Kandydat PiS na premiera? Paradowska: "Nie wiem, kogo tak naprawdę to obchodzi"

"Nie wiem, czy ktoś da wiele za poznanie nazwiska kandydata PiS na premiera" - pisze na blogu Janina Paradowska. I komentuje tego "kandydata": "Parlament nie padnie przed tą osobą na kolana, wotum nieufności dla rządu nie będzie, nawet jeśli Jarosław Kaczyński, będzie dramatycznie apelował, aby w imię litości nad biednym krajem, jęczącym pod jarzmem Tuska każdy głosował zgodnie z sumieniem".
Według Paradowskiej, wyczekiwane ogłoszenie "kandydata na premiera" Prawa i Sprawiedliwości jest niemal bez znaczenia, ponieważ nic się nie zmieni na scenie politycznej. Dziennikarka nawet typuje, kto może być "kandydatem" PiS: "Już kiedyś trafnie wytypowałam, że tajemniczą osobą, od której Kaczyński dowiedział jakichś supertajnych rzeczy (przepraszam, nie pamiętam już o co chodziło, bo tyle jest tajności wokół, że wszystko się miesza, a prezes często czegoś do końca nie dopowiada) jest prof. Jadwiga Staniszkis".

Paradowska kontynuuje: "Teraz też mogłabym obstawiać jej kandydaturę, spełnia przecież podstawowe kryterium, że pochodzi ze świata nauki. Nie jestem tego wprawdzie tak pewna jak w poprzednim typowaniu, ale nie zdziwię się, jeśli na panią Profesor ostatecznie padnie".

"Może politycy przestaną pleść byle co"

Publicystka komentuje też mail, który dostała, a który zawierał propozycję, że za pieniądze ktoś ujawni, kim jest kandydat Prawa i Sprawiedliwości. "Uważam, że ktoś, kto wymyślił zabawę w sprzedawanie kandydata na premiera wniósł, a może dopiero wniesie nieco życia w naszą politykę. Gdyby iść tym tropem, to przecież można byłoby uruchomić wcale niezłą giełdę, a nawet przejść na samofinansowanie się polityków" - pisze Paradowska.

Dodaje, że politycy mogliby sprzedawać dziennikarzom swoje newsy już nie za "ewentualną przychylność, na którą, jak życie pokazuje, nie ma co liczyć", ale za... prawdziwe pieniądze. "Tym samym nie będą już musieli brać pieniędzy budżetowych. Mogą być także inne korzyści. Politycy postarają się, aby coś rzeczywiście wiedzieć, a nie pleść byle co, bo jednak na początku można będzie sprzedawać właśnie byle co, ale z czasem żurnaliści zrobią się wybredni i za byle co nie zapłacą. Można pomyśleć też o bardzo atrakcyjnych formach licytacji" - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM