"Tracą nerwy". PO straszy wyborców PiS-em

- Platforma będzie na dużą skalę straszyła wyborców PiS-em w ostatnim tygodniu kampanii - powiedział redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" Paweł Lisicki, komentując spot PO pokazujący agresywnych wyborców PiS: "obrońców krzyża" i kiboli.
- Strach jest najsilniejszą emocją, która może zagonić ludzi do urn. Stąd tak szeroko jest wykorzystywany - powiedział Lisicki o kontrowersyjnych zabiegach PO. Najnowszy spot wyborczy Platformy straszy, że do urn pójdą radykalni aktywiści spod krzyża na Krakowskim Przedmieściu oraz stadionowi chuligani. "Oni pójdą na wybory. A ty?" - czytamy na ekranie.

Według Lisickiego PO uderzyła w tak dramatyczny ton i tak dosyć późno. - Kilka miesięcy temu wydawało się, że przewaga PO nad PiS-em jest tak duża, że nic nie trzeba robić. Okazało się jednak, że PiS schodzi z linii ciosu, np. wypowiedzi dotyczące Smoleńska znalazły się w tle i nie były najważniejsze. To osłabiło impet Platformy.



Marcina Wojciechowskiego z "Gazety Wyborczej" nie dziwi fakt wykorzystania przez PO nastrojów anty-pisowskich. - Partie tracą nerwy i próbują skorzystać z wszelkich sposobów, żeby zmobilizować wyborców na swoją korzyść, bo do końca nie wiadomo, kto wygra. Sondaże się rozjeżdżają, a elektorat wydaje się rozchwiany i do ostatniej chwili niezdecydowany - ocenił redaktor "GW".

- Jedno jest pewne: głosy, że demokracja w Polsce jest zagrożona, że niedaleko nam do Białorusi, są bzdurne. A prominentni politycy PiS, którzy to mówią, po prostu się ośmieszają - dodał Wojciechowski.

"Pawlak, Palikot znikną, a Napieralski upadnie"

Marek Zając z TVP ocenił, że wybory będą mocnym pojedynkiem dwóch liderów. - Będziemy musieli wybierać według zasady: "kogo wolałbyś jako premiera - Tuska czy Kaczyńskiego?" Znikną zupełnie Waldemar Pawlak, gdzieś z boku będzie Janusz Palikot. Myślę też, że obejrzymy jeszcze kilka upadków Grzegorza Napieralskiego - zapowiadał Zając i przewidywał, że jeśli PO wygra w tej walce, ze strony PiS mogą pojawić się zarzuty, że wybory były sfałszowane.

- Takie przesadne i nieprawdziwe głosy to nie tylko domena PiS-u - zaoponował Paweł Lisicki i przypomniał nastroje po stronie Platformy z 2007 roku. - Od momentu, kiedy doszło do tak radykalnej wojny na górze, każda ze stron posuwa się bardzo daleko w swojej retoryce i ta spirala wzajemnych oskarżeń idzie bardzo daleko. Pamiętam komentarz Adama Michnika z 2007 roku, że nie ważne jak się głosuje, ale kto będzie liczył głosy. I to była wyraźna sugestia, że po PiS można się spodziewać czegoś w rodzaju fałszerstwa wyborczego - przypominał naczelny "Rzeczpospolitej".

- To była tylko żartobliwa parafraza powiedzenia towarzysza Stalina - tłumaczył Marcin Wojciechowski. - To nie było żartobliwe. To mechanizm zbytniej emocjonalności, który towarzyszy polskiej polityce od kilku lat - przekonywał Lisicki.

DOSTĘP PREMIUM