Wybory 2010. Po debacie: remis ze wskazaniem na Komorowskiego

Debata między Bronisławem Komorowskim a Radosławem Sikorskim pokazała przede wszystkim, jak podobni są w stylu uprawiania polityki - a właśnie zmiany stylu najbardziej oczekują Polacy od przyszłego prezydenta. Podkreśliła różnice, które i tak już znamy. Merytorycznie nie wniosła wiele nowego, co jest zasługą przede wszystkim dobierających pytania: były bardzo sztampowe, a momentami infantylne.
Komorowski czy Sikorski? Zobacz debatę!


Debata nie pokazała - jak przekonywał sam Komorowski i niektórzy relacjonujący - podziału na model prezydentury krajowej (Komorowski) i zagranicznej (Sikorski) - czytaj relację minuta po minucie z debaty.

Już na samym początku, w słowie wstępnym kandydatów, widać było inny podział: szef MSZ chciał pokazać Polakom, iż dobry prezydent to przede wszystkim taki, który wzmocni pozycję Polski za granicą. A marszałek - że to polityk dojrzały, który nie dzieli, a stara się znaleźć złoty środek między różnymi celami i racjami różnych grup, także - między celami polityki krajowej i zagranicznej. Wyraźnie widać też było drugi podział chętnie podkreślany przez Sikorskiego, ale ze szkodą dla niego: na młodego, ambitnego i nieco niecierpliwego dyplomatę oraz dojrzałego, spełnionego już i bardziej zachowawczego lidera partyjnego.

Prawie jak Martin Luther King. Prawie...

Obydwaj kandydaci wypadli poprawnie jako mówcy. Sikorski minimalnie gorzej: częściej czytał z kartki, nieco mniej stabilnie modulował też głos. Na początku umiejętnie (prawie jak Martin Luther King) podkreślił to, co łączy go z Komorowskim - "wspólne marzenie" o wolnej Polsce, które mieli przed 1989.

- W XXI wieku to marzenie nie wystarcza - mówił sugerując, że to on może pomóc Polsce osiągnąć obecnej cele: silną pozycję w Europie i na świecie coraz większy udział w decyzjach UE. - Moja prezydentura zmusi Europę do spojrzenia na nas innymi oczyma, pokaże naszą energię - mówił Sikorski. Wyuczony, czytający z kartki.

Komorowski swobodnie nawiązał do wypowiedzi poprzednika, który starał się już na początku zarysować podział stary-młody. Podkreślił, że mieli wspólne marzenia, co oznacza, że są z jednego pokolenia, a podział prezydentury na krajową i zagraniczną to błąd: - Pachnie to spółką eksport-import, a nie - nowoczesną wizją państwa.

Komorowski - w odróżnieniu od pozującego na nowoczesnego Sikorskiego - pokazał siebie jako człowieka kompromisu, dla którego prezydentura to budowanie porozumienia, równowagi między różnymi racjami, celami polityki wewnętrznej i zagranicznej, a także obrona swobód obywatelskich.

Pozwolił też sobie na lekki pstryczek w nos konkurenta: - Droga na najwyższego urzędu w państwie powinna prowadzić przez dokonania, nie - ambicje.

Kaczyński=kompromitacja, prawybory=sukces. Tu zgoda

Obydwaj kandydaci podkreślali różnice między sobą głównie przy okazji dodatkowych uwag, drobnych przytyków czy nawet złośliwości wygłaszanych w odpowiedzi na poprzednią wypowiedź przeciwnika, ale często poza głównym nurtem rozmowy.

A w głównym nurcie - jeśli nie przypochlebiali się sobie - to przynajmniej gładko podkreślali to, co ich łączy przede wszystkim w sposobie uprawiania polityki: "prawybory to sukces PO", do którego oni sami się przyczyniają ("Debata, o którą dla was zabiegałem" - Sikorski), obecny prezydent sprawuje urząd w złym stylu - za dużo wetuje, "kompromituje Polskę" ("wojna o krzesła" - Komorowski), a nasza przyszłość to Europa.

Pierwsza różnica pojawiła się przy pytaniu o kohabitację z rządem - obaj zgodzili się, co prawda, że politykę europejską kształtuje rząd, ale... - Nigdy nie wezmę udziału w walce o krzesła i samoloty, bo to kompromitacja - powiedział Komorowski, podkreślając, że prezydent współdziała z rządem w zakresie polityki zagranicznej. Nie zgodził się z wieloma medialnymi wypowiedziami Sikorskiego, podkreślając, że to nie prezydent ma kształtować politykę zagraniczną.

Szef MSZ z kolei powtarzał, że jako prezydent chciałby być aktywny w kształtowaniu polityki zagranicznej (mówił nawet o utworzeniu przy prezydencie specjalnego ciała, które określałoby jej cele na wiele lat do przodu) - a to jest sprzeczne z planami Donalda Tuska, który chciałby prezydenta realizującego plany rządu. Komorowski wykorzystał to dziś, choć delikatnie i w sposób być może niezauważalny dla telewidza.

Przytyki ministra i kontry marszałka

Sikorski natomiast sprytnie nie odniósł się bezpośrednio do "kształtowania", podkreślił tylko: - Prezydent reprezentuje Polskę przed całym świtem, a to reprezentowanie wymaga pewnych kwalifikacji - sugerując, który z kandydatów je posiada, a który nie.

Merytorycznie odnosząc się do pytania dodał tylko, że jako prezydent będzie chciał jeździć na szczyty ONZ i NATO, a sprawy europejskie pozostawi rządowi.

To, że ma lepsze niż Komorowski umiejętności w reprezentowaniu Polski za granicą, podkreślił raz jeszcze, gdy padło pytanie internauty o cel pierwszej wizyty zagranicznej. Komorowski: - Przyszłość Polski to UE. Więc albo Bruksela, albo Wilno, jako przypomnienie naszej polskiej roli w budowaniu Europy pozbawionej granic.

Sikorski: - Ja do Wilna bym pojechał, jak tylko Litwa zatwierdzi prawo o oryginalnej pisowni nazwisk. Do Brukseli warto pojechać. I zadajmy sobie pytanie, jak nawiązać bezpośredni kontakt z tamtymi politykami i kogo powinniśmy tam wysłać, by z Nicolasem Sarkozym lub Angelą Merkel w bezpośredniej rozmowie lub w kuluarach bronił polskich racji.

- Chciałem pana ministra uspokoić: ja z panem van Roympuyem nawiązałem już kontakt dawno temu, bo był przewodniczącym parlamentu - odciął się Komorowski. To on częściej niż Sikorski bezpośrednio odpowiadał na uwagi przeciwnika, co nieco ożywiało tę uładzoną i pełną oczywistych pytań debatę. Pokazywało też, że Komorowski czuje się w debacie swobodniej, ma dobry refleks i bardziej stara się nawiązać dyskusję - w czym w ogóle nie pomagali prowadzący, którzy jedynie lepiej (Joanna Mucha) lub gorzej (Sławomir Nowak) wygłaszali pytania.

Nieszczęsne in vitro, czyli w czym kandydaci różnią się najbardziej

Krótka dyskusja nawiązała się też między kandydatami przy pytaniu o aborcję i in vitro. Komorowski: - Mam ugruntowane poglądy, ale prezydent musi reprezentować opinię społeczną. (...) Jestem przeciw karze śmierci, eutanazji i aborcji, choć obecne rozwiązanie uważam za znakomity kompromis i będę go bronił. Za testamentem życia i in vitro. Wiele młodych par w Polsce nie może doczekać się dziecka. Bezdusznością byłoby skazywanie tych ludzi na brak nadziei.

Sikorski zacytował - jak twierdzi - Władysława IV: - "Nie jestem królem sumień waszych", tu liderzy nie powinni narzucać dyscypliny - uważa. Powiedział, co prawda, że jest przeciw karze śmierci, ale "trudno byłoby zarzucać" państwu polskiemu, że źle zrobiło skazując na śmierć komendanta obozu Auschwitz (Rudolfa Hoessa - przyp. mar) czy też oczekiwać, że Amerykanie nie skażą na śmierć Osamy bin Ladena, jeśli go złapią. Sprytny zabieg retoryczny - pod publiczkę i zgodnie z przekonaniami tzw. szarego Polaka.

Kandydaci pokazali też, że różnią się ws. in vitro - co już wiemy: Sikorski - jak Gowin - nie chce finansowania zabiegów z budżetu, Komorowski jest za finansowaniem przez państwo. - To inwestycja dla państwa. Ale cieszę się, że pan minister odróżnił się od Jarosława Gowina - zauważył złośliwie marszałek.

Sikorski odwdzięczył się przy odpowiedzi na pytanie o kandydata na szefa Kancelarii po ewentualnej wygranej w wyborach. - Mogę powiedzieć, kto nie będzie szefem mojej kancelarii. Nie będzie Janusz Palikot - powiedział Sikorski z uśmiechem.

- Na pewno nie będzie szefem kancelarii Roman Giertych. Na sto procent. Gwarantuję - z uśmiechem odwdzięczył się Komorowski sugerując, że Giertych, Gowin, Sikorski...

Komorowski nieco lepiej

Obydwaj zgodzili się co do tego, że trzeba obciąć wydatki Kancelarii Prezydenta i że obecny prezydent wydaje za dużo na obstawę, etaty itp. Zgodzili się też, że za dużo wetuje i że "samo weto jest w Polsce zbyt silne" i że upadły przez nie dobre ustawy. - Chciałbym nic nie wetować - powiedział Sikorski.

- Zaproponowałem, by podstawą dyskusji nad zmianą konstytucji był projekt byłych szefów TK, których nie można posądzić o szaleństwo. Szaleństwa w polityce zdarzają się zwłaszcza przed wyborami - stwierdził Komorowski.

Rację miała Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiadając, że kandydaci PO w prawyborczej kampanii do oczu skakać sobie nie będą, jak Obama i Clinton. Debata była więc - jak na amerykańskie standardy - słaba, ale może to i dobrze. Zrażeni do polityki Polacy mogą dzięki temu docenić instytucję prawyborów, jako coś nie tylko jako przejaw nowoczesności i demokratyzacji polskich partii, ale ucywilizowania naszej sceny politycznej.

Sama debata wypadła bardzo poprawnie, pytania dobrane były bardziej niż poprawnie. Z tych nadesłanych przez internautów wybrano chyba najbardziej infantylne (z ostentacyjnym podkreśleniem nicków Anki i Kaczorka). Telewidz nie dowiedział się nic np. o tym, co i czy coś w ogóle Radosław Sikorski sądzi o problemach służby zdrowia, zadłużeniu, ubezpieczeniach społecznych. A w końcu nie samą Brukselą prezydent żyje.

Lepiej, choć nieznacznie lepiej, wypadł Komorowski. Właśnie dlatego, że już w swoim kilkuminutowym wystąpieniu wstępnym nie zajął się tylko Brukselą. Nie skupiał się też na własnym wizjach i ambicjach, podkreślając, że prezydent powinien przynajmniej próbować być prezydentem wszystkich Polaków - nie tylko tych nowoczesnych - i godzić różne racje i interesy. Nieco lepiej radził też sobie retorycznie i - niespodziewanie - wypadł swobodniej niż szef MSZ.

Sikorski z kolei dobrze maskował swoje słabe strony, a podkreślał mocne - unikał mówienia "kształtowaniu" polityki zagranicznej, sprytnie pominął temat aborcji, starał się też pokazać, że jest bardziej obyty w dyplomacji niż konkurent. Zaliczył kilka celnych strzałów, a to odbiorcy zapamiętują niekiedy lepiej niż pozytywne ogólne wrażenie.

Bronisław Komorowski kontra Radek Sikorski - zobacz cała debatę!


Sikorski czy Komorowski? Kto wypadł lepiej?

DOSTĘP PREMIUM