Kaczyński: Mówiłem mamie, że Leszek wyjechał do Ameryki Łacińskiej

- Strata brata była dla mnie czymś fundamentalnym, zniszczyła mi życie - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Jarosław Kaczyński. Prezes PiS zdradza też, jak ukrywał przed matką informacje o śmierci Lecha: - Mówiłem, że Leszek wyjechał do Ameryki Łacińskiej.
Jarosław Kaczyński przyznaje, że pozostanie w polityce pomaga mu odreagować po katastrofie. - Najgorzej, gdybym w ogóle nie miał żadnego zajęcia. Strata brata była dla mnie czymś fundamentalnym, zniszczyła mi życie - mówi i dodaje, że start w wyborach prezydenckich traktował "jak swój obowiązek". - Nie miałem wątpliwości, że chciałby (chodzi o Lecha Kaczyńskiego - przyp. red.) , abym pracował dalej - mówi prezes PiS w rozmowie z portalem .

"Opowiadałem, że Leszek wyjechał do Ameryki Łacińskiej"

Kaczyński opowiada, jak przez dwa miesiące ukrywał pan prawdę o śmierci brata przed chorą matką. - Mama przez dłuższy czas była nie w pełni świadoma i sztucznie podtrzymywana przy życiu. Siedziałem w szpitalu wiele godzin, czasem nawet nocowałem - opowiada. I zdradza szczegóły: - Przez pierwsze tygodnie mama raz brała mnie za Leszka, raz za mnie, choć przedtem przez całe życie nas nigdy nie pomyliła. Potem musiałem wymyślać różne historie, aby usprawiedliwić nieobecność brata. Opowiadałem, że Leszek wyjechał do Ameryki Łacińskiej.

Prezes PiS przyznaje, że mimo tego matka dopytywał, kiedy wróci Lech: - Odpowiadałem, że nad Europą unosi się pył wulkaniczny, musi wracać statkiem i jestem z Leszkiem w kontakcie tylko przez telefon satelitarny, który jest w Pałacu Prezydenckim.

"Chce zrobić ścianę z fotografiami z różnych etapów życia brata"

Kaczyński opowiada, dzięki czemu udało mu się przeżyć ciężkie chwile. - Wychowanie na pewno wpłynęło na zewnętrzne odruchy. Uczono mnie, że mężczyzna nie płacze, bo to wstyd - opowiada.

Kaczyński zdradza też, że początkowo "nie potrafił" oglądać zdjęć brata. - Kiedy po katastrofie odwiedziłem brata ciotecznego, który pokazywał fotografie z podróży Leszka do Izraela, po kilku chwilach po prostu wyszedłem z pokoju. Teraz dostaję szereg zdjęć z czasów, gdy był prezydentem. Jedno szczególnie mi się spodobało i zawiesiłem je nad łóżkiem. Wpadłem na pomysł, żeby zrobić w domu ścianę z fotografiami z różnych etapów życia brata - od dzieciństwa do okresu przed śmiercią. Nie wiem tylko, jak zniesie to mama, bo nadal nie ogląda jego zdjęć - zastanawia się.

"Leszek Miller po wypadku mówił mi, że spotkamy się na pogrzebie"

Prezes PiS przekonuje, że miał złe przeczucia przed 10 kwietnia. - Jakiś irracjonalny strach przed wizytą brata w Katyniu. Próbowałem nawet przekonywać brata, by nie leciał. (...) Samoloty, którymi latał, to graty. Zresztą Leszek Miller po tym, jak sam o mało nie zginął, powiedział, że kiedyś spotkamy się na pogrzebie. Czułem, że lepiej tam jechać niż lecieć. Niestety wszystkie informacje zniechęcające do wyjazdu trafiły do kancelarii dwa dni po katastrofie. Gdybym wiedział o nich wcześniej, byłbym gotów bić się z Leszkiem na schodach samolotu - twierdzi.

Kaczyński opowiada, że brat początkowo obiecywał, że pojedzie do Katynia pociągiem: - Potem nagle zmienił zdanie, bo musiał lecieć na Litwę i bał się, że nie zdąży z przygotowaniami. Długo się z nim spierałem, ale nie doszło między nami do awantury. Gdybym nie był tak zmęczony i przygnieciony obawami o życie Mamy, może udałoby mi się go przekonać. Uznałem, że ten wyjazd to siła wyższa.

"Powiedziałem Sikorskiemu to wynik waszej zbrodniczej polityki"

Po katastrofie do prezesa PiS zadzwonił minister Radosław Sikorski. - Powiedziałem mu: "To wynik waszej zbrodniczej polityki, bo nie kupiliście nowych samolotów" - opowiada.

Kaczyński mówi też, jak dojechał z delegacja do Smoleńska i musiał czekać przed lotniskiem.

- Byłem wtedy w strasznym szoku i nawet nie zorientowałem się, kiedy wyprzedzała nas kolumna z Tuskiem. Jednak tego, co działo się w Smoleńsku, trudno już było nie zauważyć. Jeździliśmy w kółko po jakimś placyku, niewiele większym od mojego gabinetu. Autokar właściwie obracał się wokół własnej osi - wspomina.

Odnosi się też do słów kard. Dziwisza, który mówił, że prezydent nie zginął śmiercią męczeńską, lecz w wypadku.

- Jeśli chodzi o męczeństwo w sensie religijnym, to ksiądz kardynał ma rację. Ten termin może mieć inne znaczenie. (...) Używam wobec ofiar określenia "polegli", bo osoby, które wsiadły na pokład tupolewa, jechały do Rosji z pewną misją i zginęły w szczególnych okolicznościach - mówi prezes.

"Należałoby wybudować ogromny kopiec z wielkim krzyżem"

Komentuje też ostatnie kłótnie polityczne wokół katastrofy. - Walka o pozycję polityczną jest wpisana w demokrację i nic na to nie poradzę. Żałoba taką walką nie jest i bardzo bym prosił, by mi tego nie wmawiać. Ja mam po prostu moralne zobowiązanie wobec Brata, Bratowej, Przyjaciół, wszystkich poległych. Zarzuca mi się, że przychodzę co miesiąc pod Pałac, ale co w tym dziwnego? Mam zapomnieć o Bracie bliźniaku dlatego, że ludzie rządzący dziś Polską mają złe sumienia i chcieliby to wszystko ukryć, unicestwić? - mówi.

Podkreśla, że dalej będzie przychodził pod Pałac Prezydencki 10 każdego miesiąca. - Nadal obchodzone są miesięcznice księdza Popiełuszki czy Jana Pawła II (...). Gdyby na Krakowskim Przedmieściu obok kościoła karmelickiego stanął pomnik, napięcie wokół tej sprawy byłoby znacznie mniejsze - przekonuje.

Na koniec mówi, że na razie nie zamierza lecieć do Smoleńska. - Byłem zwolennikiem przeniesienia wszystkich cmentarzy ze Wschodu do Polski. Uważam, że należałoby wybudować ogromny kopiec z wielkim krzyżem w naszym kraju. Wtedy nie byłoby żadnych zależności od Rosji. Kiedy rządziliśmy, było za mało czasu, by to zrobić. Ale wrócę do tego tematu, kiedy wygram wybory - mówi.

DOSTĘP PREMIUM