Wybuch w hotelu, upadek do wodospadu, porwania i bójki. Prawdziwe pamiętniki z wakacji

- Europejczycy są przyzwyczajeni do tego, że myśli się za nich. Wszędzie są barierki, znaki ostrzegawcze. Na Dalekim Wschodzie tego nie ma, tam każdy odpowiada za siebie - mówi Roman, jeden z naszych czytelników. Po wypadku balonu w Egipcie pytamy o niebezpieczeństwa, na które powinno się uważać, wyjeżdżając na wakacje.
- W 2005 r. spędzałam wakacje w Szarm el-Szejk. Tuż po przyjeździe okazało się, że biuro podróży coś sknociło i w hotelu nie ma dla nas miejsca. Cztery osoby (w tym mnie) zakwaterowano w innym hotelu - opowiada Iza.

- Mieszkałam w Ghazala Gardens. Samochód bomba staranował recepcję i w niej wybuchł, zaś Old Market sąsiadował bezpośrednio ze skrzydłem, w którym mieszkałam. To jego wybuch zniszczył mój i sąsiednie pokoje. Szarm w ciągu jednej nocy zmienił się w miasto patrolowane przez wojsko. Nowy hotel dostaliśmy po dwóch dniach. Reakcji konsulatu nie było. Brytyjczyków i Włochów ewakuowano w 30 minut po wybuchu. My spędziliśmy noc na plaży - dodaje Iza.

Tajlandia: wodospad na Ko Changu i meduzy

Z kolei Dorota wspomina swój pobyt w tajskim Ko Changu. - Obok hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, był wodospad. Hotel zrobił blisko tegoż mostek, nad samym urwiskiem. W miejscu, gdzie kończył się zabezpieczony linami mostek, nie było żadnej barierki. Aż kusiło, żeby pójść dalej i zobaczyć z bliska wodospad. Jednego z turystów pokusiło tak bardzo, że poszedł tam, spadł z urwiska i się zabił... Następnego dnia przyjechały służby, zlikwidowały cały mostek, zamiast dorobić barierkę. Nikomu nie mówili, kto spadł, ani skąd był, żeby nie siać paniki - opowiada Dorota. Dodaje, że rzadko przed wyjazdem mówi się na przykład o dendze. Jest to śmiertelna choroba, którą można zarazić się przez ukąszenie komara.

- W Europie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że myśli się za nas. Są znaki ostrzegawcze, barierki ochronne, różnego rodzaju informacje. One wszystkie pozwalają nam domniemywać, że coś nam zagraża - mówi Roman. - W przypadku wyjazdów na Daleki Wschód okazuje się, że nikt tam za nas nie myśli, bo każdy człowiek odpowiada za siebie. Nie ma czegoś takiego, że ktoś będzie myślał, by nas poinformować, że w morzu pływają jadowite meduzy. Wiadomo: morze tropikalne ma zwierzęta, które tam żyją, i wchodzimy tam na własne ryzyko - dodaje.

"Hiszpania. Ciepła, czerwcowa noc. Ruiny zamku..."

- W 1994 r. pojechałam na pierwszą w moim życiu zorganizowaną wycieczkę. Była to objazdówka: Francja, Hiszpania, Włochy. Miałam wtedy 14 lat, byłam głodna świata, głupia jeszcze i nieostrożna. Pamiętam, jak pewnej ciepłej czerwcowej nocy wpuścili nas na ruiny zamku w Hiszpanii, kompletnie bez żadnych zabezpieczeń - mówi Ania Korzeniewska.

- Zamek stał nad urwiskiem. Mieliśmy wejść, popatrzeć na morze i zejść. A że nastolatkom różne głupie rzeczy do głowy przychodzą, stwierdziliśmy, że fajnie będzie tam włazić po ciemku, bez latarek, i trochę potańczyć. Pani pilot w podeszłym wieku została w tyle. Szaleństwo, tanie wino w kartonach... I rzeczywiście, mało nie spadłam w przepaść. Gdyby nie jeden chłopak, to prawdopodobnie runęłabym w odmęty Morza Śródziemnego i została miejscową atrakcją turystyczną straszącą nad urwiskiem - opowiada.

- Na tej samej wycieczce działy się różne inne cuda. Gdy na kempingu niedaleko Barcelony podawali na obiad królika, zapomnieli z niego ściągnąć futerko. Jeden kolega dostał, pamiętam jak dziś, kawałek ucha. W Rzymie zapomniano nam kupić napojów. 40 stopni w cieniu i banda spragnionych nastolatków w Koloseum. W Paryżu pani pilot zgubiła klucze do pokoi, a na recepcji okazało się, że kierownika nie ma. Bez jego akceptacji nie dostaliśmy się do naszych rzeczy - dodaje Ania.

Ekwador: "Co tam rana postrzałowa"

Bardzo niebezpieczną historię przytacza nam Małgorzata. - Znajomi z córką i ekwadorskim zięciem podróżowali po Ekwadorze. Zatrzymali się w rządowym kompleksie hotelowym. Zostali związani, obrabowani, a przy próbie obrony pocięci nożem i postrzeleni. Najbliższy szpital oddalony o 40 km wyboistą drogą był szpitalem wojskowym. Cywili nie przyjmowali, co tam rana postrzałowa. Dopiero wizyta teścia z kopertą wypchaną pieniędzmi "pomogła" w leczeniu - mówi.

Hotel, który nie istnieje, i najdroższa sól w życiu

Znana blogerka Segritta na swoim blogu relacjonuje przygodę z Neapolu. - Nieuchronnie zbliżamy się do Neapolu, co widać wraz z rosnącym stężeniem prostytutek przy drodze - pisze. Wspomina, że była uprzedzona, że w tym mieście kradną. Dzień był upalny, więc Segritta z kompanem postanowili wykąpać się w morzu. Blogerka pilnowała auta, kompan po chwili się pojawia. Mówi: "Jakiś koleś na skuterze mówi, że ma świetną kamerę do sprzedania za grosze". - Po chwili wraca i daje mi torbę do ręki. Tylko jakoś nie mogę jej otworzyć. Wszystkie zamki zapieczone, nie do ruszenia.

- To na pewno kamera?

- Tak, przy mnie wyjął ją i pokazał. Włożył do torby, wziął kasę i dał mi torbę.

- Ale nie chce się otworzyć - pisze Segritta. Torbę w końcu otworzyć się udało, w środku był warty 150 euro ... kilogram soli morskiej. - Przez rok jeszcze soliliśmy nią jajka na śniadanie. To w końcu najdroższa sól, jaką kupiliśmy. Poza tym Neapol uroczy - skończyła Segritta.

Na oszustów radzi uważać również Joanna. - Noclegi w Lizbonie rezerwowaliśmy przez internet. Znaleźliśmy je na sprawdzonym serwisie bookingowym, a ceny przy wcześniejszych rezerwacjach i przedpłatach nie były zbyt wielkie. Zadzwoniliśmy do hotelu, potwierdziliśmy rezerwację. Gdy dojechaliśmy na miejsce, hotelu nie było. Szukaliśmy w internecie, pytaliśmy miejscowych, telefon w hotelu milczał - opowiada.

- Po dwóch godzinach jakaś Portugalka podeszła do nas i powiedziała, że nie jesteśmy pierwsi, którzy się dali oszukać. Zgłosiliśmy na policję, że zostaliśmy oszukani. Po urlopie zgłosiliśmy to w Polsce i na stronie, na której znaleźliśmy hotel. Tego samego dnia po zgłoszeniu hotel zniknął ze strony, ale policja w niczym nam nie pomogła... Trzy miesiące później znaleźliśmy na tej samej stronie ten sam hotel, tylko pod innym adresem. Napisaliśmy do policji w obu państwach, że oszuści pojawili się znowu. Udało im się namierzyć w Czechach człowieka, który sprzedawał miejsca w tym "hotelu". Po roku dostaliśmy informacje o tym, że mamy się zgłosić po swoje pieniądze - dodaje Joanna.

Włoscy lekarze

Krzysztof w rozmowie z portalem Gazeta.pl radzi uważać również na opiekę medyczną. - Byłem we Włoszech na nartach. Moja jazda skończyła się złamaniem kości strzałkowej i piszczelowej. Lekarz nie zrobił mi żadnego prześwietlenia. Powiedział, że to stłuczenie, i kazał obciążać nogę! - opowiada.

- Organizatorzy też to olali i kazali mi chodzić. Po powrocie mój ojciec, weteran akcji ortopedycznych, zabrał mnie do swojego lekarza. Gość jak zobaczył moją spuchniętą nogę, wręcz czarną od siniaka, powiedział, żebym się szykował na operację i przynajmniej kilka miesięcy w szpitalu. Miałem sporo szczęścia, okazało się, że to tylko złamanie. Po dwóch miesiącach w gipsie wszystko wróciło do normy - dodaje.

DOSTĘP PREMIUM