Pilot oblatywacz: żeby poderwać maszynę miał może 6 sekund. Ja na myśliwcu bym zdążył, ale on...

Według Magomeda Tałbojewa, oblatywacza, pilota, astronauty, pilot polskiego Tu-154M podjął błędną decyzję o lądowaniu, bo mógł być pod presją kogoś na pokładzie. Kontroler lotniska, który go wtedy prowadził, radził mu odlecenie na inne lotnisko. - Oni powinni dawać "pokwitowanie", ale nie dawali - mówi kontroler. "Pokwitowanie" to dane o wysokości i torze lotu przekazywane przez załogę. Polacy tego nie przekazywali.


- On powiedział (dowódca załogi polskiej "tutki"), że jeśli nie usiądzie, to odleci na lotnisko zapasowe. Ja mu proponowałem to - mówi Paweł Plusiny, kontroler lotów w Smoleńsku, który miał dyżur tragicznego 10 kwietnia, w rozmowie z LIFENEWS. - Oni początkowo informowali, potem przestali dawać jakiekolwiek informacje... Powinni dawać "pokwitowanie", ale nie dawali - mówi kontroler, który był w stałym kontakcie radiowym z polską załogą.

Co to "pokwitowanie"? - To dane o wysokości przy dochodzeniu do lądowania [procedura tzw. kwitowania wysokości stosowana jest na lotniskach, które nie mają nowoczesnych systemów naprowadzających ; pozwala porównać załodze i wieży, czy samolot leci po właściwym torze].

Dalej kontroler sugeruje, że załoga przerwała nadawanie danych, bo nikt nie mówił dobrze po rosyjsku. To nie prawda - dowódca załogi znał ten język płynnie. Zdaniem Magomeda Tałbojewa, bohatera Związku Radzieckiego - pilota, oblatywacza, astronauty - pilot mógł popełnić błąd z powodu presji ze strony swoich dowódców.

- Myślę, że mógł być pod presją kogoś na pokładzie. To problem wszystkich lotników, którzy wożą ważnych dygnitarzy. 14 lat temu mieliśmy w Rosji podobny przypadek, który o mało co nie skończył się podobną tragedią. Wtedy prezydent Borys Jelcyn kazał kapitanowi Iła A-96 lądować, nie bacząc na fatalną pogodę. Potem ten pilot, mój dobry znajomy, wciąż przerażony opowiadał mi, że cudem posadził 250-tonową, czterosilnikową maszynę - mówi w rozmowie z Wacławem Radziwinowiczem z "Gazety Wyborczej" Tałbojew.

Opowiada też o lotnisku mówiąc, podobnie jak kontroler lotów, że pilot powinien był lądować tego dnia gdzie indziej. - To port lotniczy drugiej kategorii według klasyfikacji międzynarodowej. Nie ma tam nowoczesnej aparatury naprowadzającej. Najprościej mówiąc, można tam lądować, jeśli pułap jest nie niższy niż 100 m, a widoczność wynosi co najmniej 1000 metrów - tłumaczy pilot. 10 kwietnia widoczność w okolicach lotniska nie przekraczała 400 metrów.

Tałbojew tłumaczy z czym przyszło się zmierzyć pilotowi, gdy podjął próbę lądowania. - Żeby zorientować się, że ziemia jest za blisko miał tyle, co nic. Może sześć sekund. Ja na myśliwcu, który ma dopalacze, pewnie jeszcze bym zdążył uciec ziemi. Ale za sterami samolotu ważącego około 100 ton nikt nie dałby rady. Ten samolot podchodząc do lądowania, bezwładnie "wisi" w powietrzu i nie wykona żadnego manewru.

DOSTĘP PREMIUM