Nordycki bóg w T-shircie. Od piątku "Thor 3D" w kinach

Najnowsza produkcja Kennetha Branagha i kolejny heros z wydawnictwa Marvel Comics trafia do kin. Czego się spodziewać po specjaliście od szekspirowskich ekranizacji pożenionego z amerykańską popkulturą?
"Thor" to jedna z najbardziej oczekiwanych hollywoodzkich superprodukcji ostatnich miesięcy. Projekt przeniesienia do kina znanego komiksu wydawnictwa Marvel powstał jeszcze w latach 90. Jego ekranizacją miał zająć się Sam Raimi. Ostatecznie amerykański reżyser wziął się za produkowanie serii o "Spider-Manie", a prace nad przygodami zniesławionego nordyckiego boga rozpoczęły się dopiero w 2006 roku i zostały powierzone Kennethowi Brannaghowi.

Z jednej strony specjalista od adaptacji szekspirowskich ("Henryk V", "Otello", "Hamlet"), z drugiej niepoprawny fan rozrywki dla mas (dla których, jak często powtarzał, tworzył też Szekspir) tym razem opowiada historię historia nordyckiego boga Thora (Chris Hemsworth) wygnanego z Asgardu przez jego ojca Odyna (Anthony Hopkins). Mityczny heros trafia do świata ludzi, gdzie zostaje pozbawiony boskich mocy, pamięci o swojej przeszłości, a do tego wszystkiego musi się nauczyć żyć na ludzką modłę. Oczywiście do momentu, gdy nie pojawią się kłopoty.

Hollywoodzkie gwiazdy ratują świat i swoje portfele

Produkcja filmu imponuje rozmachem - pochłonęła 150 milionów dolarów, specjalnie na jej potrzeby w Nowym Meksyku wybudowano prowizoryczne miasto. "Thor" to też kolejne po dwóch częściach "Iron Mana" oraz "Hulku" wysokobudżetowe dzieło wytwórni Marvel Cinematic Universe, odpowiedzialnej za ekranizowanie przygód swoich komiksowych superbohaterów.

Wedle hollywoodzkiej filozofii, że jeśli coś okazało się kasowym hitem, po paru przeróbkach może okazać się hitem po raz drugi, każda kolejna część zapowiadana jest za pomocą tzw. stingerów (czyli ukrytych scen umieszczanych zazwyczaj po napisach końcowych). Ich kumulacją ma być film "Avengers", gdzie mają się spotkać superbohaterowie wszystkich dotychczasowych komiksowych ekranizacji MCU. Świat ratować z opresji będą m.in. Robert Downey Jr., Chris Evans, Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Scarlett Johansson oraz Samuel L. Jackson.

Sześciu wojowników na tęczowym moście

Sprytny zabieg marketingowy jest tyle dochodowy, co bardzo często krytykowany. Tym razem dostaje się zwłaszcza brytyjskiemu reżyserowi. "Tak, Branagh niespiesznie i trochę od niechcenia płynie w >>Thorze<< z komiksowo-herosową falą, a jednocześnie nieźle sobie z niej kpi. Że nie zawsze subtelnie? Toż Szekspira - nawet po Branaghu - tym razem chyba nikt się nie spodziewał" - pisze Paweł T. Felis w "Gazecie Wyborczej". - "Ale jeśli komuś należą się pokłony, to Branaghowi, który kiedyś udowadniał, że potrafi fantastycznie grać, później, że potrafi kręcić filmy, a teraz - że świetnie umie robić kasę".

Do dwugłosu doszło w serwisie Stopklatka. Krzysztof Spór zarzuca filmowi, że nie wychodzi poza utarte i sprawdzone schematy. "To dobra i tylko dobra hollywoodzka rozrywka skierowana do miłośników komiksowych opowieści" - argumentuje. Dariusz Kuźma docenia, że czuć w nim styl Branagha: "Jego obsesje, z którymi walczył w swoich poprzednich projektach reżyserskich, a także iście szekspirowską rękę do narracji oraz dramaturgii".

Filmowa zabawa popkulturowymi kliszami wzbudziła kontrowersje w środowiskach prawicowych. Rada Konserwatywnych Obywateli (The Council of Conservative Citizens) oprotestowała obsadzenie czarnoskórego aktora w roli boga Hejmdala. Coś, co jednych oburza, dla innych może stanowić dobry argument do zabawy. Kupienie konwencji filmu, zdaniem Łukasza Muszyńskiego w Filmwebie, jest kluczem do dobrego spędzenia wolnego czasu w kinie. "Najlepiej wyraża ją scena, w której sześcioro zakutych w zbroje wojowników jedzie na koniach po tęczowym moście zawieszonym w kosmosie. Nigdy nie słyszeliście o większej bzdurze? Ja też, ale muszę przyznać, że sam obraz jest odjazdowy" - pisze Muszyński.



DOSTĘP PREMIUM