Prokuratura osłania winnych śmierci Blidy

Łódzka prokuratura, która prowadzi sprawę śmierci Barbary Blidy, nie wskazuje winnych i nie doprowadza do ich postawienia przed sądem, tylko osłania ABW, śledczych i polityków winnych nadużycia władzy ws. śmierci byłej posłanki - oskarża Gazeta Wyborcza.
Gazeta przypomina, że do tragedii doszło podczas obecności w domu Blidów państwowych funkcjonariuszy, którzy powinni strzec bezpieczeństwa. Po ponad czterech latach łódzkich śledztw, w poniedziałek umorzono ostatnie wątki tych postępowań. Winnych nie ma - orzekli prokuratorzy.

Autorzy artykułu wskazują cztery grzechy główne śledczych i po kolei je omawiają. Pierwszy zakłada, że prokuratorzy z Katowic, którzy polecili zatrzymać Blidę, nie podlegali żadnym naciskom. "To kpina z faktów" - przekonują dziennikarze i przypominają, że prokuratorzy działali pod niesłychaną presją przełożonych i polityków rządzącego wówczas PiS. W trakcie sprawy dwa razy zmieniano prokuratorów, gdy ci nie chcieli postawić zarzutów byłej posłance SLD. Ci, którym w końcu zlecono śledztwo, musieli co tydzień zdawać szczegółowe relacje szefom w Katowicach, jeździć do Ministerstwa Sprawiedliwości i centrali ABW. "Przyjaciółka Blidy - główny świadek oskarżenia - obciążyła ją po "obróbce", jakiej została poddana w areszcie przez agentów" - wylicza dziennik.

Inną z obalonych teorii jest kwestia zabezpieczonych śladów, a właściwie ich brak. "Prokuratorzy z Łodzi twierdzą bez żenady, że w XXI wieku nie da się przebadać włosów, nitek i że można bez rękawiczek strzelać z rewolweru, nie zostawiając żadnych śladów. Prokuratura przechodzi do porządku dziennego nad brakiem linii papilarnych Blidy na broni, z której miała do siebie strzelić. Ktoś musiał je zatrzeć, ale prokuratura winnego nie szuka" - wytyka błędy gazeta.

Śledczych nie widzą też nic niepokojącego w tym, że ktoś zamienił kurtkę funkcjonariuszki, która była z Blidą w łazience. I że na kurtce wysłanej do ekspertyzy były ślady zupełnie innego prochu. "Ślady zatarły się same. Sprawa umorzona" - kwitują.

Cały tekst w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM