Prof. Stempin: Nowy papież, stare problemy i niewiadome rozwiązania

Nowy papież stoi wciąż przed tymi samymi wyzwaniami co poprzednicy. "Ideologicznie konserwatywny, społecznie awangardowy. Ale czy podejmie się reformy kurii Rzymskiej?" - zastanawia się prof. Arkadiusz Stempin.
Wybór papieża następuje na interwencję Ducha św. Jak? Tego nikt nie wie. Obecność Ducha św. najbardziej widoczna jest podczas procesji kardynałów do Kaplicy Sykstyńskiej, podczas której wzywają go oni 1200-letnim hymnem "Przybądź Duchu Stworzycielu". Prawdopodobnie jest on równie aktywny przed samym konklawe, gdy przybyli do Rzymu kardynałowie obradują na prekonklawe.

Interwencja Ducha św. ma wiele niuansów, wymyka się kategoryzacji, a jeszcze trudniej opisowi. Na szczęście wybór papieża następuje także w oparciu o mniej amorficzny, tzw. czynnik ludzki...

Papieski gambit

Rola głównego rozgrywającego na konklawe przypadła dziekanowi kolegium, Angelo Sodano, który oprócz łaski wsłuchania się w Ducha św. dysponuje drugą, niemniej cenną zdolnością - organizowania większości. Sodano to wyborny dyplomata, przez 50 lat w służbie Watykanu, wiarus ze starej gwardii Jana Pawła II. Przez 14 lat za pontyfikatu papieża Polaka jako sekretarz stanu tuszował afery pedofilskie na szczytach Kościoła. Chronił m.in. założyciela ultrakonserwatywnych Legionów Chrystusa Maciela Degollado, który praktykował pedofilię, pod fałszywymi nazwiskami zawarł dwa związki małżeńskie, płodząc w nich trójkę dzieci.

Na konklawe Sodano pociągał za sznurki, pomimo że ze swoimi 85 latami nie mógł już zasiąść w Kaplicy Sykstyńskiej. Za to świetnie skoligacony z kluczowymi purpuratami z Europy i obydwu Ameryk stał na czele największej frakcji. Przede wszystkim mógł liczyć na Włochów z północy na czele z byłym i obecnym przewodniczącym konferencji episkopatu Camilo Ruini i Angelo Bagnasco oraz zarządzającym konklawe prodziekanem Battistą Re. Przyczółek do elektorów z Europy gwarantował mu kardynał Paryża Andre Vingt-Trois i Wiednia Schönborn, a pomost do kardynałów z Ameryki Południowej zapewniał Argentyńczyk Leonardo Sandri.

W oparciu o tę pajęczą sieć, dającą na wejściu 40 głosów, Sodano forsował kandydaturę konserwatywnego Scoli. Jakimi Sodano dysponował możliwościami, świadczy fakt, że w talii jego asów znajdowała się południowoamerykańska alternatywna dla opcji włoskiej (Scoli) - równie konserwatywny Brazylijczyk Scherer. Piętą achillesową stronnictwa Sodano był podział wśród 28 kardynałów-elektorów włoskich. Skupieni bowiem wokół sekretarza stanu Benedykta XVI Bertone włoscy kurialiści nie godzili się ani na wybór Scoli, ani na Scherera. Ważniejsze dla nich nawet od wyboru Włocha było śmiertelne niebezpieczeństwo grożące im od Scoli czy Scherera w postaci zapędów tychże do przeprowadzenia minimalnej nawet reformy Kurii Rzymskiej. W okresie pontyfikatu Benedykta XVI, watykańska centrala całkowicie ubezwłasnowolniła subtelnego papieża-profesora z Niemiec. Za Spiżową Bramą, a za plecami Benedykta, w najlepsze prano w Banku Watykańskim mafijne pieniądze, jak grzyby po deszczu powstawały koterie z homoseksualizmem w tle czy niejasne związki z włoskimi politykami. Najwięcej energii kuria z Bertone na czele zainwestowała w wojnę domową z frakcją Sodano, toczoną o personalną obsadę watykańskich stanowisk.

Nic dziwnego, że na konklawe przerażeni kondycją rzymskiej centrali purpuraci z obydwu Ameryk nie chcieli słyszeć o żadnym Włochu. Także o Schererze, który w latach 90. pracował w Watykanie. Dlatego nie poparli go nawet rodacy z Brazylii. Amerykanie z obydwu kontynentów pod przewodnictwem kardynała Nowego Jorku Dolana stanęli murem, wysuwając od razu kandydaturę niesplamionego kurialnym smrodem Bergoglio. Sodano już po pierwszych głosowaniach zorientował się, że kruszenie kopii o Scolę czy Scherera skazane jest na porażkę. W obliczu patu, gdy on sam nie był w stanie zapewnić Scoli więcej niż 40 głosów wyjściowych, blokując jednocześnie Amerykanów, postanowił przeciwników zamienić w sojuszników. Jako wyborny dyplomata nie miał większych problemów, by zdradzić Scolę i poprzeć ze swoimi pretorianami: Ruini, Re i Bagnasco kandydaturę Argentyńczyka. Mało tego. W drugim dniu konklawe zawarł kompromis z głównym swoim rywalem Bertone. Cena ich makiawelicznego aliansu? Elekt z Argentyny w świętym spokoju zostawi Kurię Rzymską. Skłóconych ze sobą, a połączonych taktycznym sojuszem Sodano i Bertone satysfakcjonowało też podwójne argentyńsko-włoskie obywatelstwo nowego kandydata i jego zaawansowany wiek. 76 lat gwarantowały w ich oczach pontyfikat przejściowy.

Skromny pasterz ubogiego Kościoła

W dokonanym w oparciu o "czynnik ludzki" wyborze prasa dopatrzyła się "ręki Boga", nawiązując do legendarnej, strzelonej ręką bramki Diego Maradony w MŚ - innego sławnego Argentyńczyka. "Kościołowi potrzeba człowieka ewangelii, silnie uduchowionego", perorował jeszcze przed konklawe człowiek Sodano, kardynał Schönborn. Dokładnie takiego, jakiego uosabia skromny i ewangeliczny Franciszek, który wzorem wielkiego imiennika z Asyżu pobłogosławił już ślepego psa. Nie nosi mozzetty i czerwonych papieskich butów, pozostałości imperialnego rodowodu urzędu. Okulary nie jak u Benedykta XVI markowe Serengeti, tylko jakby nabyte u sprzedawcy z bazaru. Oprawki nie dochodzą do ucha, a szkła nie są nawet przydymione. Zresztą gestów zrywających z pompą i obleczonego w gronostaje Kościoła papież zdążył przez tych kilka dni wykonać dziesiątki.

Zaraz po konklawe odprawił z kwitkiem kierowcę papieskiego mercedesa z rejestracją SCV 1, by razem z kardynałami wsiąść do autobusu, gdzie usiadł na drugim za kierowcą siedzeniu po lewej stronie. Na kolacji w Domu św. Marty nie zasiadł na białym tronie, tylko na krześle, jak jego kardynałowie. I tak jak oni nakładał sobie na talerz spaghetti, spokojnie czekając na swoją kolejkę. Na pierwszą noc nie wprowadził się do papieskiej suite, tylko pozostał w pokoju 201, który jak każdy z kardynałów wylosował przed konklawe. Na drugi dzień sam przyciągnął walizki do recepcji i zapłacił za pokój z własnej kieszeni, po czym na piechotę pomaszerował do Pałacu Apostolskiego.

"Te drobne rzeczy wiele o nim mówią", komentuje kardynał Schönborn. Papieska symbolika ubogiego Kościoła może mieć jako odgórna dyrektywa duże przełożenie na Kościół w Polsce, o wiele bardziej niż to niejednemu ordynariuszowi jest w niesmak. Nowe standardy ugodzą w pontyfikalną szatę wylizanych kurii biskupich, limuzyn z szoferem, rozbudowanego pionu personalnego i ogólnie celebrowanego splendoru władzy.

Społecznie awangardowy, ideologicznie konserwatywny

Jeszcze istotniejszą rekomendacją dla Franciszka jest poparcie, jakie na poprzednim konklawe udzieliła mu wielka osobowość Kościoła, progresywny kardynał Carlo Martini. Bergoglio jako jedyny poważnie zagroził wtedy Ratzingerowi. W trzecim głosowaniu zebrał 40 głosów i skutecznie blokował wybór niemieckiego faworyta, który dopiero po scedowaniu przez Argentyńczyka na niego swoich głosów wygrał konklawe.

Jak niemal każdy biskup z Ameryki Pd., w której nierówności społeczne wołają o pomstę do nieba, a brutalna bieda odziera ludzi z godności, bo dzieci kopią w piłkę na śmietnikach, taksówkarze dużym łukiem omijają dzielnice slumsów, handlarze narkotyków wałęsają się po ulicach, a nocą dochodzi na nich do strzelanin, Bergoglio jest w kwestiach społecznych awangardowy, w doktrynalnych ultrakonserwatywny. Nie przeprowadzi większych zmian w zakresie moralności seksualnej, aborcji, antykoncepcji, dopuszczenia związków niesakramentalnych do komunii.

Jego stanowisko wobec gejów i lesbijek jest radykalnie zachowawcze. Przecież co roku pojawiał się we włoskim Rimini na spotkania ultrakonserwatywnego ruchu Comunione e Liberazione. Za każdym razem jako mówca. Ale nie brak przykładów z jego życia, które dowodzą, że stykając się w praktyce z żywymi ludźmi, obchodzi się z nimi niedoktrynalnie. W Wielki Czwartek miał zwyczaj odwiedzania w Buenos Aires hospicjum dla chorych na AIDS i zgodnie z liturgicznym rytuałem dnia obmywał im nogi.

Herkulesowe wyzwanie - reforma Kurii Rzymskiej

Ale czy subtelny i skromny 76-latek poradzi sobie z herkulesowym wyzwaniem, leżącym nie poza, ale w obrębie murów watykańskich - potężną ale skorumpowaną Kurią, w starciu z którą Benedykt poniósł sromotną klęskę? A która dlatego na konklawe poparła argentyńskiego żółtodzioba w watykańskiej materii, by żadnej krzywdy jej nie zrobił. I tu pojawiają się wątpliwości. Afera Vatileaks nie została do końca wyjaśniona. Tajny 300-stronicowy raport trzech emerytowanych kardynałów śledczych o mafijnych układach i wojenkach toczonych za Spiżową Bramą, który zwalił z nóg Benedykta, zgodnie z jego wolą leży zamknięty w jednej z szuflad w Pałacu Apostolskim. I czeka, by wziął go w swe ręce nowy papież.

Można przypuszczać, że raport z aferą Vatileaks cieniem rzucił się nawet na przebieg konklawe. Wykluczył z wyboru murowanych faworytów, uwikłanych w korupcję i sieci intryg. Ale co zrobi Franciszek, gdy przeczyta raport? Gdy skończy się najszczęśliwszy okres przesiąkniętego symboliką ubóstwa pontyfikatu? Czy Franciszek pozamiata żelazną miotłą cuchnący brud w kurii, gubernatorstwie miasta-państwa Watykanu i w Watykańskim Banku? Tym "kłębowisku żmij", jak go nazwał jeden z włoskich watykanistów? Jeszcze podczas prekonklawe niemiecki kardynał Kaspar Walter domagał się przedstawienia pełnego sprawozdania o Vatileaks i o raporcie trójki kolegów.

Podczas konklawe 2005 podnosiły się głosy, odmawiające Bergoglio zdecydowania i siły. Teraz obawy sprzed 8 lat splatają się z nowymi, dotyczącymi braku jednego płuca, zaawansowanego wieku i związanego z nim uwiądu sił, co nie jest wyssane z palca, skoro te przypadłości dopadły sędziwego poprzednika. Wolno też raczej wątpić, że zupełnie pozbawiony napoleońskich cech Franciszek rozprawi się z owym "kłębowiskiem żmij". I że przy obsadzie personalnej kurii rzymskiej oprze się na hierarchach z doświadczeniem, ale niepochodzących z kurii. I zdecyduje się na zwoływanie regularnych konsultacji z kardynałami ze wszystkich kontynentów, co automatycznie podmyje znaczenie rzymskiej centrali.

Nie wiadomo też, czy skromny papież, forsujący na razie radykalnie jedynie widoczną ideę ubogiego Kościoła, bez przepychu i pontyfikalnej ornamentyki, zamknie skalany skandalem Bank Watykański? Już podczas prekonklawe kardynałowie z USA domagali się szczegółowego wglądu w pracę banku. Prymas Nigerii John Onaiyekan przyznał szczerze, że on kompletnie nie pojmuje, po co w ogóle Watykanowi potrzebny jest własny bank. Czy papież Franciszek swoją indywidualną prostotą i ewangelicznym przekazem ściągnie również z Kościoła odium niesławy po aferach Vatileaks i pedofilskiej? Czy wzmocni też samych członków Kościoła, którzy doznali szoku po dobrowolnej rezygnacji Benedykta? Nie wiadomo.

Kolegialność i transparencja w monarchii absolutnej?

Pod znakiem zapytania stoi też zwiększenie przez Franciszka marginesu swobody działania kontynentalnym i narodowym episkopatom. Przy uszczupleniu własnych, absolutystycznych uprawnień, by kościoły lokalne nie były już odgórnie sterowane przez Rzym - czego domagali się na prekonklawe kardynałowie z USA. W epoce globalizmu absolutystycznie sterowany Kościół jest anachronizmem. Wtedy można by się odważyć na lokalnie ograniczoną próbę reform. Skoro w Europie katolicy domagają się wyprowadzenia kobiet z zakrystii przed ołtarz, mógłby się papież zgodzić na takie koncesje, bez kopiowania ich w Afryce czy w Puszczy Amazońskiej.

W ten sposób można by sporo wypróbować w zakresie celibatu, większego udziału świeckich w liturgii, czy dopuszczenia do sakramentów katolików żyjących w powtórnie zawartych małżeństwach. Bo chyba papież widzi, że w Europie Zachodniej mniej narybku opuszcza seminaria duchowne niż specjalistów od butów ortopedycznych, a kościoły na potęgę pustoszeją. Jeśli eksperyment powiedzie się, można go rozszerzyć na cały Kościół. Z kolei w Afryce pracujące w szpitalach dla chorych na AIDS zakonnice decydowałby, czy rozdawać tam prezerwatywy, czy pigułkę postkoitalną, a nie prałat w odległym Rzymie. Czy stojący na czele monarchii absolutnej papież jest gotów oddelegować większe uprawnienia lokalnym kościołom? Teoretycznie umożliwia to konstytucja Jana Pawła II Dobry Pasterz z 1988 roku. Ale uczyniłoby to wiele watykańskich instytucji zbędnymi. Np. Radę ds. Świeckich lub ds. duszpasterstwa migrantów, których zadania przejęliby biskupi w diecezjach.

Decentralizacja musiałaby objąć Sekretariat Stanu, który za kardynała Bertone przechwytywał wiele spraw od biskupów diecezjalnych, a nawet poszczególnych kongregacji (ministerstw) watykańskich. Ich prefekci (ministrowie) ustawiali się w długiej kolejce na audiencję do papieża. Tylko Bertone i szef Kongregacji Wiary abp. Ludwik Müller mieli stały dostęp do Benedykta. Tymczasem konstytucja Dobry Pasterz przewiduje regularne konsultacje papieża z prefektami i jedynie moderującą, a nie egzekutywą rolę Sekretariatu Stanu. Ale znów nie wiadomo, czy Franciszek dostrzeże, że w epoce globalizmu absolutystycznie sterowany Kościół jest anachronizmem.

Odium przeszłości?

Jeszcze jeden problem może stać się obciążeniem dla pontyfikatu: pojawiające się w Argentynie zarzuty kolaboracji z wojskową juntą. Łącznie ze zdradą braci jezuitów i nabraniem wody w usta wobec morderstw dokonanych na przeciwnikach reżimu. W latach 1976-83 zaginał ślad po 30 000 ludziach, wielu wyrzucano z helikopterów do morza. A urodzone w więzieniach dzieci sprzedawano przybranym rodzicom do adopcji. Bergoglio jeszcze przed wojskowym puczem miał sympatyzować z prawym skrzydłem peronistów, po przewrocie z dyktaturą.

Najcięższe oskarżenie dotyczy denuncjacji dwójki jezuitów, pracujących w dzielnicy biedy, przeciwników reżimu. Indywidualną odpowiedzialność ówczesnego prowincjała jezuitów na Argentynę trudno dziś ocenić. Informacje świadków wydarzeń są sprzeczne, a ferowanie wyroku, tak jak w przypadku kardynała Glempa w Polsce w okresie stanu wojennego, może być odmienne i ulegać ewaluacji. Możliwe że rację ma Adolfo Pérez Esquivel, który za walkę z juntą otrzymał pokojowego Nobla. Asquivel twierdzi, że Bergoglio "nie miał takiej odwagi jak inni księżą, ale nigdy nie pracował dla dyktatury, nie był jej trybikiem". Kościół katolicki dla ratowania posługi duszpasterskiej wielokrotnie kolaborował z mocarzami tego świata.

Wystarczy wspomnieć konkordat Watykanu z Hitlerem, czy zawarcie w 1950 roku przez kardynała Wyszyńskiego porozumienia z rządzącymi w Polsce stalinistami, zbroczonymi krwią na rękach po rozprawieniu się z AK-owską opozycją. A przecież nikt prymasa nie oskarża o kolaborację. A jeśli za sprzeciw trzeba zapłacić męczeństwem? Gdy w 1920 roku nuncjusz apostolski w Warszawie Achille Ratti zatelegrafował do papieża, że w obliczu marszu bolszewików na stolicę kraju zostaje w niej, Ojciec Święty odpisał rzeczowo: "Natychmiast wyjeżdżaj, potrzebuję dobrych dyplomatów, nie męczenników". Rok temu episkopat Argentyny wydał oficjalnie oświadczenie: "Podzielamy ból tych wszystkich, których rozczarowaliśmy i prosimy ich o wybaczenie, że nie wspieraliśmy ich w oczekiwanym rozmiarze".

Nawet jeśli zarzuty wobec Bergoglio okażą się nieprawdziwe, tak długo jak będą krążyć, szkodzą wizerunkowi papieża i Kościoła. A ten niczego bardziej dziś nie potrzebuje, jak właśnie nowego nieskazitelnego początku. Czy z Franciszkiem mu się to uda, trudno w tej chwili wyrokować.

Symbolika ubogiego Kościoła, nieobrośniętego gronostajami, może nawet wyniesionego do rangi programu pontyfikatu, przyniesie Franciszkowi osobistą sympatię, ale nic więcej. Nie zmieni ona zasadniczo wizerunku Kościoła, który doznał potwornych szkód po aferze pedofilskiej i Vatileaks. Wiadomo też, że nowy papież nie przetnie więzów gordyjskich splatających Kościół z represyjną etyką seksualną. Podobnie jak poprzednicy, całym sercem tkwi przy niezmienności obyczajowej, traktując ją jako tożsamość odpornego na sezonowość mody Kościoła.

Może jednak dokonać przełomu w dwóch sferach, wewnętrznej reformy kurii i zaprowadzenia rzeczywistej kolegialności w Kościele. Zapewne stworzy tym nowy klimat wokół Kościoła i w nim samym, ociepli jego wizerunek. Ale czy wystarczy to, by wolno pracujące młyny kościelne powstrzymały dramatyczny kryzys wiary w Europie, parcie Kościołów zielonoświątkowych w Ameryce Pd. oraz islamu w Afryce na katolicyzm? Tylko jeden Bóg raczy wiedzieć.

Arkadiusz Stempin, historyk i politolog, prof. w WSE Kraków ks. Tischnera i na Uniwersytecie we Freiburgu (Niemcy)

DOSTĘP PREMIUM