich muzułmanów, którzy służyli czy służą w brytyjskim wojsku. Dostałem w tej sprawie list od armii, że ktoś może na mnie tym radykałom donieść. Ze względów bezpieczeństwa zmieniłem więc imię.

Myślisz, że ryzyko, że cię znajdą, było poważne?

- Na pewno. Dziś w brytyjskim wojsku służy 95 tys. osób, z czego tylko 300 jest muzułmanami. A 20 lat temu, kiedy wstępowałem do armii, było jeszcze gorzej. Ale to był jedyny sposób na ucieczkę od mojej rodziny, która chciała mnie odesłać do Pakistanu, abym poślubił moją małą kuzynkę i stał się dobrym muzułmaninem. Taki wyjazd czekał każdego, kto za bardzo polubił zachodni styl życia. Dawał czas na wybicie sobie bzdur z głowy.

A kiedy bzdur z głowy wybić się nie dało?

- Oj... W Wielkiej Brytanii miałem taką kuzynkę, Aishę. Z nią jedną w rodzinie dobrze się dogadywałem. Aisha była kilka lat ode mnie starsza i była niesamowicie żywiołowa, uwielbiała tańczyć, a po kryjomu słuchała zachodniej muzyki i oglądała brytyjskie programy rozrywkowe. Nie znosiła za to gotować i sprzątać. Niestety, w tamtych czasach - i do dziś pewnie niewiele się zmieniło - dziewczynka w takiej rodzinie nie mogła liczyć na nic więcej, jak zostanie gospodynią domową i żoną kogoś, z kim wyswata ją rodzina.

I Aisha też nie mogła liczyć na inny los?

- Nie. Jej mąż był dużo od niej starszy, bardzo religijny, urodziła mu kilkoro dzieci. I choć był dość ugodowy i przymykał oko na jej słabość do telewizji, to ona nie była szczęśliwa. Potem dowiedziałem się, że nawiązała romans z mężczyzną z Pendżabu. My sami byliśmy Pasztunami, czyli pochodziliśmy z tej części Pakistanu, która nie lubi się z Pendżabem.

Romans wyszedł na jaw. Aisha w ogólnej opinii sprowadziła na rodzinę hańbę. Jej mąż powiedział jej, że jeżeli jeszcze raz spotka się z tym mężczyzną, to ją zabije. Ona z kolei bardzo chciała wziąć rozwód, który oczywiście nie wchodził w grę, rodzina postanowiła więc rozwiązać problem, wysyłając ją do Pakistanu.

Taki wyjazd naprawczy?

- Nie do końca. Akurat byłem wtedy w Pakistanie. Przyjechała nie Aisha, ale jej cień. Po niej dojechał jej mąż. Akurat byłem sam przed domem, kiedy przyjechał. Ledwo się ze mną przywitał i wszedł do domu. Chwilę później usłyszałem dwa wystrzały. Pobiegłem do środka. Na podłodze leżała Aisha i się wykrwawiała. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że obok histerycznie płaczą moje dwie ciotki, w tym jej matka, a nad ciałem Aishy stoi jej mąż.

Myślisz, że Aisha wiedziała, po co jedzie do Pakistanu?

- Nie wiem. Nie wiem nawet, czy jej matka wiedziała, że wiezie córkę na śmierć. Ale to niewykluczone. Musisz zrozumieć, w jaki sposób myślą ci ludzie. Nawet mnie jest trudno to zrobić, bo urodziłem się w Anglii, przez co wychowałem się w dużo mniej konserwatywnym środowisku niż ludzie pochodzący z pakistańskich obszarów wiejskich. Tam na mężczyźnie, którego zdradziła żona, spoczywa hańba, stracił honor, nie może spojrzeć ludziom w oczy na ulicy... To samo dotyczy reszty "zhańbionej" rodziny. Jedyny sposób według tych ludzi na odzyskanie przez wszystkich honoru to zabicie osoby, która odpowiada za tę hańbę.

I co robią później z taką osobą? Chowają ją? Porzucają na polu?

- W 2007 r. postanowiłem wrócić do Pakistanu - to był pierwszy raz od ponad 20 lat, jak tam pojechałem. Czułem, że nie mam z tamtym miejscem nic wspólnego, miałem ułożone życie w Anglii z moją żoną. Chciałem jednak odwiedzić grób ojca, o którym mimo wszystko miałem kilka pozytywnych wspomnień. Na cmentarzu przed jego grobem odmówiłem swoje modlitwy i już miałem iść, gdy zaczepił mnie mężczyzna, który sprzątał cmentarz. Musiał mnie pamiętać sprzed lat. Zapytał: "A co z twoją kuzynką?". Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi, aż on zaprowadził mnie do małego, nieoznakowanego kopczyka. Tam pochowano Aishę. Gdyby nikt mi nie powiedział, nawet nie zorientowałbym się, że jest tam jakikolwiek grób.

Ludzie w tej wiosce wiedzieli więc, co się z nią stało?

- Oczywiście. W tak małych wspólnotach nic się nie ukryje. Wszyscy wiedzą, co się dzieje, ale niekoniecznie o tym rozmawiają.

Czemu nie, skoro to część ich kultury?

- To może być część ich kultury, co nie zmienia faktu, że dla wielu osób ta część jest bardzo bolesna. Ciężko przecież przyjąć matce do wiadomości, że jej córka musi zginąć. Kluczowe jest tu słowo "musi". Te przerażające zwyczaje przyjęły się w tej kulturze tak głęboko, że mało kto zadaje tam pytania, czy ma w ogóle świadomość, że coś jest z nimi nie w porządku. Może i bolą, ale tak musi być.

Kogo winisz za to, co ci się przydarzyło? Tobie i Aishy?

- Kulturę i ludzi. Nie wszyscy ludzie w tej kulturze są potworami, i tak samo potwory zdarzają się poza tą kulturą. Ale ta kultura ma moc wydobywania z ludzi tego, co najgorsze. Religia, jak mówiłem, ma tu niewiele do rzeczy.

Nie obawiasz się, że twoja książka utwierdzi ludzi w przekonaniu, że muzułmanie to banda ekstremistów czy wręcz barbarzyńców? W twojej książce jest bardzo niewiele materiału, który mógłby zaprzeczyć takiemu poglądowi.

- Ja tylko opisałem swoją historię i wiem, że jest ona jedną z wielu podobnych. Tyle że według mnie mają one mniej wspólnego z religią, co z samą kulturą i ludźmi, którzy postanowili wykorzystać religię do swoich własnych celów.

Są różne odłamy w islamie - inaczej traktują religię Pasztuni, Pendżabczycy, Gudżarowie czy jeszcze inne klany. Ja miałem nieszczęście urodzić się wśród tych pierwszych, którzy należą do najbardziej radykalnych i brutalnych wyznawców islamu. Gdybym wychował się w jakimś innym klanie, ta książka pewnie nigdy by nie powstała.

A jesteś gotów powiedzieć, że multikulturalizm poniósł porażkę?

- Na pewno częściową. Mieszkam pod Portsmouth, gdzie jest bardzo mała wspólnota imigrantów. Jest tak mała, że kiedy wychodzę na zakupy do sklepu, to ludzie się za mną oglądają. I zazwyczaj mam świadomość tego, że patrzą się dlatego, że jestem inny. Ciemne włosy, oczy, karnacja... Wiem, że to dlatego, bo mają wtedy takie szczególne spojrzenie.

No właśnie. Mówisz o tym, że Azjaci nie chcieli i nie chcą się asymilować. Ale co z Brytyjczykami, którzy mieli ich powitać w swoim kraju, a zamiast tego wytykali ich palcami, bo byli - i ewidentnie nadal są - inni?

- Tak, to też prawda. Kiedy moja rodzina przyjechała po raz pierwszy z Pakistanu do Anglii, to czuli się bardzo obco, Anglicy nie chcieli ich zaakceptować. Bo niby tamci kradli im pracę, bo wyglądali inaczej, bo ich jedzenie dziwnie pachniało... Wina leży po obu stronach, choć nie w równym stopniu. Powiedziałbym pewnie, że rozkłada się 30:70, przy czym to 70 leży po stronie imigrantów.

Może problem multikulturalizmu potrzebuje po prostu więcej czasu i mądrzejszej polityki imigracyjnej?

- Mam taką nadzieję. Ale wiesz, co nie pomaga? 09/11 w Nowym Jorku, 07/07 w Londynie... Nie pomagają zamachowcy, którzy próbują dostać się do szpitala, podając się za krewnych 14-latki, którą chcą zabić... Moja książka nie pomaga. Nie pomaga opublikowana również przez moje wydawnictwo historia muzułmańskiej kobiety, która w dzieciństwie była molestowana seksualnie przez imama w angielskim meczecie...

To wszystko nie pomaga. Ale trzeba o tym mówić, trzeba o tym pamiętać. Bo to nasze milczenie właśnie sprawia, że te historie się powtarzają. Nie trzeba wydalać imigrantów z kraju. Trzeba za to mądrej polityki imigracyjnej, która pozwoli ludziom się integrować i stawać pełnoprawną częścią społeczeństwa. Ale to wymaga wysiłku z obu stron.

Książka Alexandra "Islamski bękart" ukazała się w Polsce w zeszłym tygodniu nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Książkę w wersji elektronicznej kupisz TUTAJ >>

DOSTĘP PREMIUM