"Od kiedy ludzie mogą sami robić zdjęcia, stali się bardziej wyczuleni" - rozmowa z przewodniczącą jury Grand Press Photo

- Dzisiaj każdy jest fotografem i każdy ma telefon wyposażony w aparat. Często najlepsze newsowe zdjęcia powstają właśnie za sprawą zwykłych ludzi, którzy są świadkami ważnych wydarzeń - mówi w rozmowie z Jakubem Janiszewskim Jodi Bieber, przewodnicząca jury tegorocznego konkursu Grand Press Photo.
Jakub Janiszewski: - Zacznę od bardzo ogólnego pytania: wierzysz w konkursy fotograficzne?

- Tak. A to dlatego, że pochodzę z głębokiej Afryki, z RPA i pamiętam, że przed epoką internetu, jeśli nie miałeś rynkowego nastawienia, ale za to coś do powiedzenia od siebie to konkursy otwierały świat. Za ich sprawą moje prace zaistniały poza RPA.



- Czyli można powiedzieć, że bez konkursów nie zaistniałabyś w międzynarodowych mediach?

- Na pewno bardzo pomogły, jako, że nie byłam wystarczająco biznesowa, żeby się stamtąd wydostać o własnych siłach.

- Ale co to znaczy "być biznesowym" w przypadku fotografa?

- To znaczy, że chodzisz od drzwi do drzwi, opowiadasz o swoich projektach, tworzysz całe sieci wsparcia, by twoje prace były oglądane i pokazywane. Oraz sprzedawane.

- Ale czy to nie ma związku z tym jak właśnie widzi się świat? Twoje prace są bardzo malarskie, subtelne. Pojęcie biznesowości niespecjalnie do nich pasuje.

- Absolutnie nie. Jeśli pokazujesz swoje prace po to, żeby wygrywać konkursy to jest to kiepski pomysł. Punktem wyjścia jest zawsze indywidualne widzenie świata, to co ma się do powiedzenia. I to jest ważne. Konkurs to tylko wehikuł, który pozwala ruszyć z miejsca. Moje prace żyją pomiędzy galeriami i gazetami. Ale jeśli zapytasz mnie jakiego rodzaju fotografem jestem, to odpowiem, że jestem po prostu fotografem. Nie nazywam siebie ani fotoreporterką, ani artystką. Ale jeśli jadę na biennale i ktoś zwraca się do mnie jak do artystki to odpowiadam "dziękuję". A jeśli pojawiam się na World Press Photo i ktoś inny nazywa mnie fotoreporterką wtedy też odbiorę to jako komplement. To, że mogę pokazywać swoje prace w muzeach i galeriach oraz w prasie to wielkie wyróżnienie, nie mogłam oczekiwać więcej.

- Zastanawia mnie podział na fotografię artystyczną i prasową. Twoje najlepiej znane zdjęcie - portret okaleczonej Aishy - jest przecież bardzo konserwatywne, bardzo stonowane. Mało prasowe. Czy to nie paradoks i nie niespodzianka, że to właśnie ono wygrało Wolrd Press Photo?

- Ale co w tym zaskakującego? Mnie to nie dziwi. Myślę, że ono opowiada o czymś bardzo ważnym, o czymś o czym się też często milczy. To jest o wojnie z kobietami. Nos i uszy Bibi Aishy zostały jej obcięte przez męża, bo w Afganistanie jeśli uciekniesz od męża idziesz do więzienia. W jej wypadku karą było okaleczenie. Dla mnie jednak to zdjęcie opowiada nie tylko o tamtych wydarzeniach. Mówi o czymś więcej. To, co dzisiaj jest fascynujące w fotografii, to fakt, że można ją konstruować i odczytywać na wielu planach. I myślę, że to się właśnie stało ze zdjęciem Aishy. Ono cię nie przeraża. Najpierw widzisz piękną kobietę a potem zauważasz jej nos. Nie umiem zbyt dobrze opowiadać o swoich zdjęciach, ale mam nadzieje, że oglądający są w stanie utożsamić się z Aishą i poczuć, że w każdym z nas jest zarówno piękna jak i bestia. A ponieważ dzisiaj każdy jest fotografem i każdy ma telefon wyposażony w aparat i często najlepsze newsowe zdjęcia powstają właśnie za sprawą zwykłych ludzi, którzy są świadkami ważnych wydarzeń, to przed fotografią o ambicjach artystycznych stoją inne wyzwania. Powinna mieć po prostu więcej warstw.

- O to właśnie chciałem zapytać. Skoro żyjemy w czasach demokratyzacji fotografii i każdy z nas może robić zdjęcia, to czy to się przekłada na lepsze zrozumienie fotografii jako sztuki?

- Myślę, ze ludzie są teraz bardziej świadomi. Od czasu kiedy mogą sami robić zdjęcia stali się bardziej wyczuleni na wiele kwestii. Bardziej wizualnie wyrobieni. Ale nie jestem pewna co tutaj jest przyczyną. Myślę jednak, że ta poważna fotografia staje się teraz nową gałęzią sztuki. Bardziej niezależną.

- Bardziej niż kiedyś?

- O wiele bardziej! Pamiętam, że w 1998 roku galerzyści mówili do mnie "ludzie nie są na to gotowi". Mówię oczywiście o RPA, nie o Belgii, która zawsze tworzyła inny rynek. Ale teraz w największych galeriach w RPA można zobaczyć całą masę wystaw fotograficznych i to świetnych.

- To jest ta nowość?

- Jest tego zdecydowanie więcej i na wyższym poziomie. I mamy coraz więcej utalentowanych fotografów. Poza tym wydaje mi się, że w krajach takich jak RPA i jak Polska fotografia ma szczególny charakter. Nie mówię, że jest zawsze skupiona na problemie, ale myślę, że zdecydowanie jest o czymś. Nie jest sztuką dla sztuki lub elementem dekoracyjnym. Mówimy więcej o naszym kraju, mówimy więcej o historii, a młodzi ludzie starają się portretować życie codzienne po odzyskaniu demokracji. Jakikolwiek byłby po temu powód - w moim odczuciu muzea i galerie stają się coraz bardziej otwarte na tego typu przekaz, zwłaszcza jeśli jest wielowarstwowy. Znacznie bardziej niż świat gazet.

- Ale co rozumiesz przez te "warstwy". Posługujesz się pojęciem wielowarstwowości. Jak je rozumieć?

- Chciałabym, żebyś stanął przed moim zdjęciem i zinterpretował je. Nie chce cię zmuszać do myślenia po mojemu. To co widzisz nie zawsze jest tym czym się wydaje. Oczywiście mogę pojechać na wojnę i sfotografować ją tak by była tym czym się wydaje. Ale ja w moich zdjęciach staram się coś odkryć. To nigdy nie jest to, co skacze do oczu. Ja mam swój sposób widzenia, który chcę umieścić w danej historii. Coś w tobie może się na ten sposób widzenia zgodzić, coś innego nie. Teraz wracając do historii Bibi Aishy - w RPA jest pewien rodzaj podejścia zakładający, że najlepiej można podsumować dane zjawisko samym faktem jego istnienia, co oznacza, że każdy z nas zareaguje inaczej zależnie od tego jaki jest jego status polityczny i zależnie od tego co się dla niego liczy. Zupełnie inaczej spojrzy na to zdjęcie feministka, a inaczej ktoś zorientowany politycznie, tak jak to się stało w Stanach Zjednoczonych.

- Czyli zdjęcie powinno być otwarte na interpretację, być czymś na kształt rebusu, czymś do czego zrozumienia trzeba znaleźć klucz.

- Nie powinniśmy karmić ludzi przymusowo. Jest coraz więcej wyrobionych graficznie odbiorców. Widzimy zdjęcia codziennie, zwłaszcza młodsze pokolenia. Dorastamy z Facebookiem, rozprzestrzeniając fotografię w internecie. Nie możesz zakładać, że odbiorca jest ignorantem. Musisz pozwolić mu czytać po swojemu.

- Czy w takim razie jest łatwiej czy trudniej zostać profesjonalnym fotografem?

- Myślę, że jak ktoś ma talent, pasję, energię i oko to mu się uda. Ale nie każdy ma talent i nie każdy ma pasję. Więc może kiedyś było więcej pracy, miejsc do publikowania, więcej pieniędzy i możliwości dla ludzi średnio zdolnych. Dzisiaj myślę, że jeśli jesteś utalentowany i energiczny, to może ci się udać.

- To brzmi tak prosto.

- To nie jest proste. Uczę fotografii, robię warsztaty w różnych miejscach na całym świecie. Zdolnych to się spotka może jednego, może dwóch. Takich, że możesz powiedzieć - wow, ten to ma talent. A reszta... Ale w innych dziedzinach sztuki jest tak samo. To samo jest z kinem, teatrem.

- Co było punktem zwrotnym w twojej karierze?

- To się zdarzyło w 1996. Zawsze pracowałam przy swoich własnych projektach, ale tamtego roku zostałam wybrana do udziału w kursach mistrzowskich fotografii prasowej. Trzeba pamiętać, że w tamtym czasie byliśmy dużo słabiej połączeni ze światem, mieliśmy poczucie, ze jesteśmy my - Południowa Afryka, i ten wielki świat - lepszy, silniejszy, ciekawszy, lepiej wykształcony i tak dalej.

- A więc kobieta z prowincji, tak?

- Z całego świata wybrano wtedy dwunastu młodych fotografów, z różnych krajów. I posłano nas na kursy prowadzone przez najlepszych edytorów, kuratorów z dziedziny fotografii prasowej. Przygotowałam swój własny projekt - o gangsterach. I wszyscy ci znani edytorzy i kuratorzy powiedzieli - wow! Patrzcie na te prace. To był wielki punkt zwrotny. Warsztat był tak prestiżowy, że zjechałam potem całą Europę, pojechałam do Ameryki, fotoedytorzy największych gazet chcieli się ze mną spotykać, żeby zobaczyć co to za młoda dziewczyna z RPA. Zaczęłam pracować dla międzynarodowych mediów. Nad bardzo dobrymi tematami. Miałam po tydzień, dwa na każdy z projektów, a równocześnie robiłam własne rzeczy.

Drugim punktem zwrotnym było zdjęcie Aishy, które kompletnie zmieniło kierunek mojego rozwoju. Mniej skupiam się na samej pracy, bardziej na mówieniu o niej, uczeniu innych i dzieleniu się tym czego się nauczyłam przez dwadzieścia lat w zawodzie fotografa.

- Myślę teraz o ludziach, którzy dopiero zaczynają. Z jednej strony rynek rośnie, ale gazety tną koszty, nakłady prasy spadają na całej świecie, koszty produkcji fotografii maleją. Niektórzy mogą myśleć, że nie opłaca się inwestować w kogoś kto nie ma jeszcze dorobku. Czy nie sądzisz, że to bardzo trudny czas, żeby zaczynać?

- Trudno powiedzieć, bo ja jestem naiwna. Pracowałam jako media planner w agencji reklamowej...

- Jak długo?

- Trzy lub cztery lata. Pisałam strategie, w których wydawałam tysiące randów i decydowałam gdzie klienci powinni umieszczać swoje reklamy. Dostałam wtedy propozycję z innej dużej agencji reklamowej i w tym samym czasie mogłam pójść na staż do "Star", dużego dziennika z Johannesburga, gdzie prawie nie płacili. I nic nie mogło mnie powstrzymać przed wyborem tego drugiego. Nic nie mogło mnie powstrzymać przed robieniem tego co robię teraz. Mogłeś mi tłumaczyć, że nie ostaną się żadne magazyny, że świat płonie i pogrąża się w chaosie. Byłam tak nakręcona i tak ciekawa, że nie uwierzyłabym w nic poza moja pracą. Byłam skupiona, pracowałam, byłam kreatywna i robiłam to co zawsze chciałam robić. Tylko dlatego, że to jedno miałam w głowie i nie myślałam o finansach mogłam tworzyć. A potem nagle przyszli kuratorzy z Niemiec i z innych krajów i miałam pracę. I rzeczy zaczęły się toczyć. Więc pewnie było dużą naiwnością nie brać tych wszystkich poważnych problemów pod uwagę, ale gdybym tak zrobiła to pewnie bym tu z Tobą nie siedziała.

- Co się więc takiego wydarzyło w twojej głowie, że zostałaś fotografką? Bo z tego co słyszę to wcale nie było od początku jasne.

- Nie. W szkołach w Południowej Afryce albo jesteś akademikiem, albo idziesz w sport. Z twórczością jest problem. A na płaszczyźnie społecznej ludzie oczywiście chcą od ciebie, żebyś podążał utartymi ścieżkami. Więc niewiele o sobie wiedziałam. Trafiłam do reklamy bo po skończonej szkole średniej zrobiłam sobie testy uzdolnień i wyszło, że powinnam zostać prawnikiem. Ale nie lubiłam szkoły i myśl o tym, że spędzić siedem lat na uniwersytecie mnie odrzucała. Wybrałam więc marketing, bo to były tylko trzy lata. Nie bardzo wiedziałam co to słowo oznacza, ale postanowiłam, że w to wejdę, żeby mama była zadowolona. Jednak pisząc moje strategie medialne miałam wiecznie włączone radio i słuchałam o tym co się dzieje na świecie, co się dzieje w Afryce Południowej. I zamiast skupiać się na pracy, cała wsłuchiwałam się w tamte rozmowy. Więc w momencie kiedy powinnam była skoncentrować się na karierze poszłam do szefa, powiedziałam, że chcę dziesięć miesięcy bezpłatnego urlopu, zaoszczędziłam pięć tysięcy euro na ten czas i pojechałam na dziesięć miesięcy do wschodniej Turcji, do Egiptu, wszędzie gdzie się dało. Wzięłam ze sobą starego Nikona FM, którego dostałam od taty, szukałam własnych ścieżek, uciekałam od turystów. Coś mnie zmuszało do mówienia o inności i poszukiwania jej.

- Robiłaś zdjęcia?

- Fatalne. Bardzo złe. Nie miałam o tym zielonego pojęcia. Stałam za daleko, nic nie wiedziałam o świetle, nie zrobiłam żadnego kursu. A gdy wróciłam do Południowej Afryki ktoś ukradł mi torbę i kiedy spisywaliśmy raport z tego zajścia upadł mi pod nogi jakiś kawałek papieru. To była reklama wieczorowych kursów fotografii prowadzonych przez organizacje typu non-profit. Świetna sprawa. Mogłam sobie pracować w mojej agencji reklamowej i równocześnie studiować wieczorami i w weekendy. Oczywiście kiedy skończyłam te szkołę w dalszym ciągu niewiele wiedziałam. Musiałam wszystko sama wypracować, wyrobić sobie swój własny styl. Możesz skończyć najlepsze uczelnie, Harvard, i być kiepskim fotografem.

- A kiedy poczułaś, że to jest to, że to chcesz robić?

- Kiedy poszłam na te kursy to wiedziałam, że to jest to. Nagle dostałam przyspieszenia, parłam do przodu jak wół, nic mnie nie mogło zatrzymać przez następne osiemnaście lat. Jak trafiłam na pierwszy staż prasowy, wysłali mnie do ciemni i kazali wywoływać zdjęcia wszystkich zatrudnionych fotografów, nie miałam możliwości robienia swoich własnych. Ale już trzeciego dnia miałam pierwsze okładkowe zdjęcie, bo po godzinach szłam i pracowałam. Coś we mnie mówiło, że musze to robić.

- Uparta jesteś.

- Nie wiem czy to kwestia uporu, może i tak. Myślę, że jak porozmawiasz ze sportowcem to usłyszysz podobną historię. Jeśli jesteś nakręcony i skupiony na jednej rzeczy to wtedy ona się staje twoją pasją. A nie każdy z nas odkrywa swoją pasję.

- Rozmawiamy na dzień przed ogłoszeniem zwycięzcy Grand Press Photo. Jako szefowa jury masz prawo wyznaczenia zwycięskiego zdjęcia roku. Powiedz czym się kierujesz, czego szukasz, co jest dla ciebie ciekawe kiedy patrzysz na zdjęcia zrobione przez innych.

- To co dla mnie ważne to estetyka. To jak fotografia wygląda, choć nie tylko. Na pewno nie interesuje mnie dosłowny zapis tego co się wydarzyło przed obiektywem. Chcę czegoś więcej. Szukam podpisu autora. Nawet jeśli to jest coś, co już widziałam wcześniej na zdjęciach, to chciałabym, żeby było też coś szczególnego, coś co sprawia, że patrzysz i mówisz "ojej, to rzeczywiście jest bardzo indywidualne spojrzenie". Takie podejście nazwałabym fotografią współczesną.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM