Straż miejska usunęła kolejny namiot "Solidarnych 2010". "To zdrada stanu"

?Solidarni 2010? po raz kolejny przynieśli krzyż i rozstawili namiot na Krakowskim Przedmieściu. Interweniowała straż miejska, manifestanci stawiali opór. Jedna osoba została odwieziona na komisariat. - My wrócimy, ale większymi siłami i nie będziemy się już pieprzyć - krzyczał przez megafon jeden demonstrantów.
Działacze stowarzyszenia "Solidarni 2010" wrócili z namiotem na Krakowskie Przedmieście. Przed południem cztery osoby spacerowały przed Pałacem Prezydenckim trzymając samą konstrukcję namiotu, bez dachu. Później namiot był rozbudowywany - pojawił się dach i dodatkowy przedsionek. Ostatecznie namiot został postawiony przed Pałacem Prezydenckim.

Po godz. 14, kilkudziesięciu strażników otoczyło namiot i rozpoczęło jego demontaż. W internetowej transmisji było widać, że część "Solidarnych" zaczęła stawiać opór.

- My wrócimy tutaj, ale większymi siłami i nie będziemy już się pieprzyć - wykrzykiwał przez megafon jeden z demonstrantów. - Wysłaliśmy tutaj trzy karetki pogotowia, zrobią nam obdukcję - mówił.

Na miejscu była też Ewa Stankiewicz prezes "Solidarnych 2010". - To zdrada stanu. My się na to nie godzimy, zdrajcy stanu nie będą rządzić Polską, żądamy dymisji rządu - mówiła.

- Mamy zgodę na tę demonstrację wydaną przez urząd miasta po godz. 12 - wykrzykiwali Solidarni 2010.

- Jedna osoba została ujęta. Doszło do naruszenia nietykalności jednego z funkcjonariuszy. Ta osoba stawiała czynny opór. Zostały wobec niej użyte środki przymusu bezpośredniego. Tylko i wyłącznie w postaci siły fizycznej. Tego mężczyznę przetransportowaliśmy na najbliższy komisariat policji - mówi portalowi Gazeta.pl Monika Niżniak, rzeczniczka straży miejskiej.

Stankiewicz zapowiadała wczoraj, że Solidarni będą namiot codziennie między godz. 7, a 22 przenosić między Pałacem Prezydenckim a placem Zamkowym. Stankiewicz twierdzi, że podczas poprzedniej, poniedziałkowej akcji strażnicy miejscy "brutalnie pobili" jednego z dziennikarzy "Gazety Polskiej". - Strażnicy nikogo nie pobili, a zgodnie z prawem użyli środków przymusu bezpośredniego. Osoba, o której mówiono, o własnych siłach podeszła do karetki, która została wezwana na jej wniosek - mówiła Niżniak, rzeczniczka stołecznej straży miejskiej.

Wcześniej środowiska skupione wokół "Gazety Polskiej" zapowiadały, że nie opuszczą terenu przed Pałacem, dopóki nie zostaną spełnione ich postulaty. Domagali się m.in. dymisji premiera Donalda Tuska i ministrów: Jerzego Millera, Radosława Sikorskiego, Tomasza Arabskiego, a także Edmunda Klicha "za zdradę interesów państwa polskiego". Protest miał trwać "do skutku".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM