"Szukajmy przyczyn. Inaczej marsze będą coraz silniejsze" - Krasnodębski o Marszu Niepodległości

- Marsz Niepodległości i Solidarności to przypomnienie rządzącym i dużej części elit, że jest znaczna część Polaków, która ich poglądów nie podziela, a ma prawo do uczestniczenia w życiu politycznym - mówi w rozmowie z TOK FM prof. Zdzisław Krasnodębski, socjolog z Uniwersytetu w Bremie. - Trzeba się zastanowić, czemu takie marsze po 21 latach niepodległości muszą się w Polsce odbywać - dodaje.
- Apelowałbym, żeby traktować marsz poważnie, zastanowić się nad jego przyczynami. Dlaczego takie marsze po 21 latach niepodległości muszą się odbywać w Polsce? - pyta w rozmowie z TOK FM prof. Zdzisław Krasnodębski, który udzielił swojego poparcia organizatorom dzisiejszego Marszu Niepodległości i Solidarności. - Ten namysł powinien być krytyczny. Powinien być namysłem nad uwiądem polskiego parlamentaryzmu, polskiej debaty. Jeżeli tego nie zrobimy, to pewnie te marsze będą coraz silniejsze - podkreśla.

"Debata publiczna zamarła"

Krasnodębski podkreśla, że swojego poparcia dla marszu udzielił z trzech powodów. - Po pierwsze, z powodu 30. rocznicy stanu wojennego. Coraz bardziej pamięć o tym wydarzeniu się zaciera lub staje się bardzo standardowa. Jak wiemy - do tej pory osoby, które stan wojenny zorganizowały, nie odpowiedziały przed sądem. Ofiarom nie zadośćuczyniono - uważa profesor.

- Drugi powód jest taki, że żyjemy w pewnym przełomowym czasie. Pewne rzeczy, które wówczas się działy, pewne rzeczy które wtedy podnoszono - hasła wolności, niepodległości - dzisiaj również są problemami, z którymi Polska się konfrontuje - twierdzi Krasnodębski. - Przykładowo, przeżyliśmy wielką tragedię półtora roku temu, niewyjaśnioną do tej pory; z drugiej strony istnieje pewna łatwość, z jaką politycy mówią dzisiaj o oddaniu polskiej suwerenności. Oczywiście w marszu żaden z tych trudnych problemów nie zostanie rozstrzygnięty, ale chodzi w nim o pewien wyraz symbolicznego przywiązania do tych wartości - wolności, niepodległości i suwerenności.

Trzecim powodem, który podaje socjolog, jest jego zdaniem zamierająca debata publiczna. - Zamiast wymiany argumentów, mamy do czynienia z wypieraniem części opinii publicznej ze sfery oficjalnej. Tego rodzaju manifestacja, jak ten marsz, jest więc nieunikniona. Ci ludzie nie mogą przedstawić swoich racji ani w telewizji w sposób bardziej wyważony, dłuższy, ani na forum parlamentu. Zostaje więc marsz. W jakimś sensie to też świadectwo choroby polskiej demokracji, że musimy przenieść dyskusję na ulice. Ale to jest wynik wszystkiego, co się działo w ostatnich latach - uważa Krasnodębski.

"Złem jest brak racjonalnej debaty"

Zapytany, czy nie uważa, że marsz może być wykorzystywany partyjnie, Krasnodębski stwierdza: - Partie polityczne wyrażają pragnienia i dążenia części obywateli. Wyraża się w nich przekonanie dotyczące dobra ogólnego, rzeczypospolitej. Teraz sytuacja jest taka, że są obywatele w Polsce, zdaniem których pamięć powinna trwać i należy ciągle domagać się sprawiedliwości w związku ze stanem wojennym. Ale uważają też, że podstawowe wartości są obecnie zagrożone. W pewnym sensie istnieje jakaś analogia między tamtymi a dzisiejszymi czasami. Zawsze, kiedy stawiamy diagnozę sytuacji, często odwołujemy się do wartości ogólnych. Nie widziałby w tym nic złego. Zło w dzisiejszej sytuacji widzę w tej niemożności prowadzenia w miarę racjonalnej debaty między Polakami - podkreśla socjolog.

- Traktuję ten marsz jako przypomnienie rządzącym i dużej części elit, że jest znaczna część Polaków, która ich poglądów nie podziela, a ma prawo do uczestniczenia w życiu politycznym. Uważa też, że sytuacja jest niebezpieczna i jest niezadowolona z tego, co się dzieje w polityce pamięci - podsumowuje profesor.

DOSTĘP PREMIUM