Raczej przebudzenie niż rewolucja - Smolar o sytuacji w Afryce Północnej

- W samych krajach arabskich funkcjonuje pojęcie ?przebudzenie?. Moim zdaniem, ono ma w sobie pewną literackość i lepiej ujmuje to, że mieliśmy zamrożoną sytuację w tych krajach, dyktatury, poczucie bezsilności w tych społeczeństwach i wybuch niezadowolenia. Przy tym nie wiemy w jaką stronę to idzie - mówił w programie "Nisza" prezes Fundacji Batorego Aleksander Smolar.
Jak twierdzi Smolar, słowo "rewolucja" używane jest przez historyków w odniesieniu do sytuacji, w której dochodzi do stworzenia nowej jakości rządzenia. W przypadku Egiptu, Tunezji, Syrii i Libii, kryzys to z pewnością wyraz niezadowolenia z dyktatury.

Jednak, w przeciwieństwie do rewolucji w powszechnym tego słowa znaczeniu, są to ruchy, w których nie ma przywódców, programu, organizacji. - Twitter czy Internet nie może być sposobem definiowania charakteru rewolucji. W Wielkiej Brytanii nie było żadnych postulatów politycznych, społecznych. To ważne zjawisko społeczne świadczy o poczuciu niesprawiedliwości, o głębokich różnicach społecznych.

Rewolucje w Afryce porównuje się do Wiosny Ludów w 1848 roku, która bardzo szybko zakończyła się klęską. Tyle, że po dłuższym czasie te idee powróciły. Zwolennicy tej analogii twierdzą, że nawet jeśli rewolucje teraz zakończą się klęską, to jest to tylko przejściowa, czasowa klęska - mówił Smolar.

Smolar zwraca uwagę na jeszcze jedno porównanie: - Później porównywano te rewolucje do "Awakening", przebudzenia. 1916 rok to ruch antyotomański i przeciwko państwom imperialnym Europy, czyli raczej w kategoriach narodowych i ruchów wyzwoleńczych. Tu jest bardzo wyraźne ostrze antyzachodnie. W krajach arabskich poziom niepopularności Obamy, który miał szlachetny stosunek do tych rewolucji, jest wyższy niż pod koniec rządów Busha, który, wydawałoby się, był wyjątkowo niepopularny w tym świecie.

Co teraz?

Aleksander Smolar dopuszcza możliwość, że w niektórych krajach rewolty nastąpi nowa faza dyktatury. Zauważa, że silne ruchy islamistyczne mają nie tylko duże poparcie w Egipcie, ale również w Tunisie.

- O poziomie niepewności co do tego, co będzie w Libii najlepiej świadczą komentarze dotyczące dowódcy wojskowego Trypolisu, który wysuwa się na czoło silnych postaci rewolty. To człowiek, który był związany z Al-Kaidą, ale temu zaprzecza. W Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii panuje wielka nieufność i obawy ku czemu zmierza Libia - zauważa Smolar.

Globalna destabilizacja

Źródło problemów w Afryce prezes Fundacji Batorego widzi w krajach najbardziej rozwiniętych. - Ogromny kryzys finansowy od 2008 roku - Stany Zjednoczone, Europa, nie kraje tzw. Trzeciego Świata, które dziś coraz bardziej się rozwijają. To, co się dzieje w krajach arabskich, przynajmniej częściowo spowodowane jest przez kryzys gospodarczy. Można wyliczyć wiele regionów świata, gdzie są różne przejawy niezadowolenia społecznego, włącznie z Europą, w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Wielkiej Brytanii. To pokazuje, że mamy do czynienia ze zjawiskiem globalnym. To, co się dzieje w Afryce Północnej wpisuje się w te procesy znacznie głębsze, które dotykają całego świata - twierdzi ekspert.

Ropa w Libii

Smolar nie wierzy w to, że uczestnictwo Zachodu w operacjach wojskowych w Libii było związane głównie z tym, że kraj ten ma ogromne zasoby ropy. - Moim zdaniem ropa odgrywa rolę, ale te same argumenty pojawiały się w przypadku Iraku, gdzie zasoby ropy są bez porównania większe. W żadnym wypadku Zachód nie jest tam kontrolerem tej ropy.

Jak twierdzi, interwencja była reakcją na zagrożenie masowymi mordami. - Kaddafi groził po prostu rzezią zbuntowanej wschodniej Libii. Tam już były wojska Kaddafiego. Interwencja była w ostatniej chwili. To nawet nie chodzi o rywalizację, tylko o to, że może dojść do masowych mordów. Libia nie jest szczególnie istotnym krajem, nie należy przesadzać z tą wagą zasobów. To, co jest ważne, to powiązanie Libii z fenomenem syryjskim i z sytuacją w całym świecie arabskim. Kiedy Kaddafi postanowił zlikwidować bunt, to pośrednio umocniło dyktatury w innych krajach arabskich. Likwidacja Kaddafiego osłabia dyktaturę syryjską i zwiększa możliwość zmian w wielu innych krajach arabskich. Ten czynnik odgrywał rolę również w myśleniu Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów - mówi Smolar.

Co następuje po wielkich zmianach?

O krajach, w których zmiana się dokonała, niewiele się mówi. Dlaczego? - Może dlatego, że nic nie następuje. Jeśli chodzi o Egipt, to rządzi stara elita, wojsko. Tam prawie nic się nie zmieniło. Proces Mubaraka może być początkiem zmian, których wojsko nie będzie kontrolowało. Wojsko było zmuszone ten proces przeprowadzić, chociaż bardzo się ociągało. Nie wiemy również jak destabilizujący również dla panowania wojska będzie ten proces. Jak na razie dominuje wojsko, które wyraźnie szuka porozumienia z braćmi muzułmanami. Myślę, że ten nowy reżim będzie bardziej otwarty, dynamiczny niż reżim Mubaraka. Ale to może być bardzo odległe od demokracji - stwierdza Smolar.

A jak sytuacja wygląda w Tunezji? - Też to jest okres przejściowy, oni odroczyli wybory tak jak Egipcjanie, dlatego, że partie tzw. sekularne, które najbardziej były emanacją ruchów zbuntowanej młodzieży, boją się, że przegrają wybory. Liczą na to, że odkładając wybory, zdążą się zorganizować i stanowić istotną konkurencję dla partii islamistycznych. W Tunezji dokonują się pewne zmiany, one są bardzo powolne. Tam również rządzą teraz w większości elity starego reżimu. Szanse demokracji w Tunezji są największe. Nawet za czasów dyktatury Zin el-Abidin Ben Alego, np. jeśli chodzi o sytuację kobiet, to był kraj najbardziej progresywny. Nawet w ordynacji wyborczej wprowadzili absolutny parytet. Co z tego wyjdzie w praktyce, to zobaczymy, zwłaszcza jeżeli wygrają partie muzułmańskie. Ale faktem jest, że to jest kraj, który jest znacznie bardziej homogeniczny, znacznie mniejszy, bardziej rozwinięty, o wyższym poziomie życia niż w innych krajach arabskich - mówi Smolar.

DOSTĘP PREMIUM