Szef telewizji Imedi broni fałszywego reportażu. "Informowaliśmy, że to symulacja"

Giorgi Arweladze, szef telewizji Imedi, broni decyzji o nadaniu fałszywej informacji o ataku wojsk rosyjskich na Gruzję. Według niego przed emisją stacja poinformowała widzów, że materiał jest jedynie "symulacją" ewentualnych zdarzeń. Informacja wywołała w sobotę panikę wśród widzów. Kilka osób trafiło do szpitala z zawałem serca. Pod budynkiem stacji demonstrowano.
- Ubolewam nad tym, że nasz materiał zszokował widzów. Nie chcieliśmy nikogo wystraszyć. Bierzemy na siebie odpowiedzialność, za skutki, jakie wywołała jego emisja. Przepraszamy też wszystkich zdenerwowanych widzów naszej stacji - powiedział Arweladze w emitowanym przez gruzińską telewizję publiczną programie "Accents". Rozmowę cytuje gruziński portal Civil.ge.



Szef stacji Imedi to były członek gruzińskiego rządu i wieloletni sprzymierzeniec prezydenta Saakaszwilego. W rozmowie stwierdził, że jego telewizja tuż przed emisją materiału poinformowała widzów o treściach w nim zawartych. Stacji chodziło o "symulację" ewentualnych wydarzeń, jakie mogły by mieć miejsce w trakcie majowych wyborów samorządowych. Taka informacja nie była jednak wyświetlana w trakcie emisji materiału.

"Nie chcieliśmy straszyć społeczeństwa"

Arveladze zapewnił, że wydawcy i producenci zastanawiali się, czy umieścić w informacji takie ostrzeżenie. Zdecydowali jednak, że wystarczy podać je w zapowiedzi materiału. Szef Imedi TV odrzucił jednak oskarżenia, że jego stacja złamała kodeks nadawców telewizyjnych. Odpowiedział, że interpretacją tego faktu zajmą się prawnicy. O naruszeniu kodeksu mówi jednak Państwowa Komisja Nadawców. Według niej stacja powinna rozdzielać prawdziwe informacje od "symulacji". Jeśli stacja zdecyduje się wyemitować fałszywy reportaż widzowie muszą być o tym wyraźnie poinformowani.

- Prawnicy mają w tej sprawie różne zdania. Nie chcę wchodzić w dyskusje na ten temat - powiedział Arveladze. Dopytywany przez prowadzącego wywiad stwierdził, że "nie ma zamiaru wchodzić w prawnicze szczegóły". - Część ekspertów twierdzi, że o treści materiału wystarczy poinformować widzów przed jego emisją. Ten warunek spełniliśmy. Umieszczanie napisu w trakcie reportażu nie jest wymagane - stwierdził.

- Nie chcieliśmy straszyć społeczeństwa. Zależało nam na tym, by zwrócić uwagę na niebezpieczeństwo, przed jakim stoi nasz kraj. Chcieliśmy ze wszystkimi szczegółami pokazać naszym widzom plany, jakie szykuje Moskwa - wyjaśniał Arveladze.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM