Spór o "lemingi"? Lepszy byłby spór o młodych [POLEMIKA Z LESZCZYŃSKIM]

"Lemingi zatopią prawicę" - stwierdził w "Gazecie Wyborczej" Adam Leszczyński. - Nie, zawężanie całej diagnozy do stosunkowo nielicznej grupy młodych ludzi jest błędem - polemizuje dr Robert Sobiech, socjolog z UW.
A chodzi o tezę Leszczyńskiego, który napisał w dzisiejszej "Wyborczej": "Kiedy nasza prawica narzeka na 'lemingi', pokazuje tylko swoje wyobcowanie z tych, którzy w przyszłości będą decydować o wynikach wyborów, młodych, wykształconych Polaków".

Zdaniem publicysty to właśnie dzięki tej grupie można będzie w przyszłości wygrywać wybory. - Ta teza nie jest prawdziwa - polemizuje w rozmowie z TOK FM dr Robert Sobiech z Uniwersytetu Warszawskiego. I komentuje z perspektywy największej partii opozycyjnej: - Jeżeli byśmy mówili o prawicy jako PiS-ie, to partia ta miała kilka prób pozyskania "lemingów". Nawet w ostatnich wyborach postawiła trafną diagnozę "szklanego sufitu" - na poziomie ludzi w młodym wieku spoza dużych centrów miejskich - to było trafione. Wtedy też nikt nie używał słowa "leming" - dodał.

Problem? Wymiana pokolenia

- Problemem tej prawicy jest to, że dążenie do pozyskania "lemingów" oznacza straty na dzień dzisiejszy - kontynuuje socjolog. - Czyli trzeba w pewnym momencie przestać mówić językiem, który jest zrozumiały dla dotychczasowego twardego elektoratu PiS-u i dokonać zwrotu w kierunku młodszego pokolenia. Bardzo możliwe, że będzie to oznaczało natychmiastowe ubytki w elektoracie - zaznaczył.

Zdaniem socjologa lepiej mówić o "młodych i wykształconych", bo mówienie o "lemingach" to warszawocentryczny punkt widzenia. - Jakby pojechać do miast powiatowych, to ci sami ludzie, "lemingi", to z punktu widzenia socjologicznego ten sam elektorat co wielkomiejski, ale zupełnie różne kategorie społeczne. Namawianie prawicy, żeby zajęła się krakowskimi czy warszawskimi "lemingami" jest więc niecelowe. Bo więcej taki PiS może stracić niż zyskać - tłumaczy.

Klasa średnia - potrzebna?

Zdaniem Sobiecha nieprawidłowe jest równanie "lemingów" z klasą średnią. - Jeżeli klasę średnią mierzyć poziomem dochodów i wykształceniem, to jest jasne, że rozciąga się ona znacznie szerzej, niż kategorie opisane przez Leszczyńskiego - zauważa. - Zawężanie całej diagnozy do stosunkowo nielicznej grupy młodych ludzi posiadających dobrą pracę i wykształcenie i tworzenie w tym miejscu sporu politycznego, jest błędną diagnozą polityczną - dodaje.

Podkreśla jednak, że na poziomie jednak dyskursu publicystycznego, "gdzie po drugiej stronie są publicyści prawicowi, którzy reprezentują też grupy ludzi mieszkających w dużych miastach, dobrze zarabiających i wykształconych", takie porównanie jest zrozumiałe. - Ci publicyści chcieliby, żeby te "lemingi" były "ich lemingami". Ale ciągle to spór o "lemingi", a nie spór polityczny o to, jak pozyskać młode pokolenie - podsumowuje socjolog.

DOSTĘP PREMIUM