Czas kardynałów, wojna frakcji. Kim są główni rozgrywający?

Niektórzy spotykają się w rzymskich kawiarniach lub restauracjach, inni wolą ustronne wille na obrzeżach miasta, jeszcze inni cenią sobie atmosferę watykańskich korytarzy. Kardynałowie. Ich sekretne spotkania uzupełniają oficjalne obrady przed konklawe. Kto i z kim walczy o władzę nad Kościołem - pisze dla Tokfm.pl prof. Arkadiusz Stempin.
Na Generalną Kongregację Kolegium Kardynalskiego, jakby "przed-konklawe", zostali wezwani wszyscy kardynałowie. Purpuraci pochylają się właśnie nad kondycją Kościoła i stojącymi przed nim wyzwaniami, by dopiero w tym kontekście dopasować osobę kandydata na papieża.

Zanim wybiorą nowego papieża, chcą wiedzieć, kto knuł

Tegoroczne "przed-konklawe" stawia przed kardynałami wyjątkową zagwozdkę: doszło w końcu do bezprecedensowego ustąpienia Namiestnika Chrystusa. Brazylijscy hierarchowie z wypiekami na twarzy już domagają się wyłożenia na stół tajnego raportu, jaki na polecenie Benedykta XVI sporządziła trójka kardynałów śledczych, a w którym kryje się klucz do prawdziwych okoliczności jego ustąpienia. Jeszcze przed samym konklawe purpuraci chcą się dowiedzieć, kto knuł przeciwko Benedyktowi, o czym dokładnie mówią dokumenty, jakie wyciekły w aferze Vatileaks, jakie homoseksualne sieci operują za Spiżową Bramą oraz w jakim stopniu Bank Watykański pierze brudne pieniądze mafii. I czy są prawdą ostatnie doniesienia o kliencie banku, który płaci 40 000 euro za kanonizację...

W trakcie obrad Kongregacji, a szczególnie podczas sekretnych spotkań, formułują się grupki interesów, scalone osobą forsowanego na konklawe kandydata. Jedno z takich ugrupowań skupia kardynałów związanych z ultrakonserwatywnym i wpływowym Opus Dei. Swoje odrębne lobby mają kardynałowie należący do zakonów czy też sympatyzujący z włoskim ruchem Communione e libarazione.

Kto z kim?

Najwięcej do powiedzenia ma pierwszy wśród purpuratów, dziekan kolegium kardynalskiego. Jest nim były sekretarz stanu, osoba nr 2 w Watykanie za pontyfikatu polskiego papieża, Angelo Sodano. Dziekan pełnię swojej władzy sprawuje właśnie w okresie sede vacante (opuszczonego przez papieża tronu). Przewodzi Generalnej Kongregacji, czyli ustala treść i przebieg obrad, jakie przed konklawe o najważniejszych sprawach Kościoła toczą między sobą przybyli do Rzymu purpuraci. To on celebruje mszę bezpośrednio poprzedzającą konklawe i przy śpiewie Litanii do Wszystkich Świętych w wykonaniu chłopięcego chóru Kaplicy Sykstyńskiej prowadzi procesję kardynałów, krocząc w niej jako ostatni. Wreszcie, niebagatelne, przewodniczy samemu konklawe.

Po śmierci Jana Pawła II dziekanem był kardynał Ratzinger. Z szansy skorzystał. Jako główny celebrans na mszy za zmarłego papieża w transmitowanej na cały świat homilii ostro smagał "dyktaturę relatywizmu", czym gorąco polecił się elektorom. Dzień później, po najkrótszym w dziejach nowożytnych 26-godzinnym konklawe, został papieżem.

Lobby pierwsze - Sodano i kuria

Tym razem sytuacja się nie powtórzy. I to nie dlatego, że kardynał Sodano, który poprowadzi procesję kardynałów do Kaplicy Sykstyńskiej, zatrzyma się przed jej bramą i zawróci, gdyż ze swoimi 85 latami przekroczył wiek uprawniający do wyboru papieża. Także nie z powodu marnego stanu zdrowia - Piemontczyk cieszy się doskonałym samopoczuciem. I także nie dlatego, że jest produktem kurii rzymskiej, z 50-letnią karierą w dyplomacji Watykanu, zwieńczoną urzędem sekretarza stanu (1991-2006).

Sodano nie wygra konklawe również nie dlatego, że jako nuncjusz w Chile nabrał wody w usta, gdy wojskowy reżim Pinocheta dokonywał brutalnych gwałtów na ludności cywilnej, a jedynie skutecznie pośredniczył w konflikcie argentyńsko-chilijskim o kanał Beagle, kiedy do gardła skoczyły sobie dwa katolickie kraje. Wreszcie obecny dziekan nie zostanie papieżem także nie dlatego, że z makiaweliczną zręcznością poobsadzał kluczowe posady w kurii swoimi ludźmi.

Sodano nie zostanie papieżem, ponieważ dla zdecydowanej większości kardynałów spoza kurii rzymskiej ucieleśnia absolutne zło. W jego twarzy odbija się sieć intryg, knowań i walki o władzę. Benedykt XVI pozbawił go stanowiska sekretarza stanu rok po objęciu sterów Kościoła. Na jaw wyszło wtedy, że niczym ojciec chrzestny latami chronił Maciela Degollado, lidera ultrakonserwatywnych Legionów Chrystusa, który molestował seksualnie młodych mężczyzn, a z dwoma kobietami spłodził trójkę dzieci. Niewyjaśniona pozostaje do dziś także rola Sodano przy kamuflowaniu skandalu homoseksualnego wiedeńskiego kardynała Groëra i poznańskiego abp. Paetza.

Lobby drugie - Bertone, człowiek Bendykta

Stąd rok po przejęciu Kościoła w swoje ręce Benedykt rozstał się z rosłym, ale ociężałym dyplomatą i zastąpił go ulepionym z zupełnie innej gliny "swoim człowiekiem", Tarcisio Bertone, do którego miał bezgraniczne zaufanie, gdyż ten latami wiernie służył w Kongregacji Wiary. Pochodzący także z Piemontu Bertone, sążnisty z wyglądu, jowialny i dowcipny z temperamentu, generalnie sybaryta, miłośnik uginającego się stołu, namiętny kibic futbolu i wielki zwolennik wprowadzenia Watykanu do rozgrywek MŚ i ME, nie posiadał jednak ani doświadczenia w dyplomacji watykańskiej, ani znajomości języków.

Nie przeszkodziło mu to, by w najlepszym stylu watykańskiej dyplomacji usunąć z prominentnych stanowisk w kurii ludzi Sodano. W Watykanie zaczęła się wojna podjazdowa między dawnym i obecnym sekretarzem stanu. Stara gwardia przebiegłego dyplomaty Sodano kopała pod Bertone dołki. Trudno dziś orzec, czy największe wpadki Benedykta XVI idą na konto kreciej roboty byłego, czy też niekompetencji obecnego sekretarza stanu. Gdy np. papież ułaskawiał lefebrystów, pojęcia nie miał o antysemickich tyradach ich lidera bp. Williamsona, przez co wpakował się w wielkie kłopoty. Ułaskawienie kłamcy oświęcimskiego wywołało oburzenie na całym świecie, a w Niemczech - protest dyplomatyczny kanclerz Merkel. Perorując z kolei na wykładzie w Ratyzbonie o teologicznych słabościach islamu, nieostrzeżony profesor-papież nie zdawał sobie sprawy z politycznego wymiaru swoich słów, co niemal doprowadziło do wybuchu kolejnej intifady.

Frakcja Sodano przy każdej nadarzającej się okazji ciskała gromy w Bertone, a to za zabrnięcie dialogu z Chinami w ślepą uliczkę, a to za nabranie przez Watykan wody w usta w obliczu wielkiego kryzysu Unii Europejskiej. Gdy już zabrakło rzeczowych argumentów, piętnowano ochocze pielgrzymowanie po świecie sekretarza stanu w zastępstwie dotkniętego brakiem entuzjazmu podróżowania Benedykta i odgrywanie za granicą roli drugiego papieża, w jednym tylko celu - autopromocji własnej bella figura. W ostatnich dniach nie brak też głosów, które w aferze Vatileaks dopatrują się przebiegłego planu frakcji Sodano, mającego zdyskredytować spiskującego za Spiżową Bramą i działającego na szkodę papieża kardynała Bertone.

Jak nie oni, to kto? Duże szanse faworytów kard. Sodano

Rywalizacja między dwoma włoskimi purpuratami, toczona za plecami i kosztem Benedykta, przeniosła się na czas po sensacyjnym ustąpieniu papieża. W okresie bezkrólewia obydwaj zarządzają Kościołem, przy czym Bertone jako kamerling Kościoła, w przeciwieństwie do dziekana kolegium, formalnie troszczy się o bardziej przyziemne, organizacyjne sprawy Stolicy Apostolskiej: finanse, administracje. Ta dwójka pociąga też za sznurki na konklawe. Bertone ze swoimi 78 latami zasiądzie nawet w Sykstynie. Tyle że, podobnie jak jego wielki rywal, ma zerowe szanse, by zostać papieżem. Ale obydwaj stoją na czele dwóch najbardziej wpływowych frakcji i mogą przeforsować wybór swoich kandydatów.

Sodano, który uchodzi za umiarkowanie progresywnego, będzie forsował człowieka środka. Kogo konkretnie, nie wiadomo. Możliwe, że kardynała Mediolanu Angelo Scolę. Dlatego niektórzy w mediolańczyku widzą już stuprocentowego faworyta, wyprowadzając to nawet z jego biskupiego herbu, w którym fale morskie przeszywa łódź (Piotrowa). To fantasmagoryczny argument, bo przy 7600-kilometrowym wybrzeżu włoskiego buta większość włoskich kardynałów może uchodzić za wybornych kapitanów. Lub się za takowych uważa. Istotniejsze jest, że Sodano posiada gęstą sieć kontaktów do wielu elektorów, wręcz "ma fenomenalne zdolności organizowania większości" - dodaje najwybitniejszy watykanista Marco Politi.

Dlatego, w zależności od sytuacji na konklawe, Sodano może postawić na pozaeuropejską kartę. Nie będzie nią na pewno czarnoskóry, 64-letni Turkson z Ghany, którego plakaty z podpisem "wybierz Turksona" zdobią już ulice Rzymu. Być może jako prowokacja. Turkson wyeliminował się z gry sam niedawną wypowiedzią dla CNN, w której ocenił, że skandal pedofilski w europejskim Kościele jest w Afryce niemożliwy, "ponieważ homoseksualizm jest tam nietolerowany". Odsłoniło to kulturową homofobię Afryki, ocean przepaści dzielący Europę od Afryki, co Turksona uczyniło niewybieralnym przez Europejczyków. Sodano spoza Europy może więc postawić na kardynała Sao Paulo Odilo Scherera. Latynos ma właściwy wiek - 63 lata, jest do zaakceptowania przez Europejczyków, w tym Włochów. Ale przede wszystkim spełnia najważniejsze kryterium - pomimo że jest biskupem diecezjalnym, posiada doświadczenie pracy w kurii rzymskiej. Dzięki temu mógłby zrobić porządek z wszechwładną kurią kardynała Bertone, która zwaliła z nóg subtelnego papieża-profesora Benedykta.

A może ktoś inny...

Scolę lub Scherera wraz z ich promotorem - Angelo Sodano - zablokować może jednak właśnie frakcja Bertone, który jest poróżniony z większością kardynałów włoskich spoza kurii, ordynariuszami diecezji, w tym także ze Scolą oraz przewodniczącym episkopatu Italii Angelo Bagnasco. Przyczyna zadry? Bertone wyrwał wiele spraw ordynariuszom i rozstrzygał je u siebie w Sekretariacie Stanu. Wprawdzie zadarł także z purpuratami w kurii, gdy wściekły po aferze Vatileaks inwigilował całą centralę, by wykryć wierzchołek siatki szpiegowskiej, jaka musiała stać za wynoszącym z apartamentów papieskich dokumenty kamerdynerem Paulo Gabriele. Bertone najbardziej ucieleśnia frakcję kurialistów. I najprawdopodobniej będzie forsował kandydaturę liberalnego włoskiego kurialisty, ministra kultury Watykanu Gianfranco Ravasiego.

Kto wygra: Sodano czy Bertone? A może w obliczu patu obydwaj zdecydują się na kandydata kompromisowego? Tego świat dowie się w chwili ulatniania się białego dymu z komina znad Sykstyny. Także potem prawo kanoniczne pod groźbą ekskomuniki zabrania zdawania szczegółów relacji z przebiegu konklawe. Ale byłoby niezgodne ze świętą tradycją, gdyby i tym razem przebieg konklawe z 2013 roku nie wydostał się na zewnątrz, poza grube mury Watykanu.

Arkadiusz Stempin, profesor historii i politologii w WSE im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie i na uniwersytecie Alberta Ludwika we Fryburgu Bryzgowijskim (Niemcy).



DOSTĘP PREMIUM