Pospieszalski ws. krzyża: Zawsze można się odwołać do rozwiązania siłowego

Jan Pospieszalski insynuuje, że przeciwnicy krzyża przed Pałacem Prezydenckim zachowują się jak PRL-owscy propagandyści. "Nie ma co liczyć, że ludzka pamięć i uczucia powędrują na inne miejsce" - przekonuje publicysta na łamach "Rzeczpospolitej".
Jan Pospieszalski swoim obszernym komentarzu w "Rzeczpospolitej" cytuje list jednego z mieszkańców Krakowskiego Przedmieścia do reżyserki Ewy Stankiewicz: "Od czwartku są oni (obrońcy krzyża, a także sam krzyż) celem spektakularnych ataków młodzieżowych "delegatów", podchmielonych "łysych pał", a także starszych panów, którzy kojarzą mi się jednoznacznie" - pisze mężczyzna, który twierdzi, że obrońcy krzyża są atakowani nie tylko werbalnie.

Współautor filmu "Solidarni 2010" nie rozumie, dlaczego tak bardzo nienawidzona jest wspólnota, która wytworzyła się po katastrofie smoleńskiej. "Przebudzenie wspólnoty, która zamanifestowała swoją więź z Polską i z Historią, z państwem, z jego instytucjami, trzeba wyciszyć i uśpić. Objawienie się Narodu z jego niesamowitą zdolnością do współodczuwania należy ośmieszyć. Poruszenie świadomych obywateli, ale i żałobników, którzy straszną tajemnicę śmierci 96 swoich rodaków wyrażają wobec siebie i składają pod krzyżem, trzeba wydrwić i unieważnić" - takie zadanie, według Pospieszalskiego, stawiają sobie przeciwnicy krzyża.

"Puryści prawni, urbanistyczni esteci, usłużni - dyżurni kapłani"

Pospieszalski przypomina, że podobnie atakowano jego i Ewy Stankiewicz film. "Uruchomiona została agresja na niespotykaną skalę. Kłamstwa, oszczerstwa, dzika lustracja wypowiadających się osób - tropienie w filmie aktorów, radnego PiS, rolników z kredytami przypomina mi ataki peerelowskiej propagandy na działaczy opozycji z czasów stanu wojennego". Według Pospieszalskiego tak nerwowo reaguje "tylko ktoś, kto boi się wspólnoty - ktoś, kto nią gardzi albo czuje się wobec niej obco. Pewnie tak czuli się wobec Polaków Sowieci i ich lokalni reprezentanci" - pisze publicysta.

"Puryści prawni, urbanistyczni esteci, usłużni - dyżurni kapłani, obrońcy demokratycznych procedur i strażnicy państwowego porządku, którym ten krzyż na Krakowskim tak bardzo przeszkadza, powinni się zastanowić, czy to jest najpilniejsze wyzwanie, przed jakim po 10 kwietnia stanęły lub zostały postawione władze Rzeczypospolitej i jej obywatele?" - pyta Pospieszalski.

"Ludzka pamięć nie powędruje w inne miejsce"

Jan Pospieszalski jest przekonany, że pomimo decyzji o likwidacji krzyża przed Pałacem Prezydenckim, ludzie nadal będą tam przychodzić. "Nie ma co liczyć, że ludzka pamięć i uczucia powędrują na inne miejsce". Przynajmniej póki nie powstanie pomnik poświęcony ofiarom, a katastrofa nie zostanie w pełni wyjaśniona.

Zdaniem Pospieszalskiego niewykluczone jest, że władze - niechętne wspólnocie na Krakowskim Przedmieściu - odwołają się do rozwiązania siłowego. "Biorąc pod uwagę dziwną słabość prezydenta elekta Bronisława Komorowskiego do środowiska peerelowskich resortów siłowych, wcale nie należy tego wykluczać" - przewiduje twórca programu "Warto rozmawiać".



DOSTĘP PREMIUM