Obrady zespołu Macierewicza. Wdowa po Mercie: "Bóg zapłać"

Od odczytania pisma złożonego do marszałka Schetyny rozpoczęły się kilka minut po 14.30 obrady zespołu Macierewicza, ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. "Czy chciałby pan, żeby ktoś wyśmiewał pańskie zmarłe dziecko lub żonę?" - pytają w nim niektóre rodziny ofiar katastrofy. - Prokuratura traktuje nas jak zło konieczne, a nie jak sojuszników - mówiła podczas spotkania żona jednej z jej ofiar, Magdalena Merta.
- Chciałabym podziękować wszystkim państwu za wolę zajmowania się katastrofą smoleńską - zaczęła Magdalena Merta, wdowa po wiceministrze Tomaszu Mercie. - W wielu sytuacjach doznajemy uczucia opuszczenia i to, co robicie, ma dla nas ogromna wagę. Serdeczne Bóg zapłać - dodała.

Merta odczytała także pismo, które Stowarzyszenie Rodzin Katyń 2010 złożyło do marszałka Schetyny. - Zwracamy się z prośba o wyciągniecie konsekwencji wobec Janusza Palikota. Pan Palikot od dłuższego czasu znieważa naszych bliskich - czytała Merta. - Zachowanie takie generuje dodatkowy ból w naszej i tak trudnej sytuacji. Niszczy wartości, w których jako Polacy zostaliśmy wychowani. Hańbi parlament Rzeczypospolitej Polskiej - wymieniała. - Odwołujemy się także do pana sumienia pytając, czy pan chciałby, żeby ktoś wyśmiewał pańskie zmarłe dziecko lub żonę? - pyta stowarzyszenie w piśmie do marszałka.

Magdalena Merta zaznaczyła jednak, że nie wszyscy w parlamencie są tacy, jak Palikot i że jego działania traktują jako ewenement. Dziękowała parlamentarzystom PiS za utworzenie zespołu i wolę zajęcia się sprawą smoleńską. Posiedzenie zespołu PiS poświęcone jest rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej.

Wdowa po zmarłym tragicznie wiceministrze mówiła długo na temat sekcji zwłok ciała jej męża oraz sposobu, w jaki potraktowano pamiątki po nim.

"To nie pamiątka, to relikwia"

- Ubrania, które nie znajdowały się na zwłokach, a zostały rozrzucone w miejscu katastrofy zostały zwiezione do Mińska Mazowieckiego w czarnych, śmieciowych workach. Tam mieliśmy możliwość identyfikacji. To było wstrząsające przeżycie. Tych ubrań były hałdy, była nawet bielizna osobista, stoły pełne zegarków, okularów - mówiła Merta.

Gość komisji mówiła także o działaniach prokuratury prowadzących do zniszczenia rzeczy pozostałych po ofiarach. - Było pragnienie zniszczenia tych rzeczy. Nie doszło do tego i te rzeczy istnieją - mówiła. - Ja po zakończeniu śledztwa będę bardzo chciała odzyskać ubrania mojego męża. Dla mnie to nawet nie jest pamiątka, to będzie relikwia - podkreśliła wdowa.

Zaznaczyła także, że "nie przemawiają do niej argumenty sanitarno-epidemiologiczne". - Wiem doskonale, że takie rzeczy można poddać odkażaniu. Jestem gotowa na zrobić to na własny koszt - dodała.

Melak ma także zastrzeżenia, co do procesu identyfikacji ciała jej męża.- Nie wiem, kto identyfikował ciało mojego męża, do dziś nie przedstawiono nam dokumentów. Mamy wątpliwości co do prawidłowości przeprowadzonej identyfikacji. Zaznaczyła, że takiej identyfikacji dokonał urzędnik z polskiej ambasady, a ten rzadko kontaktował się ze zmarłym ministrem i nie mógł go prawidłowo rozpoznać. Jak podkreśliła, osoby, które identyfikowały zwłoki, nie musiały znać osób, które rozpoznawały. Jako przykład podała początkowo błędną identyfikację zwłok Przemysława Gosiewskiego.

Merta tłumaczyła, że jest to jeden z powodów, dla których część rodzin ofiar będzie domagała się przeprowadzenia ekshumacji. - Nie wszyscy wierzymy w prawidłowość identyfikacji, zaskakują nas relacje tych rodzin, które były w Moskwie i którym powiedziano, że Rosjanie nie honorują polskich próbek DNA i nie będą wykonywać żadnych testów - zaznaczyła. Jak dodała, pobieranie próbek to był bardzo ciężki moment dla rodzin ofiar, a te próbki się do niczego nie przydały. - To szokujące - podkreśliła.

"Można się posiłkować sprawą Pyjasa"

Mówiła też, że już w Polsce trumny z ciałami ofiar nie zostały otwarte, a zwłoki nie poddane sekcji w obecności polskich lekarzy i patomorfologów, co - w jej opinii - było złamaniem prawa. Jak mówiła, wielu rodzinom "wmawiano", że nie można dokonać otwarcia trumien. - Tutaj można się posiłkować sprawą Stanisława Pyjasa, którego sekcja po tak wielu latach wyjaśniła okoliczności śmierci. Wierzymy, że w naszym wypadku może być podobnie - oceniła Merta. Zwróciła też uwagę, że wciąż na miejsce katastrofy nie pojechała ekipa polskich archeologów. Jak oceniła, taka grupa fachowców mogłaby znaleźć szczątki ciał i fragmentów rozbitego samolotu.

Jej zdaniem, sprawą bardzo zastanawiającą jest też fakt, że do Polski nie został jeszcze sprowadzony wrak TU-154. - Dlaczego nie ma woli przywiezienia go do Polski, dlaczego nie ma woli wyzbierania do ostatniej śrubki jego szczątków z miejsca katastrofy? - pytała.

Oprócz Merty w posiedzeniu komisji wzięli także udział Andrzej Melak, brat przewodniczącego Komitetu Katyńskiego Stefana Melaka oraz Jerzy Mamontowicz i Irena Kazimierczuk - brat i siostra Bożeny Mamontowicz-Łojek, szefowej Polskiej Fundacji Katyńskiej i założycielki Federacji Rodzin Katyńskich.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM