Afera Piesiewicza: "Senatorze, jestem przeciwnikiem zabójstw, ale..."

W grudniu 2009 r. "Super Express" ujawnił film z udziałem ubranego w sukienkę Krzysztofa Piesiewicza, który wciąga do nosa białą substancję. Film miał być dowodem, że senator zażywał narkotyki. Później okazało się, że był szantażowany. W nowym numerze tygodnika "Wprost" Piesiewicz przedstawia swoją wersję tych wydarzeń. I wplata w nią służby specjalne.
W rozmowie z "Wprost" Krzysztof Piesiewicz opisuje szantaż, jakiemu został poddany po tym, jak dał się nagrać w kompromitującej sytuacji. Przypomnijmy: pod koniec 2009 r. "Super Express" ujawnił na swej stronie internetowej film z udziałem ubranego w sukienkę Piesiewicza. Na zdjęciach widać, że wciąga on do nosa biały proszek. Wybuchł skandal. Senator zaprzeczał, że substancja z filmu to kokaina, choć przyznawał, że w przeszłości brał narkotyki. Jak okazało się później, szantażyści już w 2008 roku grozili opublikowaniem kompromitujących go zdjęć i filmów. Piesiewicz zapłacił im wówczas pół miliona złotych za milczenie, a wszczęte śledztwo zostało umorzone. Szantażyści odezwali się do senatora ponownie po kilku miesiącach.

Piesiewicz: Człowiek ze służb specjalnych zamieszany w szantaż

- 30 czerwca tego roku na lotnisku w Balicach zatrzymany został pan Krzysztof W. w związku z przemytem miliona paczek papierosów - mówi tygodnikowi "Wprost" Piesiewicz. Według niego w mieszkaniu zatrzymanego znaleziono "dwa worki z dokumentami na różne osoby z najwyższej półki życia publicznego". Radio RMF FM ma inną wersję: w notatniku Krzysztofa W. opisane są spotkania z najwyższymi rangą politykami i szefami służb specjalnych. Według Piesiewicza to właśnie ten człowiek przyszedł do jego biura 27 października 2009 r. (pół roku po umorzeniu pierwszego śledztwa ws. szantażu). - W czasie rewizji związanej z tą sprawą (przemytu papierosów - red.) znaleziono broń. A na pierwszej rozprawie dotyczącej aresztowania W. oświadczył, że jest pracownikiem służb specjalnych i - jak podały media - rozprawę utajniono - mówi "Wprost" Piesiewicz.

Rozmowy, spotkania, telefony. "Podrzucić zawsze komuś coś można"

Według relacji senatora Krzysztof W. miał powiedzieć jego sekretarce, że "nie jest ze służb", ale ma ważne informacje na temat jej szefa, które "można "przykryć" w mediach innymi ważnymi informacjami, które też posiada". Zostawił swój numer telefonu. Piesiewicz spotkał się z W. - Są filmiki z panem. Ja to mogę zatrzymać - cytuje swojego rozmówcę Piesiewicz. Senator twierdzi w rozmowie z "Wprost", że mężczyzna wydał mu się podejrzany. Po pierwszym spotkaniu były telefony informujące o tym, że sprawa "jest załatwiana", dochodzi też do kolejnego spotkania.

- W trakcie tego spotkania dzwoni do mnie jakaś pani, przedstawia się jako Zosia i mówi, że ma ważny przedmiot dla mnie, jakąś płytę. Ja już wiem, co się dzieje. Jestem roztrzęsiony, on na mnie patrzy i mówi: "Niech się pan nie denerwuje, panie senatorze, wszystko będzie dobrze" - opisuje w rozmowie z "Wprost" Piesiewicz. - Bo wie pan, panie senatorze, ja jestem absolutnie przeciwnikiem jakichkolwiek zabójstw, ale podrzucić zawsze komuś coś można - tak według senatora Krzysztof W. zakończył to spotkanie.

Szantażowali, bo zapłacił za mało?

Według relacji Piesiewicza "Zosia" chciała 300 tys. zł. za płytę ze zdjęciami, które miały kompromitować senatora. Piesiewicz zapłacił, ale, jak twierdzi - kilkadziesiąt razy mniej. Od tego czasu otrzymywał SMSy: : "Jak nie dasz 200 tys., to już mamy umówionego redaktora". "Natychmiast daj pieniądze, bo już jesteśmy poumawiani z dziennikarzami". Wówczas, jak twierdzi w rozmowie z "Wprost", senator poinformował o wszystkim prokuraturę. Miesiąc później "Super Express" opublikował kompromitujące nagranie.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny