Koniec epoki "ktoś kogoś pomacał". Sąd otworzył furtkę molestowanym

- Patrzę na zdjęcia Anety Krawczyk z dzisiejszego posiedzenia sądu i widzę ulgę na jej twarzy - mówił Marcin Kącki, dziennikarz "Gazety Wyborczej". - Spłynęły z niej 3 lata napięcia, w jakim nieustannie żyła. Ona chyba nie zdawała sobie sprawy, co na siebie bierze. Zresztą ja też nie, nikt nie wiedział, co bierze na siebie Krawczyk. Mogliśmy ją lepiej chronić, choćby przed kamerami, które ją rozszarpywały.


- Ta sprawa to precedens, bo dotyczy strefy tabu, jaką jest w Polsce molestowanie seksualne - tłumaczył Kącki, autor przełomowego tekstu "Praca ze seks" ujawniającego seksaferę w Samoobronie. - Na dodatek dotyczy osób na wysokich stanowiskach państwowych. Potem była afera olsztyńska, a tam już było łatwiej: główny świadek zabezpieczył się nagraniami. W przypadku Leppera i Łyżwińskiego było słowo przeciwko słowu.

- Sąd dał wiarę kobietom - mówił na antenie Radia TOK FM dziennikarz śledczy "GW". Sąd uznał, że Aneta Krawczyk, a także Agnieszka K. i Urszula K. są wiarygodne. - Tam nie było billingów, nagrań z kamer. Były relacje kobiet, które uczciwie powiedziały, jak dotknęła je ta przemoc - mówił Kącki. - Pomogła też drobiazgowość śledczych, którzy potwierdzili zeznania pokrzywdzonych.

Koniec epoki "ktoś kogoś pomacał"

- Sąd piotrkowski otworzył furtkę wszystkim kobietom, które żyją w tego typu strachu - komentował Marcin Kącki. - Zwłaszcza w małych miasteczkach kobieta zgwałcona jest postrzegana w sposób straszny, jak w powiedzeniu: "lepiej martwa, niż zgwałcona". To orzeczenie może zmienić sytuację.

- Jestem bardzo zadowolony z tego wyroku - podsumował dziennikarz. - To sygnał dla kobiet, że nie ma znaczenia, kim jest twój oprawca - proces poważnie potraktowany przez sąd nie może prowadzić do wyroku w zawieszeniu za "ktoś kogoś pomacał". Dziś kończy się pewna epoka w Polsce, w której molestowanie seksualne postrzegane jest jako fantazyjne zabawy kilku samców - podsumował Kącki.

DOSTĘP PREMIUM