Prawicowi publicyści walczą o SDP

- Rodzącemu się faszyzmowi trzeba zagradzać drogę. Nazywać go otwarcie. Nie może być wobec niego żadnej symetrii - pisze o PiS i części mediów prawicowych na stronie SDP jego prezes honorowy, Stefan Bratkowski. Normalnie, list ten stałby się początkiem awantury. Ale nie stał się, bo awantura trwa od jakiegoś czasu. A zaczęła się od tego, że środowisko związane z ?Gazeta Polską? postanowiło podbić SDP.
We wstępie swojego listu znany publicysta wyjaśnia, że nie udało mu się odczytać tych słów podczas warszawskich wyborów na walny zjazd Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Autor daje do zrozumienia, że nie podoba mu się, co dzieje się zarówno na polskiej scenie politycznej jak i w środowisku dziennikarskim. - Manifest i ostatnie przemówienie wodza do jego wyznawców w Sali Kongresowej są wymierzone w demokrację, w ustrojowy porządek, który udało się nam wywalczyć. Można bez większego trudu udowodnić, że padło swoiste wezwanie do wojny domowej - pisze.

Bratkowski: Kaczyński niczym Hitler

Bratkowski przyrównuje hasło "Polsko, obudź się", wykorzystane m.in. na transparentach sympatyków PiS podczas rocznicy katastrofy smoleńskiej, do nazistowskiego "Deutschland, erwache". - Jeśli wódz drugiej siły w kraju bez żenady odwołuje się do idei Carla Schmitta, nauczyciela hitlerowców, jeśli podnosi hasło "Polsko, obudź się", dosłownie wzorując się na haśle Hitlera "Deutschland, erwache", Niemcy, obudźcie się, jeśli wzorem hitlerowców organizuje fackelzugi, marsze z pochodniami - to czy te analogie mogą nie budzić niepokoju? Ten wódz przewodzi partii zorganizowanej na sposób stricte faszystowski, z pełnią władzy, skupioną tylko w jednym ręku - podkreśla Bratkowski.

Na koniec uderza w dziennikarzy, którzy sympatyzują z Jarosławem Kaczyńskim. - Byłbym rad, gdyby ci, którzy dają się pociągnąć różnym atrakcjom kłamstwa niemal kopiowanego z ruchów faszystowskich, przyjrzeli się, czemu kibicują, w co się angażują. Nie poznaję rozsądnych niegdyś, utalentowanych chłopaków - Tomka, Krzysia, Marcina, teraz jakby nie wiedzących, w co grają.(...) W bardzo niebezpiecznej drużynie gracie, chłopcy - przestrzega Bratkowski.

Autor listu odmówił portalowi Gazeta.pl komentowania swojego niedoszłego przemówienia, tłumacząc, że jego treść powinna mówić sama za siebie. Udało nam się jednak ustalić, że "niegdyś racjonalne i utalentowane chłopaki", Tomek, Krzysiek i Marcin, to w rzeczywistości redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz, związany obecnie z "Rzeczpospolitą" i " Uważam Rze" Krzysztof Czabański oraz pisarz i publicysta Marcin Wolski. Sam list natomiast jest nie tyle odpowiedzią na sytuację na ogólnie pojętym polskim rynku medialnym, ale na sytuację ściśle wewnątrz SDP-u, w którym środowisko związane bezpośrednio lub pośrednio z "Gazetą Polską" zdobywa coraz większe wpływy.

Awantura na zebraniu

Coraz wyższa temperatura sporu politycznego zaczyna znajdować odzwierciedlenie także w SDP. Kilka tygodni temu Stowarzyszenie odnotowało wzmożone zainteresowanie zapisami ze strony osób związanych z Tomaszem Sakiewiczem i "Gazetą Polską". - To prawda, że przedstawiciele tego środowiska ostatnio zaczęli gremialnie do nas przystępować, ale odnosimy się do tego pozytywnie - mówi przewodniczący warszawskiego oddziału Stowarzyszenia, Grzegorz Cydejko. - Każda inicjatywa, mająca na celu zapobieganie łamania wolności słowa w Polsce, będzie mile widziana i to, że nadejdzie z "Gazety Polskiej", nie powinno mieć znaczenia.

Jednak odczucia części członków tej instytucji względem nowych kolegów są już mniej entuzjastyczne. Wpłynął na to wynik ostatniego zebrania warszawskiego SDP, na którym wybierano delegatów na radę krajową (ma się odbyć 4-5 czerwca). Po wcześniejszej ofensywie, dziennikarze prawicowi mieli na spotkaniu silną reprezentację. Świadkowie relacjonują, że ciągnęło się ono od jednej awantury do drugiej. Najwięcej emocji wzbudziła propozycja - wysunięta właśnie przez przedstawicieli tzw. "konglomeratu" Sakiewicza - przyjęcia uchwały o potępieniu Straży Miejskiej za pobicie Michała Stróżyka z "GP" w trakcie obchodów smoleńskich.

- Na przyjęcie uchwały pozwolił tylko i wyłącznie przejściowy układ sił - mówi jeden z uczestników zebrania. - Ta grupa nie musi mieć nawet większości, by zdominować resztę. Wystarczy, że jest zdeterminowana i zwarta - kwituje.

Głosowali o czwartej nad ranem

Liczenie głosów po wyborach delegatów zakończyło się dopiero o godzinie 4 nad ranem. Najdłużej na sali obrad wytrzymali związani z "GP" dziennikarze. Poświęcenie się opłaciło. Poza Krzysztofem Czabańskim i Marcinem Wolskim na delegatów wybrano m.in. Wojciecha Reszczyńskiego, Krzysztofa Skowrońskiego, Bożenę Walewską i Tadeusza Fredro-Bonieckiego. Według osób związanych z SDP, to może wystarczyć, aby w czerwcu wpłynąć na wynik wyborów nowych władz do centrali SDP. - A to oznacza, że siłą rozpędu, działając jako SDP, będą mieli możliwość forsowania swoich pomysłów i idei - niepokoi się jeden z członków ośrodka.

Prezeska SDP, Krystyna Mokrosińska, na razie odmawia komentowania sprawy. - Zachowam swoją opinię na zjazd krajowy - zapowiada. Ale przyznaje, że w Stowarzyszeniu istotnie spierają się ze sobą różne frakcje. - Spór jest, tak jak jest on w reszcie mediów czy polityce - kwituje.

O co toczy się ta gra

SDP, którego misją statutową jest dbałość o rzetelne informowanie społeczeństwa za pomocą mediów, dbanie o etykę zawodową, wspieranie dziennikarzy i ochrona ich praw, w ostatnich latach poza paroma wyjątkami nie zaznaczyło specjalnie swojej obecności w przestrzeni publicznej. - To dlatego, że tworzyli je przede wszystkim starsi dziennikarze albo przedstawiciele mediów publicznych, którzy nie widzieli potrzeby przeprowadzania przełomowych czy nawet nieco bardziej zdecydowanych działań - słyszymy od osoby związanej ze Stowarzyszeniem.

Można mieć zatem wątpliwości, dlaczego komukolwiek miałoby zależeć na podbijaniu skostniałej i pozostającej bez wpływu na media instytucji. Jak jednak zaznaczają nasi rozmówcy, to że SDP nie jest teraz bardzo wpływowe, nie znaczy, że nie ma potencjału takim się stać. Wszyscy też zgodnie podkreślają, że dziennikarze w Polsce już dawno tak nie potrzebowali wsparcia instytucjonalnego. A Stowarzyszenie jest największym w kraju ośrodkiem zajmującym się ochroną praw dziennikarzy.

- Sytuacja na rynku medialnym jest dziś gorsza niż kiedykolwiek - stwierdza wymieniony z imienia w liście Stefana Bratkowskiego Marcin Wolski, tłumacząc, czemu jego środowisku zależy na wzmocnieniu SDP, które liczy obecnie 2,5 tys. członków. - Dziennikarze, poza tymi pracującymi w mediach publicznych, nie należą do żadnych związków zawodowych i muszą sami radzić sobie z coraz mniejszą stabilnością na rynku pracy, coraz mniejszymi płacami i coraz większym wyzyskiem - dodaje. Jego zdaniem, SDP zaczęło też tracić obiektywizm, który powinien przyświecać wszystkim jego działaniom. Jako współwinną tego zjawiska wskazuje na szefową Stowarzyszenia: - Pani Mokrosińska, mimo swoich niewątpliwych zasług, ostatnio niestety przestała być sędzią, a stała się stroną konfliktu - uważa. Według niego w ostatnim czasie SDP pod przewodnictwem Krystyny Mokrosińskiej nie zareagowało kilkukrotnie, kiedy w mediach dyskryminowano dziennikarzy i publicystów prawicowych.

I wydaje się, że to właśnie najbardziej boli środowisko kojarzone z dziennikarską prawicą. - Ta grupa cierpi dziś z powodu syndromu oblężonej twierdzy. Ma poczucie, że musi się nieustannie bronić przed zakusami "liberałów" - wyjaśnia jeden z pracowników SDP. - Środowisko czuje się zagrożone od momentu, kiedy utraciło swoje najważniejsze platformy wpływu. Po katastrofie smoleńskiej straciło Pałac Prezydencki, IPN i NBP, a niedawno odebrano mu także (po raz kolejny) media publiczne.

Inny pracownik Stowarzyszenia dodaje: - SDP, jako ośrodek niezależny zarówno od wydawców jak i sił politycznych, potencjalnie wydaje się idealnym przyczółkiem dla pozbawionych instytucjonalnego wsparcia dziennikarzy prawicowych.

DOSTĘP PREMIUM