Seremet o spotkaniu z naczelnym "Rzeczpospolitej": Czuję się zmanipulowany

- Nie chciałem wpływać na decyzje redakcji, ale uznałem, że taka publikacja musi być podana ze stanowiskiem prokuratury. Po to, żeby uniknąć właśnie tego, co się wydarzyło. (...) - mówi Radiu ZET prokurator generalny Andrzej Seremet na temat jego spotkania z redaktorem naczelnym "Rzeczpospolitej" Tomaszem Wróblewskim.
To po spotkaniu Seremeta z Wróblewskim "Rzeczpospolita" zdecydowała się na opublikowanie słynnego tekstu "Trotyl na wraku tupolewa".

Seremet wypowiada się publicznie po raz pierwszy od wybuchu afery. W rozmowie z rozgłośnią mówi, że do pewnego stopnia "czuje się zmanipulowany" przez redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej", w przyszłości będzie podchodził do swoich rozmówców z większą dozą nieufności. - Powiedziałem, że mogę potwierdzić, że podczas oględzin i badań wraku Tu-154M narzędzia pomiarowe wykorzystywane przez biegłych wykazały obecność materiałów wysokoenergetycznych podobnych do materiałów wybuchowych - przyznał.

"Prosiłem, by nie wyciągać żadnych wniosków"

Seremet podkreślał jednak, żeby z tego powodu nie wyciągać żadnych wniosków. - A szczególnie, że użyto takich materiałów w samolocie - zaznaczył Seremet.

- Redaktor Wróblewski mówił, że przychodzi do mnie powodowany racją stanu i taki tekst przygotowują. Więc poprosiłem o powstrzymanie się z publikacją do czasu umożliwienia prokuraturze odniesienia się do tego tekstu. Po to, żeby uniknąć tego, co się wydarzyło. Odniosłem wrażenie, że redaktor, wychodząc ode mnie, przyjął moją propozycję. Byłem daleki od wpływania na podjęcie decyzji przez redakcję - znaczył. - Do pewnego stopnia czuję się więc zmanipulowany - mówi prokurator generalny.

Dlaczego prokuratura odpowiedziała dopiero o godz. 13.30?

- Wiedziałem już przed północą, że ten tekst się ukaże i obawiałem się właśnie, że wywoła takie skutki - przyznał Seremet.

- Dzień przed publikacją "Rz" byłem w kontakcie z pułkownikiem Szelągiem i poleciłem mu przygotowanie rano komunikatu. I właśnie rano prokuratorzy przystąpili do pracy z udziałem biegłych. Bez nich nie byliby w stanie wygenerować komunikatu, który opierałby się o wiedzę specjalistyczną - mówi Seremet, odpierając spekulację, że specjalnie przez kilka godzin prokuratura milczała w tej sprawie.

- Naciskałem, żeby to zrobić jak najszybciej. To była tylko kwestia techniczna - zaznaczył.

Spotkanie Tusk - Seremet

- Tak, informowałem o tej sprawie premiera Tuska - przyznaje Seremet. - Już 2 października mieliśmy spotkanie z premierem, na którym przedstawiłem właśnie to, o czym mówię. Chciałem zapobiec skutkom, z jakimi mieliśmy do czynienia. (...) O tym wiedziało kilkanaście osób. Niestety, jest pewną przypadłością naszego życia publicznego, że pewne rzeczy w dyskrecji nie pozostają zbyt długo - utyskuje Seremet.

Skąd to zaskoczenie Kancelarii Premiera publikacją? - Ani ja, ani pan premier nie mieliśmy pojęcia o publikacji. Uprzedzałem o tych właśnie faktach, mając na uwadze relacje międzynarodowe. Nie znam źródeł przecieku - powiedział.

Przypomnijmy: w ubiegłym tygodniu "Rzeczpospolita" podała, że polscy prokuratorzy i biegli, którzy ostatnio badali wrak tupolewa w Smoleńsku, odkryli na nim ślady materiałów wybuchowych - trotylu i nitrogliceryny. Informacje "Rz" zdementowała warszawska Wojskowa Prokuratura Okręgowa. Jej szef płk Ireneusz Szeląg poinformował, że biegli nie stwierdzili trotylu ani żadnego innego materiału wybuchowego na wraku Tu-154M. Dodał, że dowody nie dają podstaw, by twierdzić, że katastrofa smoleńska była efektem zamachu.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM