"Środowiska intelektualne zawsze powinny być w opozycji do władzy, zadawać trudne pytania"

- Tylko niepokorna postawa, w której przez cały czas zadaje się trudne pytania, jest atrakcyjna intelektualnie. Środowiska intelektualne powinny być w opozycji do każdej władzy, powinny zadawać niewygodne pytania... - mówi w TOK FM Maciej Nowak, znany krytyk kulinarny i dyrektor Instytutu Teatralnego.
Maciej Nowak, dyrektor Instytutu Teatralnego, po 10 latach będzie się żegnał ze stanowiskiem. Nowak w rozmowie z Katarzyną Szustow w TOK FM opowiedział o pożegnaniu z Instytutem, odpieraniu krytyki na swój temat oraz o tym, dlaczego odwołał Spotkania Teatralne po katastrofie smoleńskiej.

Posłuchaj całej rozmowy. Poniżej - wybrane pytania z audycji



Katarzyna Szustow: Kto się boi Macieja Nowaka?

Maciej Nowak: Jeśli ktoś się mnie boi, to głównie ludzie niezdolni. A to ich trzeba się bać. Andrzej Łapicki powiedział mi kiedyś: Panie Maćku, proszę się strzec ludzi niezdolnych, bo się można zarazić... Boją się mnie też ludzie mający problem ze swoją tożsamością intymną. Ja nie ukrywam swojej orientacji seksualnej. Wiem, że dla wielu osób, które siedzą w szafie bywa to potwornie irytujące. Że jest taki grubas, który o tym gada, a oni przez całe życie nie są w stanie wypowiedzieć na ten temat pół zdania.

Będziesz się żegnał ze stanowiskiem dyrektorskim bardzo ważnej instytucji, którą tworzyłeś od zera. Można się spierać o jej profil, ale jest niewątpliwym sukcesem. Instytut teatralny mieści się w Warszawie, w okolicy Łazienek, ma swoją nowoczesna mobilną scenę, ma piękną kawiarnie, działa tam świetna biblioteka, jest księgarnia, portal e-teatr.pl. Czym dla ciebie jest Instytut?

- Po roku 1989 stopniowo zaczęła gasnąc polska wiedza o teatrze, zmiany w mediach powodują, że zanika zawód krytyka teatralnego, który kiedyś był niesłychanie ważny. Gdy 30 lat temu zaczynałem moją drogę przez teatr, było kilkaset osób piszących o teatrze, dziś nie wiem, czy można ich zliczyć na placach dwóch rąk. W tej rzeczywistości, w 2003 roku, inicjatywa ministra Dąbrowskiego, by powołać instytucję zajmująca się teatrem, organizującą konferencje, wydającą książki, była słuszna.

Teraz, po 10 latach pracy, w całości i lojalnie akceptuję decyzję ministra Zdrojewskiego, że w związku z wygaśnięciem mojego kontraktu, rozpisany został konkurs na to stanowisko.

Przy okazji twojego odejścia pojawiły się też zarzuty. Dyskusję zapoczątkowano w piśmie "Teatr", które zarzuca ci, że Instytut Teatralny permanentnie dokonuje rewolucji kulturalnej, podąża za ideologią gender, queer i feminizmem...

- Dla mnie to nie są zarzuty. Tak, podążamy również tropami myśli feministycznej i genderowej, bo są to bardzo ważne wyzwania dla współczesnej humanistyki. Dopóki nie uruchomiliśmy u nas seminariów związanych z tymi tematami, polska wiedza o teatrze w ogóle się z tymi zjawiskami nie konfrontowała. Tak, przeprowadzamy permanentną rewolucję, bo - jestem przekonany - tylko niepokorna postawa, w której przez cały czas zadaje się trudne pytania, jest atrakcyjna intelektualnie. Jeden z moich mistrzów prof. Raszewski polecał, żeby nieustająco czyścić i odkurzać własny gust, by ciągle go kwestionować. Bo jeśli pozostajemy w jednym obszarze zainteresowań, życie zaczyna być nudne.

Podobnie uważał Zbigniew Hubner. Mówił, że w każdym systemie politycznym, środowiska intelektualne muszą być w opozycji do władzy, trzeba szukać tego punktu opozycji, konfliktu. Tylko wtedy można funkcjonować jako intelektualista i brać za to pieniądze.

A jak do tego ma się odwołanie Spotkań Teatralnych w 2010 roku, po katastrofie smoleńskiej. Dlaczego teatr ma nakaz zamilknięcia w sytuacjach trudnych dla narodu. Czy to miała być decyzja polityczna, przypodobanie się władzom?

- Ta decyzja była ważna, trudna i podjąłbym ją jeszcze raz. Gdy mówię o opozycji wobec władzy, nie chodzi mi tylko o opozycję do urzędników sprawujących jakieś konkretne funkcje. Trzeba być w opozycji do dominujących dyskursów. Wtedy powszechne było lekceważenie tej katastrofy, to się przelewało przez fora internetowe i Facebooka. Uznałem wtedy, że my w takiej sytuacji musimy się zachować godnie.

Po katastrofie gibraltarskiej nawet teatrzyki jawne w Warszawie przez miesiąc nie grały. W stanie wojennym aktorzy zdecydowali się na bojkot mediów i Teatru Telewizji. W historycznych momentach teatr powinien zamilknąć. To ma wymiar ideowy, ale też praktyczny. Jak miałem zacząć spotkania w dniu, w którym trumna z ciałem prezydenta PR jedzie w orszaku przez całe miasto? Gdy pod teatrem, gdzie miał się zacząć festiwal, leżą góry kwiatów, stoją znicze, ponieważ aktor Teatru Polskiego Janusz Zakrzeński zginął w katastrofie? Chcę też podkreślić, że nie było wtedy żadnych nacisków, bym tak właśnie zrobił.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM