"Chodzi o to, żebyśmy oglądali kompromitację Stanów Zjednoczonych"

- W przecieku jest sporo informacji ważnych, ale u nas się nie przebijają. Bo nas nie dotyczą - komentował przecieki WikiLeaks Tomasz Maćkowiak z tygodnika "Forum". - To przeciek bez precedensu. Czekamy na depesze o Polsce, z których dużo możemy się dowiedzieć - mówi z kolei Bartosz Węglarczyk, szef działu zagranicznego ''Gazety Wyborczej''.
- Co z dokumentów opublikowanych przez WikiLeaks wynika? - pytała swojego gościa w Komentarzach TOK FM Anna Laszuk. - Przeciek trwa, dlatego trudno na razie powiedzieć, co z niego wynika - odpowiadał Tomasz Maćkowiak z tygodnika "Forum". - Ale trochę autorom właśnie o to chodziło: żebyśmy śledzili i oglądali tę trwającą wielką kompromitację USA.

Zdaniem Maćkowiaka w mediach górę bierze przekonanie, że materiały z WikiLeaks rozczarowują. - Jak dotychczas zostały ujawnione epitety, ale nie strasznie szokujące. To takie śmieszne kalambury. Jak na razie, to czytając ujawnione dokumenty zaglądamy w kulisy środowiska, które, jak każde środowisko, żyje sobie plotkami, obgadywaniem - mówił dziennikarz "Forum".

"Większość informacji to żadne nowości''

Czołowe dzienniki amerykańskie i europejskie opublikowały w niedzielę wieczorem na swoich stronach internetowych omówienie 250 tys. poufnych depesz dyplomatycznych z ambasad USA, które udostępnił portal demaskatorski Wikileaks. USA od kilku dni starały się zredukować problem, jakim będzie upublicznienie dokumentów na temat wielu krajów, kontaktując się z nimi i łagodząc wydźwięk poufnych depesz, które mogłyby zepsuć relacje z sojusznikami. Administracja USA ostrzegła między innymi rządy Wielkiej Brytanii, Australii, Kanady, Danii, Norwegii i Izraela.

Tomasz Maćkowiak przestrzegł, że w dokumentach można znaleźć informacje istotne dla innych rejonów świata, niekoniecznie dla Europy. - Te materiały się nie przebijają się w Polsce, bo nie dotyczą nas bezpośrednio, np. to, że Arabia Saudyjska namawia USA do zbombardowania irańskich instalacji nuklearnych. Jest to szalenie poważna informacja dla tamtego regionu, bo w całym świecie islamskim i arabskich na Bliskim Wschodzie Iran kreuje się na przywódcę regionu. Więc publikacja to prezent dla Ahmadineżada - uważa Maćkowiak. Dodaje jednak, że w większości wypadków, informacje do tej pory ujawnione nie są nowe. - O tym wszystkim wiedzieliśmy - podsumował.

"To jest bez precedensu. Przecieki były, ale nie takie"

- Niesamowitość tego przecieku polega na tym, że jest tam mnóstwo informacji na bardzo różne tematy - mówił z kolei Bartosz Węglarczyk, szef działu zagranicznego "Gazety Wyborczej". - My oczywiście czekamy na depesze o Polsce, z których, zakładam czytając informacje do tej pory ujawnione, dużo dowiemy się o naszym kraju - dodał.

Węglarczyk podkreślił, że istota przecieku polega na tym, skąd pochodzi informacja. Jego zdaniem istnieje wielka różnica między tym, co mówią komentatorzy, o czym spekulują i co podają jako informacje "z drugiej ręki", a tym, co można przeczytać jako oficjalne pisma z różnego rodzaju spotkań. W przypadku przecieków WikiLeaks są to pisma, w których urzędnicy opisują spotkania, używając języka, którego nie wypada używać dyplomatom. - Dwaj panowie się spotykają, ściskają dłonie podczas konferencji prasowej, a tymczasem za zamkniętymi drzwiami się kłócą. Z tym mamy do czynienia w tym przecieku. Ja to porównuję do sytuacji, w której ktoś z nas rozmawia w domu przy kawie. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś to nagrywa i spisuje - mówił dziennikarz "GW".

- Jest to dla amerykańskiej dyplomacji sytuacja, która nigdy wcześniej się im nie przytrafiła. Były już przecieki, ale to były pojedyncze dokumenty. Jest to w tym sensie sytuacja bez precedensu - podkreślił.

- Świat będzie teraz jakoś reagował? - dopytywała swojego gościa Anna Laszuk. - Proszę pamiętać, że większość z tych dokumentów dotyczy krajów sojuszniczych USA. To jest sytuacja taka, jak gdybyśmy się dowiedzieli, że nasz ukochany wujek naprawdę myśli, że jesteśmy głupi - skomentował Węglarczyk. - W krajach, takich jak Niemcy czy Polska, będziemy mieli do czynienia ze wzruszeniem rękami, bo co niby zrobimy? Jest przecież coś takiego jak interes narodowy - podsumował.

DOSTĘP PREMIUM