"Krzyż": jak dwie Polski nie umiały rozmawiać

W stołecznym kinie Kinoteka tłok, do wejścia są dwie osobne kolejki: na filmy z repertuaru i na specjalny premierowy pokaz filmu "Krzyż". Produkcja Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego to dalszy ciąg głośnego filmu "Solidarni 2010" - subiektywnego obrazu wydarzeń pod Pałacem Prezydenckim w pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej. Nowy dokument to historia krzyża, postawionego tam przez harcerzy jako apel o wzniesienie pomnika ofiar. Historia, po obejrzeniu której widz ma nie mieć wątpliwości, kto ma rację w tym sporze.
Przez wiele miesięcy pod krzyżem Polacy modlili się, zapalali znicze, przynosili kwiaty - i kłócili się. Krakowskie Przedmieście stało się areną comiesięcznych obchodów ku czci ofiar katastrofy i gorących sporów o to, kto jest winien tragedii smoleńskiej i czy śledztwo ws. jej wyjaśnienia jest prowadzone właściwie. Od początku powstał problem: co zrobić z krzyżem. Środowiska skupione wokół PiS żądały jego pozostania przed pałacem do czasu budowy tam pomnika na cześć ofiar katastrofy. Środowiska bliższe prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu i Platformie Obywatelskiej argumentowały, że lepszym miejscem dla krzyża będzie kościół.

Premiera "Krzyża": brawa i śmiechy na sali

Na premierowym pokazie "Krzyża" dominują ci pierwsi. W pierwszym rzędzie siedzą autorzy filmu. Jest też redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz, jest poseł PiS Antoni Macierewicz. Na sali kinowej pełen przekrój wiekowy - młodzi, w średnim wieku, starsi. Przyszły całe rodziny. 90-minutowy obraz jest pełny emocji, które udzielają się wypełnionej do ostatniego miejsca sali.

- Jesteśmy tutaj, bo wciąż nas boli ta śmierć - mówi z ekranu jedna z pierwszych osób pokazanych w filmie, młoda dziewczyna. Garść cytatów: "Działania rządu każą wątpić w suwerenność państwa polskiego"; "Głosowałem na PO, bo pobieżnie przeglądałem informacje w mediach". "Jak można było tego polityka (Lecha Kaczyńskiego - M.G.) nazywać śmiesznym, nie liczącym się, jak zebrał prezydentów i powstrzymał inwazję Rosji na Gruzję" - to młody mężczyzna w czerwonym t-shircie. Sala bije brawo. Widać też, że autorzy postanowili uniknąć krytyki, która spadła na nich po premierze "Solidarnych 2010". Kiedy na ekranie zebrany pod Pałacem tłum wznosi dłonie z palcami ułożonymi w znak "Victorii" i krzyczy "Nie jesteśmy aktorami" (jednym z bohaterów "Solidarnych" był aktor Mariusz Bulski - M.G.), sala bije głośno brawo. Równie gromkie oklaski dostaje rezolutny kilkuletni chłopiec, który mówi, że stoi z flagą, żeby bronić krzyża.

- To nie jest spór o samolot, tylko o wartości, o tradycje, on trwa nie od dziś. To spór o to, na jakich fundamentach będziemy budować Polskę - mówi starszy mężczyzna w białej koszuli. Wypowiadający się ludzie podkreślają swoje wykształcenie i status społeczny: "Wyższa szkoła ekonomiczna". "Dziennikarka, studentka, o poglądach wolnościowych, prawicowych", "Lekarz, prywatny gabinet".

Co widać? Modlący się patrioci kontra pijany motłoch

Wypowiedzi osób stojących po stronie obrońców krzyża są najczęściej spokojne, wyważone. Drugą stronę - kontrdemonstrantów i przechodzących ludzi, którzy wypowiadają się przeciw obecności krzyża przed Pałacem Prezydenckim, kamera często pokazuje jako napastliwych, agresywnych, często nieumiejących uargumentować własnego zdania. "To jest sekciarstwo" - mówi młoda blondynka. "W dwóch słowach: zebranie fanatyków" - mówi młody człowiek. - Nie czuję się fanatykiem, czuję się patriotą - odpowiada mu rówieśnik z drugiej strony barykady. Młodzi mężczyźni trącają kamerę: "A pani się pytała o zgodę, czy może pani filmować. bo mnie na przykład nie!". Film bez cenzury pokazuje tę najgorszą stronę sporów o krzyż: bójki, kopniaki, przepychanki, głupie miny, ostre dyskusje, szarpaniny między młodymi a starymi ludźmi, agresję przeciwników krzyża wobec jego obrońców. Ale i nieustępliwość tych ostatnich 3 sierpnia, podczas próby przeniesienia krzyża do kościoła Św. Anny przez księży. Kiedy na ekranie pojawia się szef kancelarii Prezydenta, Jacek Michałowski, w kinie słychać pomruk dezaprobaty.

- Ten film pokazuje, jak władza traktuje ludzi - mówi portalowi Gazeta.pl współautor "Krzyża", Jan Pospieszalski. - On opowiada nie o krzyżu, ale o procesie, którego zwrotnymi punktami są: trzaśnięcie drzwiami przez pana Michałowskiego i odpowiedź młodego człowieka na ulicy: "Zabili kogoś z PiSu? A, to dobrze". Na początku ludzie rozmawiali na argumenty. Ale byli też tacy, z którymi trudno rozmawiać - dodaje współautor filmu.

Jednym z tych, z którymi "trudno rozmawiać", był 25-letni Daniel, który przyszedł na premierę "Krzyża" na zaproszenie autorki filmu, Ewy Stankiewicz. Jak sam mówi, przychodził pod Pałac Prezydencki od 7 sierpnia, bo chciał zaprotestować przeciwko "mieszaniu polityki z religią".

- Ja widziałem w oczach tych ludzi naprawdę nienawiść. Antagonizm aż kipiał. Mówienie o tym, że ci ludzie są katolikami, to przesłanianie tego, że oni chcieli tam załatwić sprawy polityczne. Religia katolicka neguje nienawiść - podkreśla. - Chcieliśmy zrobić coś na wzór Pomarańczowej Alternatywy, pozytywny happening. Uważam, że nie mam się czego wstydzić - dodaje.

"Jest taki jeden z Kaszub zawodnik, który woli lizać"

Ciąg wydarzeń pokazany w "Krzyżu" jest znany z mediów. Centralnym punktem filmu są rozmowy między ludźmi. Jak Polacy rozmawiają z Polakami? Rozpiętość emocji jest ogromna: od spokojnych rozmów do zażartych polityczno-historycznych sporów. Często obu stronom puszczają nerwy. Kamera Ewy Stankiewicz wiernie rejestruje drobne szarpaniny i słowne utarczki. "Jest taki jeden z Kaszub zawodnik, który woli lizać, zamiast załatwić sprawę" - mówi siwy mężczyzna ok. 45 lat. Na sali śmiech i brawa. "Jest umowa z 1993 roku między Polską a kacapami" - podkreśla ten sam bohater dokumentu, i twierdzi, że konwencja chicagowska nie jest jedynym aktem prawnym regulującym stosunki polsko-rosyjskie w obszarze prawa lotniczego. Brawa.

Wreszcie obrazy znane z telewizji: pani Joanna, najzagorzalsza obrończyni krzyża, która sama się do niego przywiązała, policjanci, usuwający ludzi spod krzyża, szarpanina, przepychanki, krzyki: "bandyci", "Tusk musi odejść", "tu jest Polska, a nie Moskwa", "gestapo". "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie" - śpiewa młoda dziewczyna, łzy lecą jej z oczu, płacze. "Tablica oczywiście będzie, prędzej czy później" - mówi, machając z rezygnacją rękami, Jacek Michałowski i odchodzi. Gniewny pomruk w kinie.

"To fanatyzm religijny, ludzie mają klapki na oczach"

"Dla mnie to jest fanatyzm religijny, ludzie mają klapki na oczach" - autorzy na chwilę oddają głos przeciwnej stronie. "Widziałem w telewizji, jak ludzie szarpali się ze strażą miejską". "A byłeś tu?" "Nie, ale widziałem w telewizji". "A wierzysz zawsze w to, co ona pokazuje,?" "Nie, ale wszystko było widać". Na sali kinowej śmiech. "Jak oni mnie szarpali, to nie było tego w telewizji" - kwituje z ekranu starszy mężczyzna. Kolejna rozmowa: "Dlaczego akurat krzyż?" - pyta młoda dziewczyna. "Bo w ten sposób wyrażamy swoją tożsamość, nasza kultura jest oparta na krzyżu" - odpowiada jej około 40-letnia kobieta w okularach. "Ale dlaczego symbolem nie może być orzeł w koronie, barwy narodowe? - chce wiedzieć młodsza. Na sali śmiech. "Ale my już tacy jesteśmy - odpowiada spokojnie pani w okularach. - Krzyż nas łączy. Ten krzyż to symbol naszej tożsamości, polskości, cywilizacji - dodaje.

Michałowski trzaska drzwiami. "To ja podjąłem tę decyzję"

Stankiewicz i Pospieszalski pokazują kontrdemonstracje i pijanych młodych ludzi zaczepiających obrońców. Są przekleństwa, pyskówki, kpiny i wyzwiska. "To jest impreza na pełnej ku...e" - mówi, paląc papierosa, ubrany na czarno młody mężczyzna. Jest rozmowa z Dominikiem Tarasem, organizatorem kontrdemonstracji, jest też interwencja policji, podczas której na pytanie o paragraf, na podstawie którego policjantka żąda od Ewy Stankiewicz podania danych osobowych, funkcjonariuszka odpowiada tylko, że to artykuł 15 i "radzi sprawdzić jego treść". Są pijackie krzyki, śmiechy, widać, jak młody człowiek z krzyżem klęka, a koledzy udają, że go biczują. Cięcie. Wieczorne czuwanie, ludzie intonują "Ojczyznę wolną, racz nam wrócić, Panie". W negatywnym świetle pokazany jest szef kancelarii prezydenta Jacek Michałowski, który wyraźnie unika odpowiedzi na pytanie: Kto podjął decyzję, żeby zabrać krzyż? Michałowski zaczyna szukać numeru w telefonie komórkowym. - Czy może mi pan odpowiedzieć? - Nie, nie chcę rozmawiać. - Dlaczego? - Muszę znaleźć...- szuka numeru w telefonie. - To ja podjąłem (tę decyzję - red.) - kończy i trzaska drzwiami samochodu.

Ostatnie kadry: ludzie klęczą przed Pałacem, płoną znicze. Na ekranie zmieniają się napisy: październik, listopad, grudzień, styczeń, luty, marzec... Na koniec napis: "W dalszym ciągu każdego dnia o godz. 21.00 na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim ludzie gromadzą się i wspólnie modlą. Przynoszą krzyż ze sobą". Koniec projekcji. Deszcz oklasków, chóralne "dziękujemy, dziękujemy".

DOSTĘP PREMIUM