Wojsko potrzebuje lekarzy w Afganistanie. Chętnych brak. "Tyle można zarobić bez ryzyka"

- Za dobre pieniądze zatrudnimy każdą ilość anestezjologów w kontyngencie - po raz kolejny apeluje generał Edward Gruszka, Dowódca Operacyjny Sił Zbrojnych. Choć lekarz może zarabiać więcej niż dowódca kontyngentu, chętnych brakuje.
Polski polowy szpital w Ghazni otworzono kilka miesięcy temu. Od samego początku był problem ze skompletowaniem personelu. Ogłoszenie: "Poszukujemy lekarzy wszystkich specjalności do pracy na misjach poza granicami kraju" nie znikało ze stron MON i armii. Pomogli Amerykanie - oni także korzystają ze szpitala w Ghazni. W tej chwili w szpitalu pracuje polski i amerykański personel. Anestezjologiem jest amerykański lekarz.

Jednak problem - który dotyczy zarówno polskiego kontyngentu w Afganistanie, jak i w ogóle lekarzy w polskiej armii - pozostaje nierozwiązany do dziś.

"Można tyle zarobić i nie ryzykować"

- Anestezjolog na misji może zarobić nawet 20 tysięcy złotych miesięcznie - dowiadujemy się w Dowództwie Operacyjnym - to o 2 tysiące złotych więcej od pensji dowódcy Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Taką samą ofertę armia ma dla chirurgów czy ortopedów.

Mimo to, taka propozycja lekarzy nie interesuje. - Człowiek jest oderwany od rodziny, bo musi daleko wyjechać. Naraża się, bo widać że te misje nie są bezpieczne. Poza tym lekarz może wyjechać gdziekolwiek za granicę do luksusowych warunków, a nie na pustynię i zarobić nawet większe pieniądze w dobrych ośrodkach - torpeduje ofertę wojska, chirurg dr Krzysztof Andrzejewski (prawdziwe nazwisko do wiadomości redakcji). - Jeżeli ktoś pracuje w kraju na kontrakcie w kilku miejscach, to jest w stanie zarobić podobne pieniądze bez ryzyka - przyznaje lekarz.

Inspektorat Wojskowej Służby Zdrowia przyznaje, że pensje w wojsku nie mogą się równać pieniądzom, jakie lekarze zarobią w cywilu. To zdaniem ppłk Joanny Klejszmit-Bodziuch spory problem. - Dysproporcja jest duża, poza tym lekarze, którzy pracują stacjonarnie wyjeżdżając na misję tracą stałych pacjentów - dodaje ppłk Klejszmit-Bodziuch.

Nic więc dziwnego, że lekarzy wojskowych jest niewielu. Jak pisała "Gazeta Wyborcza", anestezjologów w całej armii jest zaledwie siedmiu. I nie wszyscy chcą wyjeżdżać na misje.

Nigdzie nie zdobędzie się takiego doświadczenia

Co daje praca na froncie? Porucznik Łukasz Świstun, lekarz w US Navy (amerykańskiej Marynarce Wojennej), który sam uczestniczył w kilku misjach w Iraku i Afganistanie wskazuje, że doświadczenia takiego jak na froncie medycy nie zdobędą nigdzie indziej.

- Nie mają na to szans - podkreśla wojskowy lekarz. - Jeśli ktoś decyduje się na wyjazd w rejon działań wojennych, często w jego rękach jest życie albo śmierć żołnierzy, tak było w moim przypadku - przekonuje Świstun. - Takie sytuacje uczą najwięcej. Musisz trafnie decydować. Ja właściwie dopiero na misji podejmowałem tak poważne decyzje, na taką skalę i z taką odpowiedzialnością za ludzkie życie - podkreśla. Porucznik Łukasz Świstun przyznaje, że nie liczył ilu żołnierzom uratował życie. - Jest kilku, od których dostaję kartki z życzeniami od czasu do czasu - kwituje śmiechem.

W polskim szpitalu w Ghazni pracują zarówno nasi lekarze jak i Amerykanie. W VIII zmianie PKW w Afganistanie potrzeba, póki co, tylko jednego anestezjologa, ale oferta pracy w armii ciągle jest aktualna.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM