"Śmigłowce były nisko, aż zatrzęsły się okna" [KORESPONDENCJA Z PAKISTANU]

- Tylko bez fotografii, to teren obozu wojskowego - przestrzega właściciel sklepu w Bilal, dzielnicy Abbottabadu, gdzie cztery dni temu zabito Osamę ben Ladena. Wąską drogę wiodącą do domu, w którym mieszkał najbardziej poszukiwany terrorysta świata, blokują żołnierze pakistańskiej armii. Nikt bez pozwolenia nie zobaczy, gdzie żył przez kilka ostatnich lat szef Al-Kaidy.
Jeden z żołnierzy, najwyraźniej kapitan, pyta mnie i moich współtowarzyszy o dowody tożsamości. Wpuszcza tylko mieszkańców okolicy. Wojsko jest wszędzie. Przy zakręcie prowadzącym do dzielnicy Bilal, skryte między drzewami, mieszczą się potężne budynki Pakistańskiej Akademii Wojskowej, w której szkoleni są wszyscy tutejsi żołnierze. Mimo to oddalony od Islamabadu o dwie godziny drogi Abbottabad, turystyczny kurort w zielonej dolinie Orash w północnej części Pakistanu, to ostatnio miasto pełne strachu.

"To było straszne. Całą noc nie zmrużyliśmy oka"

Mówimy, że jesteśmy umówieni ze znajomym, który mieszka w Bilal. Okazujemy nasze dowody tożsamości. Odpowiadamy na masę pytań. Wreszcie żołnierz, wyraźnie niechętnie, zezwala na wjazd naszego samochodu do odciętej od świata części miasta. Bilal - stosunkowo nowa dzielnica - przypomina labirynt ciasnych uliczek przeplecionych małymi domkami. To spokojna, niczym nie wyróżniająca się okolica, zamieszkana przez niezamożną klasę średnią. W naszych oczach wygląda jak bezładna mieszanina domów z maleńkimi ogródkami. Nie ma tu luksusowych pałaców.

Śledzi nas wojskowy jeep, więc decydujemy się nie jechać prosto do położonego na końcu drogi domu Osamy. Zamiast tego skręcamy w lewo i zatrzymujemy się pod domem naszego znajomego. Wita nas jego matka - Raszida. Widzimy potem przez okno, że wojskowy jeep też zatrzymał się przed domem. Żołnierze przepytują naszego kierowcę. Siadamy w salonie i wypytujemy o przebieg amerykańskiej akcji. - To było straszne. Całą noc nie zmrużyliśmy oka. W pierwszym momencie myśleliśmy, że helikoptery przyleciały nas zaatakować! - opowiada wciąż jeszcze poruszona kobieta.

"Śmigłowce pojawiły się około 1 w nocy"

Śmigłowce pojawiły się około 1.00 w nocy. Zeszły tak nisko, że aż zatrzęsły się szyby w oknach. - Były dwa. Zawisły nad naszymi domami. Hałas był tak duży, że wybiegliśmy na dach zobaczyć, co się dzieje. Helikoptery były ciemnoszare - relacjonuje Raszida. - Później usłyszeliśmy serię wybuchów, ostatni najgłośniejszy - wspomina. Ogniskiem niepokojących odgłosów była jedna z pobliskich posesji. W 2006 roku powstał na niej otoczony wysokimi murami dom. Według Raszidy sam budynek nie jest pokaźny, w przeciwieństwie do otaczającego go ogrodzenia. Dodaje, że "wybudowano go bardzo szybko". Była też mała, oddzielna kwatera dla służby. Raszida "nigdy nie widziała, by właściciele domu mieli gości".

- Nie podjeżdżały samochody. Jedynie w godzinach szkolnych na posesji pojawiał się czerwony pick-up - opowiada. Plotka krążąca po Abbottabad niesie, że Osama miał córkę i że mogła ona przeżyć atak. Te pogłoski znajdują potwierdzenie w informacjach telewizji Al-Arabija, która wczoraj donosiła, żecórka ben Ladena jest przesłuchiwana przez pakistańskie służby bezpieczeństwa i przedstawiła zupełnie inną wersję wydarzeń, niż Amerykanie.

"Dom stanął w płomieniach. Potem kolejna eksplozja"

Chwilę po wybuchach okolicę wypełnił gęsty dym. Młodszy syn Raszidy wybiegł z domu. Próbował ustalić, co się stało. Dobiegł do końca ulicy. - Nie było widać żołnierzy ani policji. Pojawili się dopiero 15 minut później. Mój syn widział, że tamten dom stanął w płomieniach. Później usłyszał kolejną eksplozję i uciekł do domu - opowiada kobieta. Jak twierdzi, z dymu wyłonił się już tylko jeden helikopter. - Nie wiem co stało się z drugim, ale nie wierzę, że się rozbił - mówi. Tuż po ataku niczego nieświadomym sąsiadom Osamy ben Ladena mówiono, że w okolicy rozbił się wojskowy helikopter i to właśnie on jest przyczyną eksplozji i pożaru.

Arszad Khan, naoczny świadek wydarzeń z 2 maja, potwierdza, że wojsko i policja przybyły na miejsce z opóźnieniem. - Najpierw usłyszałem kanonadę. Gdy helikopter odleciał i zrobiło się cicho, poszedłem w stronę tego domu i wszedłem przez bramę. Na dziedzińcu szalał pożar. Płomieni nie dało się opanować. Nie mogłem przedostać się dalej. W pobliżu nie było nikogo. Później pojawili się żołnierze i kazali mi zawrócić.

Rodzina Osamy nie wyróżniała się z tłumu

Arszad Khan był przekonany, że dom wynajmują osoby, które przestrzegają prawa purdah (nakazującego kobietom zasłanianie twarzy - red. Wysokie ogrodzenie miało zapewnić im prywatność. - Wprowadzili się w 2006 r. To byli mili ludzie. Pomogli jednemu z biednych sąsiadów, oddając mu blachę falistą na budowę dachu - dodaje.

W Bilal mieszkają ludzie o różnym pochodzeniu. Obok siebie żyją tu m.in. Pasztuni i Pendżabczycy. Rodzina Osamy nie uchodziła więc za odmieńców. Mimo etnicznego zróżnicowania to zazwyczaj spokojne miasto. Według Zohare Ali, kolejnego mieszkańca okolicy, teraz jednak ludzie są niespokojni. - Nie wiedzą co, się dzieje. Najpierw trzęsienie ziemi w 2005 roku, teraz to. Dzisiaj w Abbottabad jest strach i niepewność" - twierdzi. Para, która opiekowali się domem, zniknęła. - Wydaje mi się, że ich aresztowano - domyśla się Raszida. Zohare Ali dodaje: - Nie mogliśmy uwierzyć, że Osama mieszkał wśród nas. Ludzie będą się teraz obawiać wynajmowania swoich domów. Dla wielu to był sposób na dodatkowy dochód, ale nie można już być pewnym, kim jest najemca i dla kogo pracuje.

Pakistańczycy: mamy większe zmartwienia niż terroryści

W obliczu trudnej sytuacji ekonomicznej w Pakistanie, Pakistańczycy nie ukrywają, że mają większe zmartwienia niż wojna z terrorem. - Przy obecnej inflacji i wzrastających cenach ludzie zastanawiają się nad tym jak przeżyć, a nie nadśmiercią Osamy. Większym zmartwieniem jest to, za co przygotują kolejny posiłek - tłumaczy mi lokalny sklepikarz. Z kolei jeden z żołnierzy, który zgodził się ze mną porozmawiać, uważa, że amerykański atak "nie mógł mieć miejsca bez wiedzy i współpracy pakistańskiej armii".

- To, co stało się w Abbottabad w poniedziałek, to była dobrze zaplanowana operacja. Gra toczy się na górze, a my jesteśmy w niej tylko pionkami - komentuje mieszkaniec Abbottabadu. Wolał nie podawać swojego nazwiska.

Materiał powstał we współpracy z biurem PANOS LONDON. Rina Saeed Khan jest pakistańską dziennikarką, zdobywczynią wielu nagród. Otrzymała m.in. Earth Journalism Award w Kopenhadze w 2009 r. za swoje reportaże o zmianach klimatu. Współpracowała z brytyjskim "Guardianem". Obecnie jest publicystką największego pakistańskiego anglojęzycznego dziennika "Dawn".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM