Amos Oz w TOK FM: Jestem starszy niż moje państwo

- Znałem osobiście każdą osobę, której podobizna patrzy dziś na nas z izraelskich banknotów i monet. Ilu Amerykanów czy Szwedów może to o sobie powiedzieć? - z izraelskim pisarzem Amosem Ozem rozmawiał Cezary Łasiczka.


Cezary Łasiczka: Pierwsze prasowe wzmianki o Panu pojawiły się w dzienniku "Haaretz" w październiku 1961 roku, gdzie wspomniano o nowym czasopiśmie. Miało być przygotowywane przez grupę młodych twórców, związanych z lewicową partią Mapai, chcących stworzyć nową ideologię. Redakcja miała się mieścić w Jerozolimie, miała liczyć zaledwie 3 czy 4 osoby w bardzo młodym wieku. Zastępcą redaktora naczelnego miał być pan Amos Oz z kibucu Hulda.

Amos Oz: Dokonał pan niezłego odkrycia archeologicznego, mówimy tutaj o historii prawie XIX-wiecznej. To było jakieś 50 lat temu, miałem wtedy 21 może 22 lata. Należałem do niewielkiej grupy młodych dysydentów, którzy krytykowali politykę ówczesnego premiera Izraela - Dawida Ben Guriona. Krytykowaliśmy jego etatystyczną politykę, chcieliśmy wprowadzić bardziej socjalistyczny, bardziej demokratyczny system polityczny w Izraelu.

Od tego czasu minęło 50 lat. Kiedy spogląda pan w przeszłość, co Pan myśli?

Z mojego punktu widzenia to było 50 lat walki. Zawsze byłem członkiem mniejszości, nigdy, nawet przez sekundę nie należałem do większości. To doświadczenie całkowicie dla mnie nieznane - należeć do większości. Przez te 50 lat zawsze byłem krytykiem izraelskich rządów, zawsze byłem dysydentem.

W wydanych dwa lata temu w Polsce "Rymach życia i śmierci", pisze Pan o autorze, pisarzu, który obserwuje ludzi i pisze o nich, aby móc dotknąć ich nie dotykając, i żeby także oni dotknęli go, nie dotykając. Czy to recepta na Pańską twórczość?

Pisanie to dziwne zajęcie. Człowiek wchodzi bardzo głęboko w życie innych ludzi, poznaje ich najbardziej intymne szczegóły, a jednocześnie nie staje się częścią tego życia, nie bierze w nim udziału. Pisanie tak naprawdę bierze się z ciekawości, a dla mnie ciekawość jest swego rodzaju cnotą. O tym właśnie piszę w "Rymach życia i śmierci". Dla mnie człowiek ciekawy jest lepszym człowiekiem niż człowiek, który nie ma w sobie ciekawości. Człowiek ciekawy jest także lepszym kochankiem, ale to nie jest odpowiedź na Pana pytanie. "Rymy życia i śmierci" są książką o ciekawości. Dla mnie pisarstwo jest czymś, co wypływa z ogromnej ciekawości życia innych ludzi.

Dwa lata temu w dzienniku "New York Times" ukazało się jedno z opowiadań z książki "Sceny z życia wiejskiego". To opowieść o starym człowieku, który szuka swojej żony. O człowieku, który w pewnym momencie zatrzymał się przerażony, bo oto nagle musi podjąć decyzję, i to jest dla niego trudne, mimo że przez całe życie podejmował przeróżne decyzje, to teraz nie ma pojęcia, czego świat od niego oczekuje.

To opowiadanie o burmistrzu małego miasteczka, którego żona wychodzi z domu pozostawiając tylko krótki liścik: "Nie martw się o mnie". Czytelnik nie dowie się nigdy, czy żona wyszła z domu na kilka godzin, by spotkać się z sąsiadami czy też odeszła na zawsze. Z opowiadania można wyciągnąć oba powyższe wnioski. Jednak bohater - burmistrz jest pełen niepokoju, czuje się winny, wyczuwa jakąś mroczna tajemnicę między sobą a żoną i nie wie co robić. Dochodzi do wniosku, że musi poszukać żony nie w świecie, ale w sobie samym.

Czym dla pana jest rodzina? Powiedział Pan kiedyś, że pana książki są o "nieszczęśliwych rodzinach".

Gdybym miał powiedzieć jednym słowem o czym są moje książki, powiedziałbym - o rodzinie. Gdyby dał mi pan dwa słowa powiedziałbym - o nieszczęśliwych rodzinach. Jeśli da mi pan więcej słów - wtedy proszę przeczytać moje książki. Dla mnie rodzina to najbardziej nieodgadniona instytucja we wszechświecie. To także najbardziej paradoksalna instytucja wszechświata. Najbardziej absurdalna, komiczna, a jednocześnie najbardziej tragiczna. Gdyby dano mi wybór, czy chcę dołączyć do załogi pierwszego na świecie statku kosmicznego, lecącego na Marsa, czy może spędzić 24 godziny jako mucha, chodząca po ścianie mieszkania, w którym mieszka jakakolwiek rodzina, wybrałbym to drugie. To o wiele bardziej ciekawe i o wiele bardziej bezpieczne.

Wróćmy do "Scen z życia wiejskiego". W jednym z wywiadów wspomniał Pan Jeana Paula Sartre' a, który zapytany dlaczego jest marksistą we wszystkim oprócz literatury, odparł: "Ponieważ marksizm daje świetne wyjaśnienie, dlaczego Paul Valery był produktem francuskiego drobnomieszczaństwa i nawet drogie meble w jego mieszkaniu były drobnomieszczańskie, ale nie wyjaśnia dlaczego każdy francuski drobnomieszczanin nie potrafi pisać wierszy takich jak Paul Valery".

Tak to świetny cytat z Sartre' a, który wiele mówi o psychoanalitycznym podejściu do literatury - podobnie jak o marksistowskim podejściu do literatury. Psychoanaliza potrafi nam świetnie wytłumaczyć, że Szekspir miał kompleks Edypa. Można to znaleźć na przykład w Królu Learze czy w Hamlecie, ale nie odpowiada na pytanie, dlaczego każda osoba, która ma kompleks Edypa nie potrafi napisać Króla Leara czy Hamleta? Oto jest pytanie.

Powiedział Pan, że być 70-letnim Izraelczykiem to jak być 200-letnim Szwedem.

To prawda. Widziałem narodziny państwa Izrael. Jestem starszy niż moje państwo. Znałem osobiście każdą osobę, której podobizna patrzy dziś na nas z izraelskich banknotów i monet. Ilu Amerykanów czy Szwedów może to o sobie powiedzieć?

Zapytam zatem 200-letniego mędrca - o co chodzi w życiu?

Dla mnie w życiu chodzi o błogosławieństwa rzeczy najprostszych. Wschód słońca, śpiew ptaków o poranku, pierwsza poranna kawa, mój poranny spacer po pustynie, moje książki, moja rodzina. Te drobne błogosławieństwa codziennego życia

I to jest cała tajemnica?

Tak, dla mnie to właśnie jest sens życia.

DOSTĘP PREMIUM