Bardzo osobisty wywiad Kaczyńskiego w "Fakcie": "Myślę o nim..."

W rozmowie z "Faktem" Jarosław Kaczyński mówi, że był na grobie brata na Wawelu kilkanaście razy. Opowiada, jak po śmierci Lecha udawał go przed matką i wymyślał historie o jego podróżach. - To mnie bardzo dużo kosztowało. Momentami sam chciałem wierzyć w te opowieści, że Leszek żyje - podkreśla prezes PiS.
- Wiele mi zostało po bracie, krawaty a nawet słoniki na szczęście. Nad łóżkiem mam jego zdjęcie - opisuje swój dom na Żoliborzu Jarosław Kaczyński w wywiadzie przeprowadzonym przez "Fakt". Jak mówi, myśli o bracie setki razy dziennie i nie zapomina o nim ani na chwilę.

"Pierwszy prezydent z prawdziwego zdarzenia"

- Na Wawelu jestem często. Byłem już kilkanaście razy. Wtedy jest msza w podziemiach - gdy nie ma turystów, wcześnie rano lub wieczorem - opowiada Kaczyński. W wywiadzie prezes PiS mówi, że Wawel jest najbardziej zaszczytnym miejscem, w którym mógłby zostać pochowany jego brat, jako "pierwszy prezydent Polski po 1989 roku z prawdziwego zdarzenia: wykształcony, bez trudnych momentów w życiorysie, bez majątku niewiadomo skąd, a przede wszystkim broniący na poważnie polskiej racji stanu".

Jarosław udawał Lecha przed mamą

Prezes PiS szeroko opowiada też o tym, jak sprawił, że Jadwiga Kaczyńska przez 2 miesiące nie dowiedziała się o śmierci syna i synowej. - Mama brała mnie za Leszka - opisuje. Relacjonuje, jak przebierał się za brata. - Dbałem o każdy szczegół, by niczego nie spostrzegła. Gdy wchodziłem do szpitala, zdejmowałem czarny krawat i marynarkę i zmieniałem na inny kolor. Miałem kilka takich zestawów ubrań na zmianę - wyjaśnia. Było mu łatwiej, bo mama była "oszołomiona na skutek choroby". Wcześniej nigdy nie myliła braci. Rozróżniała nawet ich głosy.

Gdy stan Jadwigi Kaczyńskiej się poprawił, były premier opowiadał jej historie o podróżach brata. - Wymyśliłem podróż Leszka do Ameryki Południowej. Powiedziałem, że nie ma tam łączności telefonicznej i codziennie jeżdżę do Pałacu Prezydenckiego, by z nim porozmawiać przez telefon satelitarny - wyjaśnia. Jak mówi, była to wiarygodna historia, bo podróż była planowana.

- Snułem opowieści o kolejnych krajach, które odwiedza Leszek, o Peru, Argentynie... Ale to się z czasem wyczerpało - mówi Kaczyński. Razem z dyrektorem szpitala wymyślili dalszy ciąg historii. Z powodu wybuchu islandzkiego wulkanu Lech Kaczyński nie mógł wrócić do Polski samolotem i płynął statkiem z Meksyku. - Opisywałem rejs, że było za mało kajut, że trzeba było je dzielić między wiele osób, że wynikały z tego kłótnie na pokładzie - czytamy w "Fakcie". - To mnie bardzo dużo kosztowało. Momentami sam chciałem wierzyć w te opowieści, że Leszek żyje - mówi prezes PiS.

"Gdybym był premierem, nie byłoby katastrofy"

Jarosław Kaczyński twierdzi, że gdyby był premierem, do smoleńskiej katastrofy by nie doszło. - Nie dopuszczamy do podzielenia obchodów. Prezydent leci razem z premierem i państwo polskie odpowiednio zabezpiecza wizytę - opisuje hipotetyczną sytuację w której jest premierem. Gdyby jednak do katastrofy doszło, dla Jarosława priorytetem byłoby ściągnięcie samolotu do Polski i nieprzyjęcie konwencji Chicagowskiej - Od razu startuję do Smoleńska, kilka godzin wcześniej niż to zrobił Tusk. Stanowczo żądam, by ciała ofiar przewozić do Polski, a nie do Moskwy i aby wrak sprowadzić do kraju. Nie godzę się na konwencję chicagowską - zakłada prezes.

W wywiadzie Jarosław Kaczyński mówi także, że nie żałuje wystąpienia "do przyjaciół Rosjan", które wygłosił w kampanii prezydenckiej. - Nie zwracałem się do rosyjskich elit. Mówiłem do zwykłych Rosjan, którzy nam współczuli - wyjaśnia Kaczyński.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM