Tonąca "Bułgaria" nie nadała SOS, bo na statku nie było prądu

Radiooperator statku "Bułgaria", który zatonął w niedzielę na Wołdze, powiedział rosyjskim mediom, że nie mógł nadać sygnału SOS, bo statek był pozbawiony prądu. Twierdzi on, że generator wyłączył się jeszcze zanim woda wdarła się do maszynowni.
Statek wycieczkowy "Bułgaria" zatonął dwa dni temu na Wołdze w rosyjskim Tatarstanie. Na pokładzie było 208 osób - ponad dwa razy więcej niż powinno. Uratowano tylko 78 osób. Reszta, w tym kilkadziesiąt dzieci, zatonęła.

Z tonącego statku udało się uratować radiooperatorowi Rinatowi Gabitdinowi. Jak mówił, nie mógł nadać SOS. - Kiedy już trzeba było to zrobić, na statku nie było prądu. Słyszałem dziki krzyk kapitana, żeby natychmiast wszyscy przeszli na lewą burtę. Chciałem puścić to przez megafon, żeby wszyscy usłyszeli, ale i tego nie dało się zrobić z powodu braku prądu. A tak to może udałoby się uratować statek - opowiadał.

Według Gabitdinowa generator wyłączył się jeszcze przed wdarciem wody do maszynowni. Powiedział on też, że podczas poprzedniego rejsu także pojawiły się problemy - wówczas w maszynowni wybuchł pożar.

Nowe hipotezy nt. przyczyn katastrofy

Przyczyny katastrofy bada specjalnie powołana komisja. Od początku zwracano uwagę na niesprawność techniczną statku i przeciążenie. Z portu w Kazaniu "Bułgaria" wypływała z przechyłem w prawą stronę, niesprawny był też jeden z silników.

Teraz część śledczych przypuszcza, że bezpośrednią przyczyną zatonięcia mogły być błędy załogi. Jak podaje "Kommiersant", powołując się na członka komisji, nawet przy nierównomiernym obciążeniu nie mogło dojść do przechyłu powodującego zatonięcie. Rozmówcy gazety uważają, że kapitan załogi mógł popełnić błąd przy wykonywaniu manewru.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM