"My albo chaos". W krajach arabskich trwa kontrrewolucja - pisze "Spiegel"

Arabska "Wiosna Ludów" kończy się - piszą w obszernej analizie komentatorzy "Spiegla". Według nich wyczerpane siły prodemokratyzne weszły w fazę uśpienia, a sytuacja w części krajów regionu sprzyja wciąż rządzącym monarchom i dyktatorom.
"To, co udało się w Europie Środkowej i Wschodniej 20 lat temu, wcale nie musi powtórzyć się na Bliskim Wschodzie. Wydarzenia w Tunezji czy Egipcie stworzyły już, co prawda, osobny rozdział historii, ale stare reżimy wcale nie zamierzają pozwolić nowym rządom na przejęcie władzy - piszą analitycy niemieckiego tygodnika.

Po dwóch miesiącach od rozpoczęcia arabskiej "Wiosny Ludów" "Spiegel" podsumowuje sytuację na Bliskim Wschodzie i dzieli kraje, w których doszło do masowych protestów, na trzy grupy.

Pierwsza to te, w których walka wciąż trwa - Libia czy Syria, gdzie stara władza nie zamierza się poddać i wobec protestujących realizuje scenariusz chiński z 1989 roku: brutalne tłumienie wszelkich wystąpień. Druga grupa (Tunezja, Egipt) wybrała model turecki - wprowadzenia demokracji, ale pod kontrolą i za zgodą wojska. W tych krajach powstańcy odnieśli największy sukces. Grupa trzecia to monarchie, w których władcy już ogłosili powierzchowne reformy, by uprzedzić wyjście ludzi na ulice.

My albo chaos - kontrrewolucja w Libii i Syrii

Jak piszą analitycy, największą cenę za próby zmian zapłacili rewolucjoniści w Syrii i Libii, gdzie protesty zamieniły się w regularne walki, w których codziennie giną cywile. Im dłuższe, tym siły opozycyjne mają mniejszą szansę na sukces, bo słabną, a pozycja Kaddafiego w Libii czy Assada w Syrii umacnia się.

Z jednej strony atakują oni zbuntowane miasta - Misratę czy Tall Kalach, z drugiej - grożą chaosem, także za granicą. - Jeśli u nas nie będzie spokoju, nigdy nie będzie go i w Izraelu - groził w Rami Makhlouf, kuzyn Assada. To groźba: my albo chaos - zauważają komentatorzy. Sytuację pogarsza fala uchodźców, których boją się sąsiedzi i Europa. Z Syrii - jak wcześniej z Tunezji - uciekają tysiące osób. Assad nie zdobyłby się na tak brutalne działanie, gdyby nie był pewien, że Waszyngton, Ankara, europejskie stolice czy nawet Jerozolima nie przyjmą z ulgą tego, że jego kraj nie będzie podzielony jak Libia czy skazany na wojnę religijną jak niedawno Irak. Dla sąsiadów i państw zachodnich Assad wciąż jest przewidywalnym dyktatorem - pisze "Spiegel".

Tunezja i Egipt zdane na pomoc Zachodu

Jak podkreślają, podobnie brutalnie protesty szyitów stłumiła panująca Bahrajnie sunnicka rodzina królewska Chalifów. A żołnierze amerykańskie V Floty spokojnie stacjonowali kilka kilometrów od Placu Perłowego - miejsca starć.

"Spiegel" przypomina też, że choć w Tunezji i Egipcie udało się obalić dyktatorów, to prodemokratyczne siły muszą radzić sobie z nowymi problemami: rosnącymi w siłę islamistami, kryminalistami, którzy uciekli z więzień w czasie protestów czy wpływowymi grupami urzędników obalonych reżimów, którzy teraz częściowo odzyskują swoje dawne pozycje (np. w MSW Tunezji). Niewykluczone są też kolejne zamieszki na tle religijnym - 15 maja muzułmanie znów starli się z chrześcijanami w Kairze.

By pokonać tylu silnych przeciwników, siły prodemokratyczne muszą zdać się teraz na pomoc Zachodu - zauważają komentatorzy.

Monarchie: cicha kontrrewolucja dzięki zmianom socjalnym

Rządzący w trzeciej grupie państw monarchowie rozumieją, że młodzi rebelianci nie będą zadowoleni, jeśli nie uzyskają większego wpływu na życie w kraju .

Dlatego po zamieszkach w Tunezji i Egipcie sami profilaktycznie prowadzili pewne zmiany, głównie socjalne, by tymczasowo zadowolić młodych. To m.in. program tworzenia nowych miejsc pracy w Omanie i Algierii, dofinansowanie budowy mieszkań i służby zdrowia w Arabii Saudyjskiej, ale i zmiany wzmacniające bezpieczeństwo, np. monitoring na ulicach.

Według analityków "Spiegla" to wprowadzanie kontrrewolucji tam, gdzie rewolucja jeszcze się nie rozpoczęła. Zrzeszająca te państwa elitarna, zamknięta Rada Współpracy Krajów Zatoki Perskiej wzmacnia te działania, m.in. przez pomoc dla poszkodowanych w zamieszkach w Bahrajnie.

"Działania te mogą doprowadzić do kolejnego podziału świata arabskiego: na wpływowy, elitarny klub monarchii i grupę krajów z młodymi ruchami prodemokratycznymi, które odsunęły lub wciąż próbują odsunąć od władzy stare reżimy" - czytamy.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM