Spłonęło 325 osób - film o tragedii, o której w Chinach nie chcą pamiętać

8 grudnia 1994 r. 325 dzieci i nauczycieli zginęło w pożarze szkolnej auli w chińskim mieście Karamay. Władze do dziś nie odpowiedziały na kilka podstawowych pytań. Na przykład, dlaczego z płonącego budynku najpierw ewakuowano oficjeli. W Chinach nie lubi się nagłaśniać tragedii. Jednak reżyser Xu Xin bez wiedzy władz zrobił o tamtych wydarzeniach wstrząsający sześciogodzinny dokument, który pokazał kilka dni temu na festiwalu w Hong Kongu.
Pytania wciąż nie dają spokojnie zasnąć rodzicom. Dlaczego dzieci czekały na ewakuację? Dlaczego ważniejsi byli partyjni notable, dla których szkoła przygotowała przedstawienie? Dlaczego tak wiele drzwi wyjściowych było zamkniętych?

Rodzice uważają, że choć władze za niedopatrzenia skazały kilkunastu urzędników na kary do 7 lat więzienia oraz wypłaciły odszkodowania, to nie zrobiły w tej sprawie wszystkiego. Dla partii sprawa jest zbyt trudna, by się nią chwalić. W Państwie Środka wciąż akcentuje się tylko sukcesy.

W 1994 r. doszło do jednej z największych tragedii w Chinach. Podczas szkolnego przedstawienia wybuchł najpierw pożar kurtyny, który szybko rozprzestrzenił się na całą aulę. Z około pięciuset obecnych, żywcem spłonęło 288 dzieci w wieku od 7 do 14 lat oraz 37 dorosłych, w większości nauczycieli. Tym ostatnim nakazano, by trzymały dzieci w fotelach do czasu, aż 20 członków partii opuści miejsce jedynym otwartym wyjściem ewakuacyjnym. Kiedy w końcu dzieci rzuciły się do ucieczki, okazało się, że większość drzwi nie dało się otworzyć. W ciągu zaledwie kilku minut ogień strawił wszystko.

- Proszę pozostać na miejscach . Niech najpierw wyjdą przedstawiciele partii - miała powiedzieć wice dyrektor szkoły.

Te taśmy miały milczeć

Niezależny chiński reżyser Xu Xin postanowił przypomnieć tragedię sprzed 16 lat. Nakręcił sześciogodzinny film dokumentalny. Szorstki, czarno-biały, pozbawiony narratora i muzyki. W scenach otwierających film widać groby tragicznie zmarłych dzieci, w tle słychać komentarz wciąż rozpaczających rodziców.

W najbardziej poruszającej scenie widzimy najpierw stopy uczennicy, która cudem uniknęła śmierci w płomieniach, a po chwili kamera ukazuje jej zniekształcone w pożarze ręce oraz twarz.

Reżyser dotarł także do rzadkich nagrań z 1994 r. Widać na nich przerażające sceny w przepełnionego ciałami szpitala. Xin dostał je od rodziców dzieci, z których niektórzy pracowali w lokalnej policji. Te taśmy nigdy nie miały wyjść poza mury komendy.

Tragedia dotknęła wszytkie grupy etniczne

Karamay leży w Sinkiang, zachodnio-północnej prowincji Chin, w której silny jest muzułmański separatyzm Ujgurów. W ulicznych walkach z Chińczykami w ubiegłym roku zginęło niemal 200 osób. Ale w 1994 r. tragedia dotknęła wszystkich. Wśród ofiar byli Ujgurzy, Chińczycy, a także Kazachowie.

Rządzący Chinami zamiatają takie sprawy pod dywan. W lutym skazano na pięć lat tych, którzy próbowali dociec, czy podczas wielkiego trzęsienia ziemi w prowincji Syczuan w 2008 r., konstrukcje budynków były wadliwe, co miało w drastyczny sposób zwiększyć liczbę ofiar.

Reżyser nie ma wątpliwości, że za prezentację filmu w Chinach spotkałyby go represje. - To niemożliwe, by film ujrzał światło dzienne w Chinach. Przynajmniej na razie - powiedział agencji AP.

Na razie dokument "Karamay" zaprezentowano podczas festiwalu filmowego w Hong Kongu, który cieszy się jako taką wolnością słowa. Xu Xin nie może jednak doczekać się momentu, by jego monumentalne dzieło zobaczył ktoś z rządzących Państwem Środka, najlepiej sam prezydent.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM