Brudziński: To nie my wywołaliśmy awanturę pod Pałacem Prezydenckim

- Ani Bronisław Komorowski, ani Donald Tusk nie chcieli stanąć przy ramieniu tych, którzy chcieli uczcić pamięć śp. pana prezydenta i wszystkich, którzy w tej katastrofie zginęli - uważa Joachim Brudziński z komitetu politycznego Prawa i Sprawiedliwości. Mówił w Poranku TOK FM m.in. o planowanych przez PiS obchodach rocznicy katastrofy smoleńskiej. 10 kwietnia w wypadku polskiego Tu-154M zginęło 96 osób, w tym m.in. prezydent Lech Kaczyński.
Dzisiaj "Gazeta Wyborcza" pisze, że Prawo i Sprawiedliwość, nie czekając na plan oficjalnych państwowych uroczystości pierwszej rocznicy katastrofy smoleńskiej, szykuje własne. Delegacje PiS złożą kwiaty m.in. pod Pałacem Prezydenckim na warszawskim Krakowskim Przedmieściu. - Nie wiemy, jakie plany ma premier Tusk czy prezydent Komorowski. Nie oglądamy się na to - mówi w rozmowie z "GW" Joachim Brudziński.

- Ani Bronisław Komorowski, ani Donald Tusk nie chcieli stanąć przy ramieniu tych, którzy chcieli uczcić pamięć śp. pana prezydenta i wszystkich, którzy w tej katastrofie zginęli - doprecyzował w Poranku TOK FM członek komitetu politycznego Prawa i Sprawiedliwości. Twierdził: - To nie my wywołaliśmy awanturę pod pałacem prezydenckim, to nie my konsekwentnie dezawuowaliśmy pamięć tych, którzy tam polegli. To nie Jarosław Kaczyński, tylko Bronisław Komorowski podjął decyzją o usunięciu krzyża sprzed pałacu prezydenckiego.



Zdaniem Brudzińskiego Bronisław Komorowski, Hanna Gronkiewicz-Waltz i Donald Tusk robią wszystko, żeby na Krakowskim Przedmieściu nie powstał pomnik Lecha Kaczyńskiego i wszystkich, którzy w katastrofie smoleńskiej zginęli. - Do dzisiaj co miesiąc 10 kwietnia odgradzane jest miejsce, gdzie harcerze ustawili krzyż. Rząd najchętniej potraktowałby tę tragedię tak jak włamanie do garażu na Pradze. Pałac Prezydencki, miejsce na Krakowskim Przedmieściu, wybrali Polacy. To, że rząd tak konsekwentnie próbuje to miejsce Polakom odebrać z pamięci, jest czymś absolutnie niedopuszczalnym - stwierdził polityk PiS.

Zmiany w systemie emerytalnym. "Kreatywna księgowość"

Wczoraj na konferencji prasowej minister Michał Boni przedstawił rządowy projekt zmian w systemie emerytalnym. Od kwietnia tego roku gabinet Donalda Tuska chce, aby składka do OFE zmniejszyła się z 7,3 proc. do 2,3. Zachowane w ten sposób 5 proc. miałoby trafiać na indywidualne konta w ZUS.

Z potrzebą zmian zgadza się Prawo i Sprawiedliwość, jednak nie zgadza się z propozycją rządową. - Przedstawiliśmy własny projekt zmian dotyczących naszych emerytur - mówił w TOK FM Joachim Brudziński. - Byliśmy konsekwentni jak krytykowaliśmy OFE za przejadanie naszych pieniędzy, bo z wyliczeń różnych ekspertów wynika, że gdybyśmy dzisiaj mieli sięgnąć teraz po nasze pieniądze odłożone w ramach OFE, to tych pieniędzy byłoby tyle, co kot napłakał. Teraz problem jest taki, że jedni twierdzą, że na zmianach proponowanych przez rząd stracimy ok. 500 zł na miesięcznej emeryturze, natomiast zwolennicy uważają, że zyskamy 400 zł - podkreślił polityk PiS.



- Wiemy na pewno jedno: OFE okazały się nieefektywne w tym znaczeniu, że przejadały pieniądze przez wysokie prowizje, brak konkurencyjności i obligatoryjność kierowania środków do OFE. My dajemy Polakom nasz projekt dający wybór między OFE a ZUS - twierdził Brudziński.

- Rząd ma pomysł, aby z 7,3 proc. kierowanych do OFE 5 proc. przesunąć do ZUS. Jakie dobre efekty może to przynieść z perspektywy naszych portfeli? Ja nie widzę żadnych - kontynuował. - A ten główny argument, że zmniejszymy deficyt? Przecież są to zabiegi de facto kreatywnej księgowości. Chodzi tylko o to, że Komisja Europejska w ramach sumowania poszczególnych długów, które zwiększają nasz deficyt, nie księguje tego długu, który jest długiem emerytalnym.

- Ja zagłosowałbym przeciw projektowi rządowemu, ponieważ jestem przeciwny temu, aby rząd i minister Boni arbitralnie sięgał do mojej kieszeni, bo to są moje pieniądze i nie życzę sobie, żeby tak majstrować przy naszych kieszeniach - podkreślił członek komitetu politycznego PiS. - O ile gładko przechodzimy nad tym, że rządzący co innego mówią, a co innego robią, to jak przechodzimy do konkretów - jest kiepsko - podsumował Brudziński.



DOSTĘP PREMIUM