Panika pyłowa była niepotrzebna? Astronom mówi, że tak

Holenderski astronom z uniwersytetu w Leidzie uważa, że chmury popiołu z islandzkiego wulkanu już w piątek nie stanowiły żadnego zagrożenia dla lotnictwa cywilnego. Według naukowca strach przed chmurą wulkaniczną został przesadnie rozdmuchany, a decyzję o zamknięciu przestrzeni powietrznej na tak długo podjęto bez konsultacji z ekspertami.
A to właśnie w piątek zaczął się lotniczy paraliż Europy. Na lotniskach utknęły dziesiątki tysięcy ludzi, odwoływano niemal wszystkie loty, linie traciły nawet 200 mln dolarów dziennie.

CZYTAJ SPECJALNY RAPORT

Astronom Rudolf Le Poole przyznaje, że zamknięcie przestrzeni dla ruchu lotniczego było konieczne zaraz po erupcji wulkanu, bo do atmosfery dostały się pyły, które w przeszłości były przyczyną kilku wypadków samolotów. Naukowiec zauważa jednak, że nikt nie określił, jakie musi być stężenie popiołu w powietrzu, by mówić o zwiększonym ryzyku. A takiego, zgodnie z obliczeniami holenderskiego astronoma, już w sobotę nie było.

- Można to było określić nawet patrząc w niebo nad Holandią, które było wciąż ładnie niebieskie. Gdyby światło rozproszyły duże ilości popiołu wulkanicznego, byłoby białe - mówi uczony. Wyjaśnia, że duże kawałki żwiru spadły zaraz w pobliżu wulkanu, a drobniejsze cząstki popiołu opadały metr w ciągu sekundy. I choć chmura pyłu była nad Europą, to już po dwóch dniach tak została rozrzedzona przez wiatr i turbulencje, że nie stanowiła zagrożenia dla silników samolotów. - Zwykle samoloty latają przez brudniejsze powietrze, na przykład nad pustynią - powiedział Rudolf Le Poole.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM