Poczobut na wolności. "Ten wyrok to wynik sankcji. Dziękuję za wsparcie!"

Korespondent "Gazety Wyborczej" jest już na wolności. - Dla władz głównym celem było to, żebym wyrzekł się tego w co wierzę. Ale nie handluje się wartościami, w które się wierzy - mówił w TOK FM zaraz po wyjściu z budynku sądu. Zapowiedział, że zaskarży wyrok i dalej zamierza pisać krytycznie o sytuacji na Białorusi. - Mam nadzieję, że za te dwa lata wszystko się zmieni i Andrzej w ogóle nie poniesie kary - powiedziała po ogłoszeniu wyroku żona dziennikarza.
Sąd w Grodnie skazał korespondenta "Gazety Wyborczej" na 3 lata więzienia, w zawieszeniu na 2 lata.

Taki wyrok zaskoczył korespondenta "GW". - Spodziewam się, że dostanę 3 lata więzienia, tak jak chciał prokurator - mówił w TOK FM. Jego zdaniem wyrok w zawieszeniu "to wynik sankcji gospodarczych wprowadzonych wobec Białorusi". Nawet w więzieniu, po zachowaniach strażników widać było, że kryzys bardzo mocno zachwiał poparciem, jakie miał Łukaszenka, nawet wśród pracowników resortów siłowych. Bez wątpienia Łukaszenka bardzo się boi. - Jeśli ktoś wystarczająco mocno przyciśnie, to Łukaszenka jest gotów do ustępstw - stwierdził Poczobut.



Jak relacjonował podczas pierwszego tygodnia pobytu w areszcie prokurator obwodowy złożył mu propozycję: za umorzenie - pokajanie się przed Łukaszenką. - Nie handluje się wartościami, które się wyznaje. A według mnie dla władz głównym celem było właśnie to, żebym wyrzekł się tego, w co wierzę - mówił dziennikarz.

"Nie popełniłem przestępstwa"

Andrzej Poczobut zapowiedział, że odwoła się od dzisiejszego wyroku sądu w Grodnie. - Nie popełniłem przestępstwa. Będę się bronił. Będę używał wszystkich instrumentów prawnych, które mam. Będę wyrok zaskarżał, jak długo będzie taka możliwość.

Wyrok w zawieszeniu nie przestraszył dziennikarza. - Będę się zachowywał tak jak wcześniej - pisać dla "GW" o Białorusi - deklarował. I bardzo dziękował za udzielone mu wsparcie. - Dostawałem bardzo dużo listów. Najwięcej z Polski - od czytelników "GW" i od słuchaczy TOK FM. Te listy dodawały mi otuchy - mówił Andrzej Poczobut.

- Nie zamierzam prowadzić działalności politycznej - deklarował w rozmowie z TOK FM. - Zamierzam nadal być dziennikarzem, działać w Związku Polaków na Białorusi. Choć oczywiście miałem świadomość, że moje zachowanie dodaje też otuchy innym. Rozumiałem, że właśnie dlatego chcą mnie złamać, żebym poprosił Łukaszenkę o ułaskawienie. Żeby zdołować nastroje społeczne na Białorusi. Nie zamierzam prowadzić działalności politycznej, ale na Białorusi jest tak, że jeśli ktoś wypowiada swój punkt widzenia, to przez reżim jest to traktowane jako działalność polityczna. Podobnie jak działalność w Związku Polaków, organizacji, która zajmuje się kulturą polską i oświatą jest traktowana jako niewyobrażalna jakaś działalność polityczną przeciw reżimowi Łukaszenki.

"Miałem w głowie, że w więzieniu mogą mnie spotkać ludzie w kominiarkach"

Poczobut opowiadał też o pobycie samym pobycie w więzieniu. - I dla współwięźniów, i dla strażników było jasne, że nie jestem zwykłym więźniem, że to jakiś przypadek, że tam trafiłem. Od samego początku to czułem. W więzieniu nie jest łatwo, trzeba walczyć o swoje prawa. Adwokat już na pierwszym spotkaniu przyniósł mi ustawę, na podstawie której byłem przetrzymywany. Były tam wypisane wszystkie prawa, które ma więzień. Ja te prawa ubiegałem się, walczyłem, pisałem skargi, gdy nie były przestrzegane - opowiadał.

Mówił też, że jadąc do więzienia pamiętał o opozycjonistach poddawanych torturom. - Miałem w głowie, że w więzieniu mogą mnie spotkać ludzie w kominiarkach, ale na szczęście tego nie było. Nie doświadczyłem żadnej przemocy - zapewnił.

Jak opowiadał do momentu spotkania z prokuratorem był niemal całkowicie odcięty od wszelkich informacji. - Potem, gdy oni zrozumieli, że nie ma szans na skruszenie mnie, dostawałem trochę więcej informacji. Miałem w celi telewizor i zdołałem złapać, wprawdzie złej jakości, ale jednak, pierwszy program Telewizji Polskiej. Więc miałem świadomość tego, co się odbywa w Polsce i jaka jest reakcja Unii Europejskiej. To dodawało otuchy - mówił.

"Sto lat" i "Rota" dla Poczobuta

Ogłoszenia wyroku wysłuchała żona dziennikarza. Była jedną z siedmiu osób, które mogły wejść na salę. - Na razie nie mogę w to uwierzyć. Mam nadzieję, że za te dwa lata wszystko się zmieni i w ogóle nie poniesie kary - mówiła Aksana Poczobut.



Przed budynkiem sądu na dziennikarza czekali przyjaciele i działacze Związku Polaków na Białorusi. Wyrok przyjęli wybuchem radości. Kiedy Poczobut wyszedł na wolność odśpiewano "Sto lat" i "Rotę".

DOSTĘP PREMIUM