Powołanie komisji konstytucyjnej. "Przekroczyliśmy Rubikon"

Sejm powołał dzisiaj komisję nadzwyczajną do rozpatrzenia projektów zmian w konstytucji i projektów ustaw z nimi związanych. W jej skład weszło 19 posłów. Szefem komisji został Jarosław Gowin. - Wątpię, żebyśmy zdążyli przez rok przeprowadzić te zmiany - komentował propozycje wprowadzenia zmian w konstytucji w Komentarzach TOK FM dr Piotr Bielarczyk, adiunkt na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.
Dzisiaj Sejm powołał komisję nadzwyczajną, która ma się zająć rozpatrzeniem projektów zmian w konstytucji. Na jej czele stanął poseł Platformy Obywatelskiej Jarosław Gowin. W Komentarzach Radia TOK FM Anna Laszuk pytała dr. Piotra Bielarczyka, adiunkta na Wydziale Prawa i Administracji UW, czym jest polska konstytucja i jak trudne będzie wprowadzenie w niej zmian.

- Konstytucja jest ustawą, ale ustawą specjalną - tłumaczył dr Bielarczyk. - Podobnie jak w przypadku innych ustaw, także w jej wypadku do uchwalenia zmiany konieczne jest przeprowadzenie prac komisji. Przy czym komisja konstytucyjna jest o tyle specyficzna, że twórcy regulaminu Sejmu, który reguluje jej działalność, wymagają, żeby odzwierciedlone były w niej proporcje sił politycznych. I to pierwsza sprawa. Druga to taka, że w ramach komisji konstytucyjnej mają być powołane zespoły ekspertów. Jej specyfiką jest również to, że wymaga się w jej wypadku większych większości przy przygotowywaniu sprawozdania czy uchwały, niż w przypadku zwykłej komisji - większości dwóch trzecich głosów. To wskazuje, że potrzebne jest osiągnięcie porozumienia większego, niż to w obrębie dzisiejszej koalicji rządzącej - dodał.

Prezydent nie może...

- Po pracach komisji musi być przeprowadzone postępowanie legislacyjne - tłumaczył dr Bielarczyk. - Najpierw w Sejmie, potem w Senacie, następnie trafia to wszystko na biurko prezydenta. Przy czym różnica w porównaniu ze zwykłym postępowaniem legislacyjnym jest też taka, że o ile przy zwykłym postępowaniu legislacyjnym Senat może wprowadzić poprawki do ustawy przekazanej przez Sejm, o tyle tutaj w przypadku postępowania w sprawie zmiany konstytucji, Sejm i Senat muszą podjąć jednomyślne uchwały. Jeżeli Senat odrzuci projekt ustawy przekazanej przez Sejm, to w takim wypadku cały proces legislacyjny zmiany konstytucji się kończy.

- Drugą istotną różnicą jest to, że o ile w przypadku zwykłej ustawy prezydent ma trzy możliwości: może ustawę podpisać, może ustawę zawetować, czyli mówiąc językiem konstytucji odesłać do ponownego rozpoznania, albo ustawę skierować do Trybunału Konstytucyjnego - kontynuował Bielarczyk. - W wypadku zmiany konstytucji odbywa się to w ten sposób, że ustawa ma być podpisana przez prezydenta. Prezydent jest pozbawiany prawa do zgłoszenia weta, jest także co do zasady pozbawiany możliwości odesłania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego.

"Nie ma potrzeby obligatoryjnego referendum. Przecież parlament został wybrany demokratycznie"

Adiunkt na Wydziale Prawa i Administracji UW tłumaczył również różnice pomiędzy ewentualną zmianą konstytucji teraz, a przyjęciem konstytucji w 1997 roku. - Okoliczności, które towarzyszyły uchwaleniu obecnej konstytucji były takie, że również wtedy w parlamencie było kilka ugrupowań. Cała procedura przyjęcia konstytucji odbywała się na podstawie ustawy z 1992 roku, ale wtedy różnica polegała na tym, że prace były zlokalizowane w Zgromadzeniu Narodowym - mówił. I dodał: - O ile dzisiaj komisja konstytucyjna jest powoływana w ramach Sejmu, o tyle wtedy komisje konstytucyjną powołało Zgromadzenie Narodowe. Potem, zgodnie z ustawą o przyjęciu nowej konstytucji, odbyło się referendum w 1997 roku. W konsekwencji od jesieni 1997 roku mamy nową konstytucję.

A dzisiaj? - Teraz jest możliwość przeprowadzenia referendum w sprawie zmian, ale z pewnym zastrzeżeniem: co do zasady referendum nie jest trybem przyjęcia zmiany w konstytucji, chyba że zmiana dotyczy rozdziału pierwszego, który nazywa się "Rzeczpospolita", rozdziału drugiego mówiącego o prawach, wolnościach i obowiązkach obywatelskich, oraz rozdziału 12, który mówi o samej zmianie konstytucji - tłumaczył dr Bielarczyk. - W obecnej sytuacji referendum jest możliwe, aczkolwiek ma charakter fakultatywny, czyli jeżeli nikt nie zgłosi wniosku, żeby to referendum zostało przeprowadzone, to go nie będzie.

W 1997 roku referendum było niezbędnym elementem procedury przyjęcia konstytucji. - Ale mieliśmy też inną sytuację - mówił Bielarczyk. - Proszę pamiętać, że obowiązywała wtedy jeszcze konstytucja z 1952 roku. Kadłubowo, bo część przepisów była uchylona. Obowiązywały też późniejsze przepisy, takie jak te zawarte w małej konstytucji i aktach składających się na cały system konstytucyjny. Dzisiaj sytuacja jest inna - konstytucja obecna jest aktem przyjętym w procedurze demokratycznej. Stąd, skoro parlament, który ją przyjmuje i przyjmuje zmiany do niej, również pochodzi z demokratycznego wyboru, to nie ma potrzeby wprowadzania obligatoryjnego trybu referendalnego - podkreślił doktor nauk prawnych.

"Szansa na zmianę konstytucji jest, ale..."

- Czy w pana przekonaniu te szanse dokonania zmiany w konstytucji istnieją? - dopytywała Anna Laszuk. - Szansa oczywiście jest, ale patrząc na terminy, które są wskazane w konstytucji i w regulaminie Sejmu, patrząc na niezbędne większości w postaci dwóch trzecich głosów chociażby na komisji konstytucyjnej, żeby możliwe było dalsze procedowanie, wydaje się, że proces dochodzenia do jakiegoś wspólnego stanowiska będzie długi - odpowiadał Bielarczyk. - Przez to rok, który pozostał do kolejnych wyborów, w moim przekonaniu jest czasem niewystarczającym, żeby przyjąć zmiany w konstytucji. Tym bardziej, że są to zmiany, przynajmniej mówiąc o zmianach dzisiaj proponowanych, daleko idące.

Jakie to zmiany? - Przynajmniej dziś wiemy tyle, że jednymi z pomysłów są: zmniejszenie liczby posłów, zmniejszenie liczby senatorów, zmiana ordynacji do Sejmu z proporcjonalnej na większościową oraz uchylenie immunitetu formalnego. To co wymieniłem, a jest to zaledwie jedna trzecia wszystkich zmian, wyraźnie wskazuje, że mamy do czynienia ze swoistą rewolucją w naszym systemie konstytucyjnym. A taka gwałtowna zmiana nie jest właściwa dla konstytucji. To wymaga przemyślenia, przedyskutowania, to wymaga wielu spotkań. A to, krótko mówiąc, wymaga dużo czasu.

"Nie podzielam optymizmu dotyczącego obecnej konstytucji"

- Partie przygotowały się do zmian i w lutym 2010 roku Platforma Obywatelska wniosła do Sejmu projekt zmiany konstytucji - przypomniał dr Bielarczyk. - Już wtedy pojawiły się pierwsze głosy ekspertów, analizy. No ale potem był kwiecień 2010 roku i na dobre pół roku temat zmian konstytucji przestał być interesujący. Mieliśmy zbyt wiele problemów bieżących na tle obecnie obowiązującej konstytucji, aby móc zastanawiać się nad jej zmianą. Zresztą moim zdaniem jesteśmy jeszcze za świeżo po tym, co działo się od kwietnia, aby zdobyć się na chłodną refleksję, aby zastanowić się co wynika dla naszego systemu konstytucyjnego z tego, co obserwowaliśmy.

- Jakie zauważyliśmy błędy pana zdaniem w obecnej konstytucji? - dopytywała Anna Laszuk. - Pojawiały się komentarze, że konstytucja się sprawdziła, że oto państwo gładko przeszło tę sytuację. Ja nie podzielam tak optymistycznej wizji funkcjonowania konstytucji. Problem, który moim zdaniem jest szczególnie istotny, a nawet użyłbym słowa: bolesny, to jest kwestia przejścia obowiązków po śmierci prezydenta na marszałka Sejmu. Wielu konstytucjonalistów miało poważne wątpliwości co do tego, w jakim zakresie konstytucja umożliwia pełnienie obowiązku prezydenta RP przez tymczasowo zastępującego go marszałka Sejmu, ponieważ konstytucja mówi o obowiązkach, rozróżniając pojęcia obowiązków i kompetencji. Tymczasem spotkaliśmy się z takim rozumieniem tego przepisu, który oznaczał kompetencje. A kompetencje to więcej niż obowiązki. To coś więcej niż działania, które mają charakter czasowy i niezbędny.

- Druga sprawa to moment, do którego prezydent może być zastępowany przez marszałka Sejmu - kontynuował dr Bielarczyk. - Konstytucja używa bardzo niefortunnego określenia: do momentu wyboru nowego prezydenta marszałek Sejmu może tymczasowo zastępować prezydenta. No i znowu pojawia się pytanie: co po wyborze, a przed objęciem urzędu przez nowego prezydenta? Co w tym okresie? Po śmierci Lecha Kaczyńskiego przyjęto taką interpretację, że do momentu objęcia urzędu przez nowego prezydenta marszałek Sejmu wykonywał obowiązki prezydenta. Ale były głosy, także ja tak uważam, że konstytucja wyraźnie rozróżnia moment wyboru i moment objęcia urzędu. Zresztą to w projekcie nowelizacji konstytucji z lutego tego roku jest zauważone: konstytucja tutaj jest nieprecyzyjna. Także na pewno jeszcze wiele do opracowania w tym dokumencie jest i wątpię, żebyśmy zdążyli przez rok przeprowadzić te zmiany - podkreśli adiunkt na WPiA UW.

Kto ważniejszy: prezydent czy rząd? "To wymaga jeszcze przemyślenia"

Zdaniem Bielarczyka propozycja usunięcia zapisu z konstytucji, że prezydent jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej, budzi wątpliwości na tle relacji między prezydentem a prezesem rady ministrów i samą radą ministrów. - Mamy tzw. dualizm egzekutywy, czyli mamy władzę wykonawczą podzieloną na prezydenta i radę ministrów. Przez to cały czas jedni konstytucjonaliści reprezentujący stanowisko, że to jest sytuacja, w której jest prymat prezydenta nad radą ministrów i drudzy, którzy uważają, że jest odwrotnie, się spierają. Jak rozumiem, intencją pomysłodawców tej zmiany, czyli usunięcia postanowienia, że prezydent jest najwyższym przedstawicielem RP, jest przesądzenie o swoistym prymacie rady ministrów nad prezydentem. Ale to też wymagałoby kompleksowego rozważenia, bo nadal prezydent w tym projekcie ma pochodzić z wyborów powszechnych, a nie być wybierany przez Zgromadzenie Narodowe. To by wskazywało na jego silną pozycję w systemie konstytucyjnym, a tymczasem przy tej silnej pozycji pozbawia się go tytułu najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej. Wydaje się, że to wymaga jeszcze przemyślenia.

- A zmniejszenie liczby posłów z 460 do 300 to dobra propozycja? - dopytywała prowadząca Komentarze TOK FM. - W skali budżetu państwa oszczędza to niewiele pieniędzy, natomiast w skali organizacyjnej mam wrażenie, że 300 a nie 460 posłów jest liczbą dosyć przypadkową - odpowiadał Bielarczyk. - O ile można się zastanawiać, czy mamy za wielu posłów, o tyle ustalenie, że ma to być 200 posłów, 300, czy 400, czy 100, to jest to kwestia rozważenia całej formuły. Ustalenia, wedle jakich proporcji przyjmujemy akurat liczbę 300, a nie inną. O ile mogę uznać, że pomysł jest godny rozważenia, a nawet poparcia, o tyle znów warto się zastanowić nad konkretną liczbą - podkreślił znawca konstytucji.

- Mamy moment, w którym wszyscy już mentalnie przekroczyli Rubikon i zrozumieli, że trzeba zacząć prace nad zmianą konstytucji - uważa dr Piotr Bielarczyk. - Przez kilkanaście lat było formułowane stanowisko, że konstytucja nie powinna być zmieniana, że zmiana konstytucji jest sama w sobie czymś złym. Dziś właściwie nie zastanawiamy się już czy zmieniać, lecz jak zmieniać i kiedy zmieniać - podsumował.

DOSTĘP PREMIUM