Wybory w Ugandzie są jak mecz futbolowy. Kto zdobędzie puchar? [ANALIZA]

Ulubionym sportem Ugandy jest piłka nożna. Prezydent Yoweri Museveni pojawia się na boisku, zwłaszcza, gdy zbliża się kampania wyborcza. I wiele wskazuje na to, że i tym razem wygra mecz. Z pomocą sędziów - pisze dla Gazety.pl Richard M. Kavuma, współpracownik ?Guardiana?.
Większość meczów kończy się wygraną drużyny, która: a) jest dobra, b) ma słabszego przeciwnika lub c) oba na raz, co skutkuje miażdżącym zwycięstwem. Ale zdarza się też inna przyczyna wygranej - zły sędzia umyślnie lub w wyniku błędu dyktujący albo nieuznający bramek czy rzutów karnych. Wtedy trudno jest wskazać, czy faktycznie lepsza drużyna zapewniła sobie triumf.

W lutym główny mecz w wyborczych rozgrywkach piłki nożnej w Ugandzie odbywa się między emerytowanym generałem Yowerim Musevenim, który rządzi Ugandą od 25 lat, i emerytowanym pułkownikiem Dr Kizzą Besigye - dawnym politycznym sprzymierzeńcem i byłym osobistym lekarzem obecnego prezydenta. Statystyki podawane przez ugandyjską prasę wskazują, że drużyna Museveniego prowadzi z wynikiem 67 procent, a Besigye przegrywa z 19 procentami poparcia. Dlaczego Museveni i jego partia, Narodowy Ruch Oporu (NRM), mogą liczyć na tyle głosów?

Scenariusz A: drużyna Museveniego jest świetna

Nie ma wątpliwości, że gospodarka Ugandy pod rządami Museveniego radziła sobie znakomicie, gwarantując między 1997 a 2007 rokiem średni wzrost ekonomiczny na poziomie 7 procent rocznie. Według danych ugandyjskiego Biura Statystycznego w październiku 2010 wskaźnik biedy wyniósł 23 procent, co oznaczało znaczny spadek z aż 56 procent w 1986 roku, kiedy Museveni przejął władzę po pięcioletniej wojnie partyzanckiej.

W 1997 wspierany przez darczyńców rząd wprowadził bezpłatną edukację na poziomie podstawowym, co potroiło nabór uczniów. W 2007 roku darmowa stała się też nauka na poziomie gimnazjalnym. Poza północnymi regionami Ugandy, które doznawały przez dwie dekady okrucieństwa z rąk Armii Bożego Oporu, większa część kraju, wcześniej notorycznie narażona na niebezpieczeństwo podczas ery Idi Amina, a następnie wojny partyzanckiej Museveniego, cieszyła się względną stabilnością. Prezydent budował swoją kampanię wokół walki z biedą, a przez ostatnie dwa lata przeznaczał pieniądze na programy dla rolników. Jego rząd zaproponował też projekt, w ramach którego osoby w podeszłym wieku i te żyjące na skraju ubóstwa miały otrzymywać przelewy pieniężne od państwa. Jednak, mimo przywilejów socjalnych, wyniki prezydentury Museveniego można określić jako co najwyżej przeciętne. Raport o Rozwoju Społecznym, wydany przez Organizację Narodów Zjednoczonych, ostrzega przed rosnącą przepaścią pomiędzy bogatymi i biednymi. W przeszłości przyczyn takiego stanu rzeczy dopatrywano się w trudnej sytuacji zagrożonych wojną północnych terenów kraju i w niewystarczających inwestycjach w rolnictwo. Teraz, gdy walki na północy zdają się być zakończone (choć Armia Bożego Oporu nadal stacjonuje w dżunglach Republiki Środkowoafrykańskiej i Demokratycznej Republiki Konga), pozostały obawy o rozprzestrzeniającą się biedę na terenach wiejskich oraz niską jakość edukacji i usług medycznych. Ponadto na wysokich szczeblach panuje epidemia korupcji, a darczyńcy ciągle oskarżają Museveniego o brak chęci do rozprawienia się z łapówkarstwem.

Tylko w ubiegłym miesiącu podczas głosowania nad kontrowersyjnym prawem, gdy została osiągnięta równowaga głosów, przelano na konto każdego członka parlamentu 8,700 dolarów. Na początku zarówno rząd jak i władze parlamentu zaprzeczały, że są odpowiedzialne za przelewy. Później Ministerstwo Finansów stwierdziło, że pieniądze trafiły do posłów za pomoc przy nadzorowaniu projektu dotyczącego rolnictwa. Opozycja oddała swoją część, nazywając przelew łapówką. Podobna sytuacja miała miejsce w 2005 roku, kiedy parlament przegłosował ustawę znoszącą limit długości kadencji prezydenckiej, umożliwiając tym samym Museveniemu ubieganie się o fotel po raz trzeci. Zdaniem krytyków przelewy pieniężne miały pomóc niezdecydowanym członkom parlamentu w podjęciu decyzji. Z mieszanymi rezultatami, jakie ma na swoim koncie Museveni, wydaje się być mało prawdopodobne, że jego zwycięstwo będzie opierało się wyłącznie o świetne wyniki.

Scenariusz B: słaba kondycja drużyny opozycji

Jak do tej pory opozycja nie zrobiła wiele, żeby udowodnić, iż jest w stanie pozbawić trofeum broniącego tytułu mistrza. Wiele opozycyjnych partii to ugrupowania słabe, borykające się z podziałami wewnętrznymi, a ich obecność na scenie politycznej jest słabo zauważana przez przeciętnych obywateli, mieszkających poza stolicą i z dala od głównych miast.

W ubiegłym roku partie opozycyjne podjęły próbę utworzenia sojuszu w ramach Międzypartyjnej Współpracy Ugandy (IPC) i wystawienia wspólnych kandydatów do wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Jednak już na samym początku założona w 1954 roku Partia Demokratyczna odmówiła wstąpienia do IPC. Wycofał się też działający od 50 lat Ludowy Kongres Ugandy (UPC). W sojuszy zostały największa partia opozycyjna pod przywództwem Besigye - Forum Zmiany Demokratycznej (FDC) i trzy mniejsze ugrupowania.

Gra nie jest równa, a opozycjoniści mają związane ręce. Museveni systematycznie uniemożliwia im podjęcie działań operacyjnych. Najpierw po objęciu władzy zabronił partiom politycznym - poza tymi popierającymi Narodowy Ruch Oporu (NRM) - jakichkolwiek działań. Zakaz obowiązywał przez 19 lat. Nawet po jego uchyleniu opozycji wciąż zabraniano organizowania wieców, a publiczne zgromadzenia zakłócały służby ochrony. Drużyna Besigye miała też problemy z dostępem do fal radiowych, zwłaszcza na terenach wiejskich (gdzie żyje od 70 do 80 proc. populacji). Bojąc się represji ze strony NRM właściciele radiostacji odmawiali zapraszania przywódców opozycji. Z tego samego powodu przeciwnikom obecnego prezydenta trudno jest pozyskać fundusze. Ludzie boją się otwarcie przekazywać pieniądze na działalność opozycji. Besigye próbował swoich sił w wyborach prezydenckich przeciwko Museveniemu w 2001 i 2006 roku i w obu przypadkach trafił z ciężkimi zarzutami przed sąd. W 2001 nałożono na niego areszt domowy, a przed nominacją do wyborów w 2006 roku aresztowano go za domniemaną zdradę i gwałt. Notowania nie przemawiają na korzyść oponentów Museveniego, jednak ich statystyki rosną: w wyborach prezydenckich w 1996 roku prezydent wygrał z wynikiem 75 procent głosów, pięć lat później jego rezultat zmalał do 69 procent, a w 2006 do 59 procent.

Scenariusz C: tendencyjni oficjele?

Poprawność pracy ugandyjskiej Komisji Wyborczej (EC), która w wyborach przejmuje rolę sędziego, była szeroko kwestionowana. Dwukrotnie (w 2001 i 2006 roku) uznano ją za odpowiedzialną za nieprawidłowości w procesie wyborczym. Opozycja domagała się rozwiązania komisji i zastąpienia przez ciało neutralne, jednak bezskutecznie. W swoim raporcie do Kongresu w 2010 r. amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton napisała, że obecna Komisja Wyborcza może nie być zdolna do przeprowadzenia wolnych i sprawiedliwych wyborów. Museveni, który mianuje jej członków jeszcze zanim zostaną zatwierdzeni przez parlament, zaprzecza, jakoby miał cokolwiek wspólnego z fałszowaniem wyników. W ostatnim wywiadzie dla prasy właściwie stwierdził, że to opozycja dopuściła się manipulacji. W tym roku Komisja Europejska wyznaczyła 34 długoterminowych i 68 krótkoterminowych obserwatorów do monitorowania głosowania. Kontrowersyjną decyzją Komisji Wyborczej Ugandyjczycy nie mają obowiązku przedstawienia dokumentów, np. karty rejestrującej do wyborów, co pozwala na nadużycia, takie jak wielokrotne oddanie głosu. Wygląda na to, że Museveni dołożył starań, żeby jego szanse nie były równe z szansami przeciwników. Opozycjoniści będą występować ze związanymi rękami, pod nadzorem sędziego nie tylko wskazanego przez obecnego prezydenta, ale też odpowiedzialnego za błędy w przeszłości. W takich okolicznościach nie tylko prawdopodobieństwo zwycięstwa opozycji staje się nikłe. Niemożliwa staje się przegrana Museveniego.



Artykuł opublikowany dzięki współpracy z PANOS London.

Upadnie kolejny długowieczny afrykański prezydent? Rządzi od 25 lat

DOSTĘP PREMIUM