Zbrojna interwencja w Korei Płn.? "Gdyby była możliwa, reżimu już dawno by nie było"

- Nigdy nie mów nigdy - mówi o groźbie wojny w Korei Płn. Łukasz Kulesa, analityk z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. W rozmowie z TOK FM ekspert przyznał, że kolejne prowokacje Korei Północnej muszą spotkać się z odpowiedzią Południa. Kulesa wyklucza też możliwość zbrojnej interwencji na półwyspie. - Opowiadałbym się raczej za zgniłym dyplomatycznym kompromisem - przyznaje.
Korea Północna postanowiła zerwać wszelkie układy o nieagresji z Koreą Południową. Zamknęła przejście graniczne w strefie zdemilitaryzowanej w Panmundżonie, a Kim Dzong Un odwiedził liniowe jednostki wojskowe, wzywając żołnierzy do gotowości w "anihilowaniu" wroga. Posunięcia te ogłoszono wkrótce po uchwaleniu przez Radę Bezpieczeństwa ONZ nowych sankcji wobec Korei Północnej. Południe odgraża się: jeśli Kim zaatakuje, reżim"zniknie z powierzchni Ziemi".

Krzysztof Lepczyński: Obie Koree formalnie są w stanie wojny. Ale faktyczny konflikt chyba nam nie grozi?

Łukasz Kulesa, analityk PISM: Nigdy nie mów nigdy. Atak jądrowy Północy stoi pod znakiem zapytania chociażby pod względem technicznym. Nie wiadomo, czy Korea Północna ma ładunki, których można efektywnie użyć podczas konfliktu zbrojnego. Zdaniem ekspertów są one wciąż zbyt duże i ciężkie, by instalować je na pociskach balistycznych. Próby jądrowe i rakietowe wskazują, że północnokoreański program idzie do przodu, ale to nie jest poziom dający możliwość uderzenia jądrowego na cele w regionie, nie mówiąc już o USA. Jest jednak niebezpieczeństwo incydentów z użyciem sił konwencjonalnych. W 2010 roku północnokoreański okręt podwodny zatopił południowokoreańską korwetę. Wtedy nie było odpowiedzi.

Artyleria ostrzelała też jedną z wysp. I mimo to nic się nie stało.

- Był ostrzał zwrotny, ale incydent wyciszono. Żadna ze stron nie chciała eskalować konfliktu. Seul twierdził potem, że chciał dać nauczkę reżimowi Kimów, bombardując bazy w okolicy, powstrzymał go jednak Waszyngton. Nie wiadomo, ile w tym prawdy. Ale jeśli będziemy mieli podobny incydent teraz, musi pojawić się odpowiedź ze strony Południa, a USA poprą działanie Seulu. Wszyscy będą jednak uważali, by nie wymknęło się to spod kontroli.

Co mogłoby stać się punktem zapalnym, który spowoduje eskalację konfliktu?

- Łańcuch zdarzeń na zasadzie akcja-reakcja. Ostrzał spornych terytoriów przez Północ, odpowiedź Południa, na to kolejny atak ze strony reżimu Kima. Przed Północą stanie wówczas podstawowy dylemat: czy posuwamy się dalej w naszych prowokacjach? Dopóki reżim może przedstawiać konflikt jako odpowiedź na "agresywne" działania Południa i USA, propagandowo można uzasadniać kolejny atak "odwetowy" na cel militarny. Ale jeśli zdecydowaliby się zaatakować cele cywilne, na Południu pojawi się presja, żeby armii północnokoreańskiej pokazać, gdzie jest jej miejsce, w dużo bardziej stanowczy sposób.

W regionie od lat utrzymuje się klincz.

- W ciągu ostatnich 20 lat mieliśmy kilka okazji do tego, żeby zadziałała dyplomacja. Kilkakrotnie udało się wstrzymać program nuklearny, zabrakło jednak woli, żeby doprowadzić to do końca.

A zatem interwencja wojskowa, jak zdają się sugerować niektórzy eksperci?

- Ciekawe, w jaki sposób miałaby ona zostać przeprowadzona. I co by miało nastąpić potem, obalenie reżimu? Ostatnie interwencje w Iraku czy Afganistanie nakazują ostrożność. Opowiadałbym się raczej za zgniłym dyplomatycznym kompromisem, sytuacją, w której Chiny proponują kolejną rundę rozmów, a w międzyczasie naciskają reżim, by pohamował trochę swoje działania. Gdyby opcja wojskowa była możliwa do przeprowadzenia, tego reżimu dawno już by nie było. Ani Korea Południowa, ani Stany Zjednoczone nie są gotowe na ryzyko zainicjowania konfliktu, który może przynieść tysiące ofiar.



Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM