"Kiedy protestujemy, barykadujemy uczelnię". Jak buntują się Francuzi?

- Blokada uczelni polega na tym, że główne drzwi są zawalone krzesłami, stołami. Po prostu wywalamy wszystko z sal, gdzie są zajęcia. Profesorowie są z nami - Anu Czerwińska, działaczka społeczna, opowiada o studiowaniu we Francji na "czerwonym uniwersytecie" w Saint-Denis, multikulturalizmie francuskim i wierze w przemiany.
Po wielkich demonstracjach w 2007 i 2020 roku dotyczących podwyższenia wieku emerytalnego i reformie szkolnictwa, wprowadzającej m.in. większe opłaty za studiowanie, w tek chwili protesty wygasły. Czy na długo? Nie wiadomo.

"Drzwi zablokowane, wszędzie pusto"

- Idę na uczelnię, dwa tygodnie są jakieś studia, po czym w poniedziałek przychodzę na zajęcia, a tam wszystkie drzwi zablokowane krzesłami i wszędzie pusto - opowiada Anu Czerwińska, studentka na uniwersytecie Université de Paris-VIII - Saint-Denis.

Anu studia we Francji rozpoczęła na Sorbonie, gdzie uczęszczała na zajęcia z literatury francuskiej. - Byłam dzieciakiem - miałam 18 lat. Przyjechałam do pięknego Paryża, a jedyną ostoją w mojej głowie była Sorbona - opowiada. Tam też po raz pierwszy zetknęła się z czynnymi protestami studenckimi. - Wszędzie na uczelni były porozwieszane plakaty o tym, że odbywają się walne zebrania i że przychodzimy konkretnego dnia na aulę i debatujemy, czy blokujemy dalej uczelnię. Nie wiedziałam wtedy, o co chodzi - opowiada.

A chodziło o protest przeciwko zmianom wprowadzanym przez proces boloński - zapoczątkowany pod koniec lat 90-tych program Unii Europejskiej mający na celu ujednolicenie systemów szkolnictwa wyższego we wszystkich państwach UE. - Ja o tym nic nie wiedziałam, bo w Polsce się o tej problematyce nie mówi - kontynuuje Anu. - Poszłam więc na to zebranie studentów i tam nagle dowiedziałam się, że za kolejne trzy lata mój wydział - literatury francuskiej - będzie musiał być finansowany z prywatnych pieniędzy. Przetrwa, jeżeli udowodni swoją rentowność. Czyli musi udowodnić, że będzie produkował ludzi, którzy będą zarabiać pieniądze, z których w dalszej kolejności będą podatki - opowiada.



"We Francji wierzą, że coś można zmienić. I nawet coś robią"

W czasie najgorętszych protestów przeciwko procesowi bolońskiemu w marcu 2007 roku na ulice Paryża wyszło 20 tys. nauczycieli akademickich, pracowników administracji i studentów. Kolejne 20 tysięcy manifestowało w innych miastach Francji.

Ta partycypacja w kraju nad Sekwaną - zdaniem Czerwińskiej - jest spowodowana głęboko zakorzenioną kulturą i wiarą w społeczeństwo. - Ludzie we Francji mają rozwinięte myślenie, że jesteśmy częścią społeczeństwa i jeżeli żyjemy w tym społeczeństwie, to nie dlatego, żeby pracować od poniedziałku do piątku, a potem siedzieć na kanapie, tylko że społeczeństwo może nam coś dać i my musimy jemu coś dać. To takie myślenie bardzo francuskie. Oni mają niesamowicie rozwiniętą kulturę i kulturę myślenia o społeczeństwie jako społeczności. Wierzą, że można coś zmienić. I nawet coś robią - opowiada.

Przytacza przykład uczelni, na której aktualnie studiuje - Saint-Denis. To uczelnia z tradycjami - została założona po maju 1968 roku i była jedną z bezpośrednich konsekwencji protestów '68 roku. Znana jest z tego, że na niej wykładały takie osoby, jak Alain Badiou, Michel Foucault czy Antonio Negri.

- To była uczelnia eksperymentalna, która nie miała nawet żadnej siedziby, kampusu. Zajęcia odbywały się w barakach w Lasku Bulońskim, w 16. dzielnicy Paryża. W momencie, w którym po kilku latach ministerstwo szkolnictwa wyższego zdecydowało się zbudować uczelni kampus i przenieść ją do Saint-Denis (na północy Paryża), to wszyscy się buntowali.

"Zamykamy uczelnię i uczelni nie ma"

- Zajęcia na Saint-Denis też odbywają się zupełnie inaczej - to dyskusja, nie wykłady. Spotykamy się w małych grupach i dyskutujemy, a wykładowcy nie są od tego, żeby nam o czymś opowiadać, tylko żeby nas słuchać - opowiada Czerwińska. - Jest tylko jeden amfiteatr na kampusie. I właśnie uczelnia na Saint-Denis jest też teraz miejscem, gdzie wszystkie protesty się zaczynają, gdzie np. są organizowane spotkania dla wszystkich Sorbon. To u nas, na Saint-Denis, organizowane są wszystkie spotkania międzyuczelniane.

Na nich odbywają się m.in. narady o podjęciu kolejnych strajków. Często zaczynają się od blokowania uczelni. - Na zebraniach przede wszystkich głównym głosowaniem jest decyzja o tym, czy dalej blokujemy uczelnię, czy ją odblokowujemy. Taka blokada polega na tym, że główne drzwi są zawalone krzesłami, stołami. Po prostu wywalamy wszystko z sal, gdzie są zajęcia. My - studenci wierzymy, że coś możemy powiedzieć tym, że zamykamy na głucho uczelnię i uczelni nie ma. I wykładowcy idą z nami, profesorowie są z nami. To jest bardzo ważne, bo oni są dla nas autorytetem, a jeżeli już autorytet widzi, że to, co robimy jest ważne, to mamy siłę - relacjonuje.

"Sarkozy wypieprza Romów. Murzynów i Arabów już nie może"

W połowie 2010 roku prezydent Nicolas Sarkozy zapowiedział, że zacznie wprowadzi restrykcyjne prawo wobec nielegalnych imigrantów. Pierwsze działania - usuwanie obozów romskich i deportacja ich mieszkańców wzbudziły liczne protesty Francuzów.

Polityka, z którą w anonimowych sondażach początkowo zgadzała się większość respondentów, z czasem sprowadziła na głowę prezydenta krytykę społeczności międzynarodowej. Sami Francuzi, w obawie przed powtórką wydarzeń z 2005 roku, kiedy właśnie w Saint-Denis z powodu biedy i wykluczenia doszło do starć dzieci imigrantów z policją, zaczęli krytykować Sarkozego. Działania gabinetu prezydenta rozpaliły na nowo w Europie debatę o multikulturalizmie.

- Ja we Francji studiuję i protestuję - opowiada Czerwińska. - Samo Saint-Denis, gdzie studiuję, to część przedmieść Paryża. Ostatni przystanek metra. To dzielnica uważana za najbardziej niebezpieczną i najbardziej etniczną. To jest dzielnica, w której palono samochody w 2005 roku. I mamy blokowiska. W Paryżu, w samej aglomeracji, nie można budować bloków, więc wszystkie są na przedmieściach. Jest tam dużo imigrantów, a przynajmniej my ich tak nazywamy. W rzeczywistości to są Francuzi. Bo dzieci pierwszego pokolenia imigrantów z krajów Maghrebu są już teraz Francuzami - są urodzeni we Francji i mówią doskonale po francusku. To nie są "Arabowie", tylko obywatele francuscy.

- Są oczywiście dyskryminowani na rynku pracy z rasistowskich pobudek. To, że nie są wykształceni, jest napędzane przez mechanizmy dyskryminacji rasowej. Jeżeli społeczeństwo kogoś nie akceptuje i wyzywa go od "Araba", to ten ktoś się wkurza, podpala samochód i nie ma motywacji do tego, żeby piąć się wyżej na drabinie społecznej - mówi Anu.

Po wprowadzeniu nowej polityki wobec Romów prasa skrytykowała Sarkozego twierdząc, że te działania mają na celu odwrócenie uwagi od błędów polityki prezydenta Francji. Sarkozy po prostu miał znaleźć "kozła ofiarnego".

Znalazł nielegalnie przebywających w jego kraju Romów. - Sarkozy ich wypieprza, ale np. Arabów i murzynów, którzy są obywatelami francuskimi, już wypieprzyć nie może - bo nie może tak daleko pójść - uważa Czerwińska. - Przez takie jego działania społeczeństwo widzi jednak, że dalej tak nie pociągniemy. Nie możemy dyskryminować np. mieszkańców Saint-Denis, nie możemy robić kozła ofiarnego z jakiejś części mieszkańców Francji.

Jej zdaniem społeczeństwo francuskie jest "niesamowicie solidarne". - Tego np. w Polsce brakuje, bo jak tutaj wywalimy Romów, to wszyscy się ucieszą, bo jest pozamiatane i sprawa załatwiona. Natomiast działania Sarkozego nie przyniosły mu popularności. On nie dostrzega tego, że społeczeństwo francuskie nie jest tak głupie, jak mu się wydaje. Ma zły marketing polityczny, albo jest niespełna rozumu.

"Szliśmy przez cały Paryż strajkując. Od Châtelet do Bastylii"

W ostatnich strajkach na jesieni 2010 roku przeciwko podwyżce wieku emerytalnego o dwa lata na ulice Francji, według władz, wyszło 450 tys. osób. Według organizatorów - nawet 2,5 mln, w samym Paryżu - 270 tysięcy.

- Strajkowali studenci, administracja publiczna i licealiści. Jak jedna część społeczeństwa się buntuje, to przyłączają się do niej inne sektory. Szliśmy przez cały Paryż: od Châtelet do Bastyllii. Zazwyczaj strajki w Paryżu właśnie kończą się w Bastylii. Szłam w wielkim tłumie, jakiego w życiu nie widziałam - opowiada Czerwińska.

Jednak czy protesty społeczne przynoszą jakieś zmiany? - O efekcie tych strajków przekonamy się podczas wyborów. Mam wrażenie, że już podziękowaliśmy panu Sarkozy'emu za wszystkie reformy, które zrobił. To widać w badaniach, bo właśnie ma najniższe poparcie ze wszystkich prezydentów V Republiki. Również za jego prezydentury było najwięcej strajków wszystkich sektorów publicznych - podsumowuje Anu.

Anu Czerwińska była gościem Grzegorza Chlasty w Popołudniu Radia TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM