"Wciąż nie wiemy, czy pewne osoby były w kokpicie, czy nie"

- W sprawie katastrofy smoleńskiej większość już wiemy. Do wyjaśnienia pozostały raczej szczegóły. Zostało poczucie niedosytu - gdyby samolot był wyposażony w lepsze rejestratory dźwięku i rejestrator wideo, nasza wiedza byłaby bardziej kompletna - mówi portalowi Gazeta.pl płk Piotr Łukaszewicz, pilot, były szef oddziału szkolenia lotniczego Dowództwa Sił Powietrznych.
Michał Gostkiewicz: Czego jeszcze nie wiemy o katastrofie smoleńskiej?

Płk Piotr Łukaszewicz*: Jeżeli chodzi o przebieg lotu i poszczególne wydarzenia, to raczej niczego nowego, przełomowego się nie dowiemy. Nie sądzę, aby jeszcze coś istotnego udało się ustalić. Moim zdaniem to, co wiemy, pozwala na ustalenie przyczyn i okoliczności katastrofy.

Zostało poczucie niedosytu z powodu ubogiego wyposażenia samolotu w środki obiektywnej kontroli lotu - magnetofony rejestrujące głosy były takie, jakie były. Pozostają wątpliwości natury prawnej - co do identyfikacji głosu. Nie mamy też pewności co do tego, czy niektóre osoby były w kabinie pilotów, czy nie.

Jedną z nierozwiązanych zagadek jest ta, czy gen. Błasik był w kokpicie...

- Stąd się bierze moje poczucie niedosytu. W ważnych samolotach urządzenia rejestrujące są zazwyczaj dobrej jakości - cyfrowe rejestratory głosu, kamery wideo itp. Jednocześnie to spowodowało ogromne spekulacje i wiele wątpliwości. Zastrzegam, że rozumiem działanie naukowców z instytutu Sehna, który prowadził badanie czarnych skrzynek i przygotował nowe wersje stenogramów na zlecenie prokuratury. Opinia instytutu ma znaczenie dowodowe. Dlatego tam, gdzie jego pracownicy mieli wątpliwości co do tożsamości osoby wypowiadającej dane słowa, nie przesądzali arbitralnie, tylko pisali "anonim". I słusznie. Z opinii instytutu wynika, że w kabinie były inne osoby, ale na podstawie zarejestrowanych głosów niemożliwe było ich zidentyfikowanie.

W swoich ocenach kieruję się jednak również moim doświadczeniem i wiedzą o tym, co działo się w kabinach wojskowych samolotów transportowych. Są przecież słowa mechanika: "witam panów generałów". Nie mam najmniejszych wątpliwości, że mechanik witał więcej niż jedną osobę w stopniu generała, wśród tych, które weszły do kabiny. A tego nie powinien robić nikt.

Czy opublikowanie pełnych zapisów czarnej skrzynki QAR mogłoby rozwiać wiele wątpliwości i przeciąć spekulacje co do zamachu?

- Zgadzam się z panem - mogłoby. Natomiast nie wiem, które parametry lotu ten rejestrator zapisuje - czy ich całość, czy tylko ich część. Jeżeli są to zapisane już i ustalone jednoznacznie fakty, to nic nie stoi na przeszkodzie temu, by je opublikować.

Wciąż trwają polskie i rosyjskie śledztwa prokuratorskie. Polska prokuratura przedłużyła dziś śledztwo o pół roku. Czyli niby wiemy bardzo dużo, a wciąż zbyt mało. Pytanie, kiedy śledztwo się zakończy, tym bardziej że wrak jest w Rosji.

- To pytanie do prokuratury. Prokuratura prowadzi działania pod kątem materiałów dowodowych - rosyjska podobnie. I niewątpliwie wrak nie wrócić do Polski wcześniej, niż to rosyjskie dochodzenie się zakończy. Równocześnie - przypomnijmy - wrak był przecież przez Polaków badany i na przykład śladów materiałów wybuchowych nie stwierdzono.

Hipoteza zamachu się broni?

- Jestem gotów w każdej chwili zasiąść za stołem do polemiki z osobami o porównywalnym doświadczeniu, które mają przeciwne zdanie niż ja w tej sprawie. Natomiast co do innych tego typu dywagacji: w Księdze Przysłów Pisma św. stoi: "Nie odpowiadaj głupiemu według jego głupoty, żebyś się z nim nie zrównał". Niech to wystarczy za mój komentarz do wszelkiego rodzaju tychże rewelacji.

Czy ponowne ekshumacje ciał ofiar katastrofy mogą wnieść coś nowego?

- Nie wydaje mi się, aby rzuciły nowe światło na przyczyny i okoliczności katastrofy. Kilka lat temu była głośna ekshumacja zwłok generała Władysława Sikorskiego w celu ustalenia przyczyn katastrofy gibraltarskiej. Myślę, że w obydwu tych sprawach kierowano się podobnymi, pozamerytorycznymi przesłankami.

Czy zdobycie i zbadanie treści rozmowy prezydenta z bratem może rzucić nowe światło na śledztwo?

- Wątpię. Z jednej strony oczywiście ta rozmowa może być istotna, z drugiej - gdyby ta rozmowa miałaby się przyczynić do katastrofy, to jej konsekwencją byłoby zarejestrowane polecenie: "panowie, lądujmy". A takiej komendy nie było. Mam jednak świadomość, że załodze bardzo zależało na wykonaniu tego zadania, zwłaszcza, że na pokładzie byli przełożeni. I zamiast sytuacji zero-jedynkowej: są warunki - lądujemy, nie ma warunków - nie lądujemy - przy podjęciu decyzji zmuszeni byli uwzględnić konsekwencje spraw, na które nie mieli żadnego wpływu.



Płk Piotr Łukaszewicz* - pułkownik rezerwy, pilot, były szef oddziału szkolenia lotniczego Dowództwa Sił Powietrznych.

DOSTĘP PREMIUM