"Polską rządzi jeden człowiek. Demokracja tylko na papierze"

"Polską rządzi jeden człowiek, w stopniu niespotykanym w innych krajach Unii Europejskiej" - pisze Piotr Gursztyn w "Rzeczpospolitej". Jego zdaniem jednowładztwo szefów głównych formacji politycznych "degeneruje naszą politykę". Publicysta punktuje też patologie polskiej demokracji, która "wraca do czasów PRL".
Dla Piotra Gursztyna poseł Marek Biernacki z PO uzasadniający "antydemokratyczną" ustawę o zgromadzeniach masowych to "obraz pokazujący skalę upadku parlamentaryzmu w Polsce. Bo demokracją parlamentarno-gabinetową jesteśmy już tylko na papierze. Rangi tego papieru nie podnosi fakt, że jest nim konstytucja".

Zdaniem publicysty "Rzeczpospolitej" parlament i Rada Ministrów nie mają obecnie nic do powiedzenia. "Polską rządzi jeden człowiek, w stopniu niespotykanym w innych krajach Unii Europejskiej" - pisze o Donaldzie Tusku. Zauważa jednak analogię po drugiej stronie sceny politycznej, czyli "jednowładztwo" Jarosława Kaczyńskiego. "To degeneruje naszą politykę".

Polityczne "spektakle lizusostwa"

Gursztyn stwierdza, że ostatnie posiedzenie Klubu Parlamentarnego PiS było "spektaklem lizusostwa". Natomiast Tusk jego zdaniem w ogóle nie spotyka się ze swoim klubem i wbrew statutowi partii "zapomina o zwoływaniu jej zarządu". Publicysta podkreśla, że Tusk i Kaczyński jedną decyzją mogą "całkowicie przemeblować" swoje partie. Posłowie, którzy nie chcą być usunięci z list, muszą okazywać "lojalność posuniętą do lizusostwa".

Reelekcja wymaga zaś, zdaniem Gursztyna, nieustannego robienia szumu wokół siebie. "Dlatego system promuje hałaśliwych i agresywnych demagogów, marginalizuje zaś ludzi o wyższej kulturze osobistej i politycznej". Ludzie sensowni są wykluczani z działania, a jeśli nawet stworzą jakiś projekt, nie ma szans, by ujrzał światło dzienne. Jak czytamy, pomysły posłów opozycji trafiają do "otchłani szuflady marszałek Sejmu", natomiast projekty członków koalicji do "podobnej otchłani szuflad prezydium Klubu Parlamentarnego Platformy".

Legislacja od kuchni

Gursztyn wskazuje przeszkody, jakie muszą pokonać projekty ustaw, nim trafią pod obrady Sejmu. "Każdy poseł najpierw wisi na łasce szefostwa klubu, które po skończonej pracy pozwoli mu ogłosić projekt lub nie" - pisze publicysta. "Ale to nie koniec" - ciągnie. Projekt pod głosowanie całego Sejmu trafi dopiero po akceptacji szefa partii i rządu oraz ministra finansów, ""tóry orzeka, czy projekt nie popsuje mu bilansu w słupkach budżetowych".

Ostatnim hamulcowym według Gursztyna jest Rządowe Centrum Legislacji. "Ta w założeniu pomocnicza komórka Kancelarii Premiera dyktuje nie tylko reprezentantom narodu, ale nawet konstytucyjnym ministrom, co mogą robić w sprawach legislacyjnych" - czytamy w "Rzeczpospolitej". Najsprawniej przechodzić mają projekty posłów, którzy dobrze żyją z szefem Centrum. "A co jest, gdy minister źle żyje?" - pyta Gursztyn.

Powrót do PRL

Publicysta podkreśla, że twierdzenie, iż skupienie władzy to cena skutecznego rządzenia, jest fałszywe. Przywołuje przykład Niemiec, gdzie kanclerz Angela Merkel musi się tłumaczyć własnej partii ze swoich decyzji. "Polska polityka nie jest skuteczniejsza od polityki niemieckiej" - dodaje.

Polityka nie będzie lepsza bez zmiany obyczajów - pisze Gursztyn. Zauważa, że w obecnym Sejmie niespotykane są głosowania wbrew podziałom partyjnym. Przytacza też przykład ponadpartyjnej współpracy - Marek Suski z PiS i Paweł Suski z PO wspólnie znowelizowali ustawę o ochronie zwierząt. "Wróciliśmy do czasów Sejmu PRL - komentuje Gursztyn. W takich sprawach Komitet Centralny też zostawiał Wysokiej Izbie wolną rękę".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM