Cały naród zagłosował za wolnością. Powstanie nowe państwo. I co dalej?

73 proc. głosujących nie umiało pisać i czytać. Potrzebne były specjalne karty do głosowania. Ale nawet jeśli większość mieszkańców południowego Sudanu to ubodzy analfabeci, to właśnie postawili na swoim. Aż 98.81 proc. zagłosowało w referendum za secesją. Powstanie niepodległe państwo. Najmłodszy kraj na świecie. I bardzo biedny.
Południowy Sudan zakończył liczenie głosów oddanych między 9 a 15 stycznia w referendum niepodległościowym. Rezultaty opublikowane przez Komisję Wyborczą wskazały, że w głosowaniu wzięło udział 3,793,572 osób. 98.81 proc. głosujących wybrało niepodległość, podczas gdy za jednością z Sudanem opowiedziało się jedynie 1.19 proc. Wczorajsze rezultaty nie są ostateczne, ale do oficjalnych wyników brakuje już tylko głosów z nielicznych lokali wyborczych na Północy kraju. Według danych Banku Światowego aż 73 proc. populacji Sudanu Południowego to analfabeci. Na kartach do głosowania wybierano więc pomiędzy dwoma symbolami: otwarta dłoń za secesją, dłonie w uścisku za jednością. Mimo braku umiejętności czytania i pisania, determinacja głosujących była ogromna.

Za wolnością, przeciw uciskowi

Wielu Sudańczyków z Południa przemierzyło pieszo odległość dzielącą ich wioski od prowizorycznych lokali wyborczych. Później godzinami czekali, by oddać głos. 64-letnia Ariac Kuot Akuei przeszła 4 kilometry i spędziła 9 godzin w kolejce przed gimnazjum Kuajoc w stanie Warrap. Głosowała za podziałem. Kiedy usłyszała przedwstępne wyniki referendum, oddała kozę na ucztę dla rodziny i sąsiadów. Dzień nabrał świątecznego charakteru. - Dzieci muszą wiedzieć, że mój głos decydował o historii - wyjaśnia. - Referendum sprawiło, że Sudańczycy z Południa staną się wolnymi, niezależnymi ludźmi. Nie będziemy dłużej traktowani jak obywatele trzeciej kategorii w naszym własnym kraju - stwierdziła 64-letnia kobieta.

Aby oddać głos w referendum, 24-letnia Akur Ayom Jok, matka dwójki dzieci i sprzedawczyni orzeszków ziemnych na targowisku w Wau w zachodniej części regionu Bahr El Ghazal, szła trzy godziny. - Nie mogłam tego przegapić. Nie miałam wody i byłam bardzo spragniona, ale oddanie głosu za podziałem było ważniejsze, to było moje jedyne źródło pocieszenia - mówi Jok. - To pierwsza i ostatnia okazja, żeby zagłosować za wolnością - podkreśla.

Liczy się rozwój i własna ziemia

Z nowym państwem, które zostanie powołane do życia 9 lipca, Sudańczycy z Południa wiążą duże nadzieje. - Głosowałem, abyśmy mogli być właścicielami dóbr w Sudanie Południowym - wyjaśnia Awan Akuein, oficer ochrony ze stanu Jonglei. - Teraz będziemy przekopywać własne ogródki, nie martwiąc się o wyzysk. Głosowałem za podziałem, żeby pozbyć się niewolnictwa i ucisku. Zasługuję, żeby być obywatelem Południowego Sudanu - przekonuje. Z kolei dla innych najważniejszy jest rozwój. Utrudnia go rozległość kraju i mała gęstość zaludnienia. 29-letnia Akur Ayom Juur, pielęgniarka pracująca w Wau, tłumaczy: - Doradzaliśmy (Sudańczykom), żeby zaakceptowali swoją trudną sytuację materialną, ale zaznaczaliśmy, że nie będzie ona trwała wiecznie. Chcielibyśmy, by w pierwszej kolejności (w nowym państwie ) postawiono na rozwój, zwłaszcza budowę nowych szkół i ośrodków zdrowia.

Na Południe wróciło 500 tys. osób. Nie wszyscy mają dom

Od rozpoczęcia kampanii informacyjnej na temat referendum w listopadzie 2010 roku, na Południe wróciło około pół miliona Sudańczyków mieszkających na północy. W przesiedleniu pomagał rząd Sudanu Południowego, który zapewnił ciężarówki i barki do przewozu osób. Repatriacja była koordynowana przez lokalne, stanowe biuro rządowe, przy współpracy z północnymi jednostkami Sudańskiego Ludowego Ruchu Wyzwolenia (SPLM) - partii rządzącej na Południu. Dla większości Sudańczyków zakup biletów lotniczych z Chartumu do Dżuby nie wchodził w grę ze względu na koszt. Większość ludzi skorzystała więc z darmowego transportu. Repatrianci przez trzy dni podróżowali na barkach wzdłuż Nilu. Po dotarciu do celu zostali zarejestrowani i odwiezieni do swoich wiosek na koszt Komisji Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców. Jednak duża część powracających nie miała się gdzie podziać. Wielu z nich trafiło do obozów dla uchodźców.

Nie ma prywatności, ale jest szacunek

W obozie w Wau, gdzie temperatura dochodzi nawet do 47 stopni Celsjusza, kilkanaście kobiet z niemowlętami na rękach stoi w kolejce do rejestracji. Niektóre z nich mieszkały cały życie na Północy i nie mają nikogo, do kogo mogłyby wrócić na Południu. Są zdane na pomoc rządu, jak 45-letnia Aguet Ajang. Nie udało jej się zagłosować w referendum. Zarejestrowała się w Kordofan na północny Sudanu. Tuż przed głosowaniem skorzystała jednak z okazji powrotu na Południe. - Jestem szczęśliwa. Mimo tego, że nie głosowałam, wróciłam do domu i mogłam usłyszeć dobra nowinę o podziale w radiu - mówi Ajang, nie przerywając karmienia trzymiesięcznego syna. Przyznaje, ze życie w obozie nie jest łatwe: - Latryny mają tylko plastikowe zasłony, które otwierają się z każdym podmuchem wiatru. Nie mamy żadnej prywatności, ale nauczyliśmy się z tym żyć. Byleby nie wrócić do Chartumu, gdzie nikt nas nigdy nie szanował.

UE: Referendum było wiarygodne

Sudańskie referendum jest kulminacyjnym punktem sześcioletnich rozmów pokojowych, które zakończyły ponad dwie dekady wojny pomiędzy Ludową Armią Wyzwolenia Sudanu i sudańskim rządem, w wyniku której zginęły 2 mln ludzi. Veronique De Keyser, główna obserwatorka referendum w Sudanie z ramienia Unii Europejskiej, określa przebieg głosowania jako "wiarygodny proces".

- Jesteśmy szczęśliwi i odczuwamy ulgę, że przewidywane zamieszki nie miały miejsca - mówi De Keyser, która przewodniczyła grupie 104 obserwatorów i analityków z 27 krajów członkowskich Unii Europejskiej oraz Norwegii, Szwajcarii i Kanady.

Decyzja o secesji nie oznacza jednak końca wyzwań jakie stoją przed Sudanem Południowym. De Keyser ostrzega, że należy jak najszybciej wprowadzić strategię, która osłabi napięcia na terenach granicznych. Szczególnie tych bogatych w złoża ropy naftowej, gdzie w czasie referendum w zatargach zginęły dziesiątki osób. - Sytuacja jest trudna. Jeżeli nie znajdzie się rozwiązania, wszystkie inne kwestie polityczne mogą zostać zablokowane - mówi i dodaje, że wyłączenie rządu w Chartumie z decyzji o rejonie Abyei może mieć ogromne konsekwencje.

Kwestie sporne pozostają nierozwiązane

Do tej pory nie wyznaczono 20 proc. granicy między Północą a Południem. Niewyjaśniona pozostaje też kwestia przyszłego statusu Sudańczyków z Północy mieszkających na Południu i odwrotnie. Największą liczbę głosów za jednością z Sudanem odnotowano w lokalu wyborczym w zachodniej części Bahr El Ghazal, sąsiadującej z Darfurem. Za pozostaniem w granicach Sudanu zagłosowało tam 1396 osób, przeciwko - 1947. Nadany przez Chartum gubernator stanu, Rizik Zachariah Hassan, który równocześnie jest sojusznikiem rządzącej na Południu partii SPLM, nawołuje Sudańczyków do życia w harmonii: - My, mieszkańcy zachodniej części stanu Bahr El-Ghazal, chcielibyśmy podziękować (Sudańczykom z Południa - red.) za podjęcie odważnej decyzji. Wyrazili swoją wolę. Nie popełnili żadnej zbrodni, nie są naszymi wrogami, a dobrymi przyjaciółmi.

Oficjalne wyniki wyborów zostaną ogłoszone 14 lutego.



Artykuł powstał dzięki współpracy z Panos London.

DOSTĘP PREMIUM