Łuki przeciw karabinom. "Arrow Boys" bronią swych rodzin przed mordem i gwałtem

Nie mogą liczyć na pomoc rządu. Sami odpierają ataki partyzantki, Armii Bożego Oporu, na ich domy. Z bronią własnej produkcji w ręku stają naprzeciw morderców, gwałcicieli i porywaczy. Nazywają się "Arrow Boys".
"Nigdy nie chodź sam" to niepisane prawo, skrupulatnie przestrzegane przez mieszkańców obrzeża stanu Ekwatoria Zachodnia w Południowym Sudanie. Sudańczycy mają powody, by się bać. Niedaleko, w pobliżu granicy z Kongo, stacjonuje Armia Bożego Oporu. Działający w tej fanatycznej, paramilitarnej organizacji ugandyjscy partyzanci porywają, okaleczają i mordują tych, którzy nie byli dość ostrożni.

Mordercy i gwałciciele "natchnieni" duchem świętym

Armia Bożego Oporu powstała w 1987 r., by walczyć przeciwko prezydentowi Yoweriemu Museveniemu. Jej członkowie twierdzą, że działają pod natchnieniem Ducha Świętego. Nie przeszkadza im to zabijać mężczyzn, wcielać do armii uprowadzonych dzieci, a porwanych kobiet zamieniać w seksualne niewolnice. Liderzy Armii, Joseph Kony i jego najbliżsi współpracownicy, są odpowiedzialni za śmierć tysięcy osób, gwałty i porwania. Działają nie tylko w Południowym Sudanie, ale też w Kongo i Ugandzie. Międzynarodowy Trybunał Karny zarzuca im popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości.

Z łukiem przeciwko nieprzyjacielowi

Aby odeprzeć regularne, cotygodniowe ataki Armii Bożego Oporu na regiony Tombura, Ibba i Ezo w Południowym Sudanie, młodzi Sudańczycy stworzyli w 2008 roku obywatelski oddział obronny. Nazwali się Arrow Boys - tak, jak podobne formacje ugandyjskie wspierane przez tamtejszy rząd - od łuków, które są ich główną bronią. Są słabo zaopatrzeni - oprócz łuków do walki używają noży i broni palnej własnej produkcji. Z tym prowizorycznym ekwipunkiem stawiają czoła "żołnierzom" Armii Bożego Oporu, uzbrojonym w karabiny maszynowe i granaty. Na początku było ich niewielu. Urośli w siłę we wrześniu 2009 r. po atakach, w których zginęły setki osób i spalono wiele wiosek. - Armia Bożego Oporu wybrała za cel niewinnych cywili - wyjaśnia przyczyny powstania grupy jej przywódca, Samuel Essau.

Lider "Arrow Boys" mieszka w wiosce Kasia, położonej 20 mil na wschód od stolicy stanu - Yambio. Najbliższy oddział państwowej sudańskiej armii stacjonuje dopiero kilkadziesiąt kilometrów dalej. Wobec ugandyjskich rebeliantów wieś jest bezbronna. Wojsku dojazd do Kasia zajmuje przynajmniej półtorej godziny, a z wioski do najbliższej głównej ulicy mieszkańcy chodzą pieszo aż trzy godziny.

"Z wrogiem nie ma żartów"

- Kiedy trucizna dostanie się do krwi przez ranę, oznacza śmierć - mówi Essau, patrząc na pokryty czarną substancją grot strzały. W ubiegłym miesiącu "Arrow Boys" schwytali jednego z członków Armii Bożego Oporu. - Osaczyliśmy go w Naagori i pobiliśmy do nieprzytomności. Właściwie to chcieliśmy my go zabić, ale obawialiśmy się reakcji rządu, więc oddaliśmy go w ręce policji - opowiada lider "Arrow Boys".

Essau twierdzi, że - nie licząc tego przypadku - jego ludzie zabili już przynajmniej dziesięciu i porwali kolejnych sześciu partyzantów. Kiedy mordują, podejmują specjalne "środki ostrożności": okaleczają ciała tak długo, aż nie da się ich rozpoznać. To niewdzięczne zadanie przypada w udziale kobietom - zwanym "Arrow Girls".

Pytany, dlaczego "Arrow Boys" biorą prawo we własne ręce, Essau tłumaczy: - Z wrogiem nie ma żartów. Armia Bożego Oporu odpowiada za wiele tutejszych grobów. Nie możemy okazywać sympatii. Gdyby nie rząd i jego wymagania, że mamy przekazywać jeńców policji lub wojsku, zabijalibyśmy ich z zimną krwią.

"Arrow Boys" domagają się karabinów

Po uzgodnieniach pokojowych z 2005 roku między północnym a południowym Sudanem, utworzony przez Ludową Armię Wyzwolenia Sudanu rząd Południa rozpoczął konfiskatę broni wśród cywilów. - Większość mieszkańców wiosek sprzeciwia się tej inicjatywie. Twierdzą, że nie czują się bezpiecznie, a nieuzbrojeni stają się bezradni wobec sporadycznych ataków Armii Bożego Oporu - komentuje Gibson Bullen Wande, minister informacji i komunikacji dla stanu Ekwatoria Zachodnia.

"Arrow Boys" nie tylko nie chcą oddawać broni, ale domagają się dozbrojenia. Ich dążenia popiera gubernator stanu, Josepha Bakasoro. Pomysłowi sprzeciwia się m.in. minister Wande. Według niego broń w rękach "Arrow Boys" może przyczynić się do pogorszenia i tak już napiętej sytuacji. - Dostarczenie broni może zostać odebrane jako przyznanie się do złego stanu armii. A to wyśle bardzo niebezpieczne sygnały do naszych wrogów - dodaje minister.

Rząd reaguje zbyt wolno

Tymczasem spowodowany atakami Armii Bożego Oporu kryzys humanitarny utrudnia budowanie pokoju i realizację projektów rozwojowych realizowanych w tym wyjątkowo biednym regionie. 27-letnia Felista Peter i jej mąż Khamis Justin uciekli z wioski Ri-bodo. Szukają schronienia w Yambio. Khamis nie może zapomnieć dnia, kiedy rebelianci porwali 5-letniego syna sąsiadów: - Miał na imię Minambo. Zaatakowali nas w nocy i musieliśmy uciekać do lasu. Niestety chłopiec został w wiosce. Zabrali go i do tej pory się nie odnalazł - opowiada.

W obawie o bezpieczeństwo rodzina Khamisa zdecydowała się opuścić swoją farmę. - Kiedyś nie narzekaliśmy na głód. Teraz nasze dzieci nauczyły się spać z pustymi brzuchami - mówi. - W ubiegłym tygodniu słyszeliśmy, że Armia Bożego Oporu zabiła kolejnego staruszka, który nie miał siły z nami uciec - twierdzi.

"Nie traktują nas poważnie"

- Znaleźliśmy wiele świeżych grobów w lesie podążając za Armią Bożego Oporu do sąsiedniego Kongo. Tylko w ubiegłym tygodniu natknęliśmy się na trzy świeże mogiły - relacjonuje 44-letni "Arrow Boy", Charles Ayobo. O trudną sytuację oskarża rząd Południowego Sudanu. - Często dostarczamy wojsku informację, ale jego reakcja jest zbyt wolna. Kiedy się skarżymy, Ludowa Armia Wyzwolenia Sudanu nie traktuje nas poważnie. Polegamy tylko na dobrej woli kilku samarytan, którzy doceniają to, co robimy - kończy.



Paul Jimbo jest sudańskim dziennikarzem, współpracował m.in. z brytyjskim "Guardianem". Tekst powstał dzięki współpracy z biurem PANOS London.

DOSTĘP PREMIUM