Gauden: Czemu Wróblewski tak biegał do wydawcy? W "Rzeczpospolitej" nie rządzi naczelny. To chore

- Rozumiem, że Tomasz Wróblewski teraz bardzo przeżywa całą sytuację, bo to ogromna porażka zawodowa. Ale jego wywody mają luki - tak Grzegorz Gauden, b. wieloletni naczelny "Rzeczpospolitej" kwituje opowieść Tomasza Wróblewskiego, którą ten ostatni zamieścił dziś w internecie. Wróblewski dowodzi, że w publikacji o trotylu właściwie poszło o szczegół. - Ładny mi szczegół na pierwszej stronie, i to w najbardziej kontrowersyjnej politycznej sprawie ostatnich 20 lat - mówi Gauden
W 20-minutowym nagraniu o znaczącym tytule "Mniejsza o trotyl" Wróblewski siedzi w gabinecie pełnym książek, na tle wiszących na ścianie światowych gazet. Stare meble, wycinki, najazdy kamery na publikacje "dwóch pokoleń" dziennikarzy w rodzinie. A były redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" opowiada o tym, jak powstawał jeden z najgłośniejszych tekstów ostatnich lat, który on sam właśnie przypłacił stanowiskiem.

Swoją długą opowieść gęsto przeplata przykładami rzekomo nieudokumentowanych tekstów "Gazety Wyborczej" oraz wpadki "New York Timesa". To tło dla głównej, ale pokrętnej tezy całego wystąpienia Wróblewskiego: że tekst został rzetelnie przygotowany, redakcja popełniła mały błąd, a zwolnienia są efektem gry politycznej właściciela tytułu.

- Rozumiem, że Tomasz Wróblewski teraz bardzo przeżywa całą sytuację, bo to ogromna porażka zawodowa. Ale jego wywody mają luki - mówi Grzegorz Gauden, były wieloletni redaktor naczelny "Rzeczpospolitej", a obecnie dyrektor Instytutu Książki. I jest poważnie zatrwożony sytuacją w "Rzeczpospolitej". - Tam rządzi wydawca, nie naczelny. To zaprzecza wszelkim standardom obowiązującym w poważnych mediach - mówi.

Wróblewski: O północy rozmawiałem z Hajdarowiczem

Na nagraniu Wróblewski opowiada m.in, jak w mieszkaniu Hajdarowicza po północy w dniu publikacji rozmawiał o możliwych konsekwencjach publikacji. - Do głowy mi wtedy nie przyszło, że wśród głównych oskarżycieli znajdzie się sam wydawca - mówi Tomasz Wróblewski.

Wróblewski w swojej wideoopowieści relacjonuje, jak to wielokrotnie w czasie powstawania tekstu konsultował sprawę z zastępcą wydawcy Janem Godłowskim. Miał z nim rozmawiać zarówno przed, jak i po rozmowie z Andrzejem Seremetem oraz w trakcie potwierdzania kwestii "trotylu" przez Cezarego Gmyza. - Dostałem jednoznaczne przyzwolenie na publikację - mówi Wróblewski.

- Poproszono mnie, bym się pojawił w Warszawie - mówi o tej sytuacji Grzegorz Hajdarowicz, wydawca "Rz" w rozmowie z portalem Onet.pl - Wsiadłem więc do samolotu i przyleciałem z Barcelony do Warszawy. O godz. 0.30 w nocy, przy świadkach, redaktor naczelny Tomasz Wróblewski zapewnił mnie wielokrotnie, że nad tym materiałem pracowała grupa osób. Byłem zaszokowany tą informacją o materiałach wybuchowych. Poprosiłem, aby tekst nie wykraczał poza treści dokumentowane, by tekst był łagodnie informacyjny. Za to ukazał się artykuł, w którym pojawiły się nazwy materiałów wybuchowych.

Czemu Wróblewski tak biega do wydawcy?

- Dobrze, że Tomasz Wróblewski przedstawia swoją wersją wydarzeń, ale jestem skonfundowany jego relacjami z wydawcą. Zupełnie nie rozumiem, czemu Wróblewski tak ciągle biega do wydawcy. On opowiada, że tekst nie był skończony ani informacje potwierdzone, a on już wielokrotnie konsultował decyzje o publikacji z wydawcą. Rozumiem, jaka była waga wydarzenia. Wydawca może i powinien był być o takiej publikacji uprzedzony, ale w relacji Wróblewskiego staje się tym, kto udziela zgody na publikację! To gdzie niezależność redakcyjna?

- I jedna bardzo ważna kwestia - ciągnie Gauden. - Sytuacja, w której to wydawca zwalnia dziennikarzy bez wniosków naczelnego, jest nie do przyjęcia. To niesłychane. Zasady funkcjonowania poważnych mediów w tej dziedzinie są uniwersalne i tak stare jak wolna prasa. To naczelny odpowiada za treść gazety, on odpowiada za zespół redakcyjny, on dobiera sobie i zwalania współpracowników. I wydawca nie ma prawa kontaktować się z dziennikarzami. Nie może ich przepytywać, czy żądać wyjaśnień. Wydawca rozmawia z naczelnym. Tylko i wyłącznie naczelny może podjąć decyzję o zwolnieniu dziennikarza. W tym przypadku zarząd sam podjął decyzję o zwolnieniu naczelnego. To jego prawo. Ale jak zwalniano pozostałe osoby? Wynika z tego, że bez pytania Wróblewskiego czy też jego obecnego następcy. To oznacza, że redakcją "Rzeczpospolitej" rządzi obecnie wydawca, a nie naczelny. To jest kompletnie chore.

Gauden: Ładny mi szczegół na pierwszej stronie!

W oświadczeniu Wróblewski najpierw dowodzi, że redakcja miała tak dobrze potwierdzone i wiarygodne informacje, iż miała pełne prawa do takiej publikacji. I że szczegół to potęga w dziennikarstwie. Po czym stwierdza: - Ale faktycznie, pochopnie napisaliśmy o trotylu zamiast o cząstkach wysokoenergetycznych, które mogą, ale nie muszą na niego wskazywać.

Dodaje, że "rozumie, że zabrakło precyzji, że to zaważyło na wiarygodności tekstu, redakcji i mojej". - Ale to nie znaczy, że jak nam zarzucano, kłamaliśmy czy chcieliśmy coś sprowokować - przekonuje.

- Wróblewski przyznaje, że popełnił ewidentny błąd. Ale nie może mówić, że to szczegół. Nieistotny szczegół. Ładny mi szczegół na pierwszej stronie, i to w najbardziej kontrowersyjnej i bolesnej politycznej sprawie ostatnich dwudziestu lat! Sprawie, która doprowadziła do najgłębszego konfliktu w życiu politycznym i społecznym. Niepotwierdzony trotyl w tytule to tylko nieistotny "szczegół"?

Decyzje należą do ministra skarbu i do rządu?

- Ciekawe w tym oświadczeniu jest to, co Wróblewski mówi o interesach wydawcy, które stoją za tymi zwolnieniami. Wynika z tego, że wydawca jest w dość skomplikowanej sytuacji, skoro różne decyzje ważne dla jego interesów należą do ministra skarbu i do rządu. To może tłumaczyć ten radykalny zwrot w postawie wydawcy, który najpierw rzekomo popiera i akceptuje wszystko, z czym przychodzi Wróblewski, a potem zwalnia go z pracy i całkowicie dystansuje się od tekstu.

Przypomnijmy, po spotkaniu Wróblewskiego, Hajdarowicza i kogoś jeszcze (wydawca "Rz" mówił, że byli świadkowie), które miało miejsce po północy w mieszkaniu Hajdarowicza, on sam udał się o 1.30 w noc poprzedzającą publikację na ulicę Wiejską , by spotkać się jeszcze z rzecznikiem rządu Pawłem Grasiem (nieopodal mieszkania Grasia). Rzecznik rządu twierdził, że o to spotkanie zabiegał Hajdarowicz.

DOSTĘP PREMIUM