Idzie Kowalski do lekarza... odc. 1. Refundacja zagrożona

Uszczelnić system refundacji leków i sprawić by były tańsze - taki był cel nowej ustawy refundacyjnej. Zamysł był słuszny, ale efekt odwrotny od zamierzonego. Bunt wśród lekarzy, być może brak recept na leki refundowane i dramaty niektórych pacjentów. Co zatem czeka Kowalskiego, czyli każdego z nas, już za kilka tygodni? Sprawdźmy jak to może wyglądać.
3 stycznia 2012 r. Jan Kowalski sprawdza temperaturę za oknem i ubiera się "na cebulkę". Woli się nie przeziębiać, wystarczy mu cukrzyca na którą cierpi od lat. Z przychodniami, szpitalami i aptekami musiał się, niestety, zaprzyjaźnić. Badania glukometrem, zastrzyki z insuliny - to codzienność. Regularnie chodzi też do lekarza i choć starał się zarejestrować już dwa miesiące temu, kolejna wizyta wypada właśnie dziś.

Wchodzi do przychodni, kolejka jak zwykle długa. Czeka. - Następny. Jan Kowalski - wywołuje po dwóch godzinach diabetolog Stanisław Nowak.

Kowalski ufa lekarzowi, tymczasem lekarz.....

Rutynowa rozmowa, bo i lekarz i pacjent wiedzą, że chodzi o przepisanie insuliny na następne miesiące. Nowak wyciąga z szuflady pieczątkę i po krótkim wahaniu z impetem wbija komunikat: "Lek refundowany. Do decyzji NFZ". Lekarz wie, że Kowalski w aptece dotkliwie odczuje skutki tej pieczątki, ale tłumaczy sobie "jak protest, to protest".

Kowalski nawet nie zauważa wahania dr Nowaka - skoro lekarz tak zdecydował, widać tak być powinno. Lekarz też nie garnie się do wyjaśnień, bo niby jak powiedzieć pacjentowi, że właśnie został pozbawiony leków refundowanych.

- Do widzenia, panie doktorze - mówi Kowalski i kilka metrów za drzwiami przypomina sobie, że o jakichś pieczątkach czytał kilka tygodni wcześniej.

2 grudnia Gazeta.pl pisała: "Naczelna Izba Lekarska podjęła uchwałę, że lekarze od 1 stycznia będą wypisywali recepty na leki refundowane, ale nie uzupełnią rubryki ws. odpłatności za lek. Zamiast tego, na recepcie ma się znaleźć pieczątka z napisem: Refundacja leku do decyzji NFZ. Apteki takie recepty zrealizują, ale będą chciały, aby pacjent płacił 100 proc. ceny leku."

Kowalski: Jestem ubezpieczony, dlaczego mam płacić za protest lekarzy?!

Kowalski przypomina sobie, że od dwóch dni mamy nowy rok, czyli nowa ustawa refundacyjna właśnie weszła w życie. Pieczątka na recepcie oznacza więc, że za opakowanie insuliny zapłaci 149 zł, a nie jak dotąd 19 zł. Tym razem już nie puka do drzwi, tylko wpada rozwścieczony do gabinetu dr Nowaka: - Płacę ubezpieczenie, mam prawo do leku refundowanego, a przez wasz protest będę musiał wydać pół wypłaty na leki - wykrzykuje.

Nowak nie bardzo wie, co powiedzieć, zaczyna tłumaczyć dlaczego protestuje: - Panie Kowalski, też mam rodzinę na utrzymaniu. Jeśli by się okazało, że pan nie ma ubezpieczenia, a ja przepiszę panu ten lek, to ja będę płacił kary - tłumaczy Nowak, ale widzi, że nie przekonał pacjenta, więc wyciąga gazetę z grudnia i cytuje z niej słowa prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej Macieja Hamankiewicza: "Naszym zadaniem jest przepisanie najlepszego leku na jednostkę chorobową, którą rozpoznamy u pacjenta. To nie do nas należy określanie uprawnień pacjenta do leku refundowanego.".

Kowalski niby zrozumiał argumenty lekarza, ale jednego pojąć nie może: - Panie doktorze, ale dlaczego ja mam za to płacić?

Lekarz: NFZ nie wnika, czy dobrze leczymy. Tylko czyha, by wlepić nam karę

Doktor Nowak poczuł, że jak nie uda mu się teraz wszystkiego wytłumaczyć, to wyjdzie na ostatnią szuję. - Panie Kowalski - zaczyna - od nas się wymaga niemożliwego. Mam mieć pewność, że jest pan ubezpieczony, a w dokumentacji nie mogę popełnić najmniejszego błędu, bo sam będę musiał płacić. Na dodatek odpowiadam własnym portfelem także za tzw. nienależna refundację. Co to znaczy? Że jeśli przepiszę jakiś lek, a to nie spodoba się kontroli z NFZ, to też będę płacił.

O takim przypadku mówił w TOK FM wiceprezes mazowieckiej izby lekarskiej Krzysztof Makuch:

"Kary można wystawić za wszystko. Lekarz emeryt wypisywał swojej umierającej na raka żonie leki przeciwbólowe. Nie uzupełniał dokładnie dokumentacji i teraz musi zapłacić za wszystkie te leki. Inny przykład. W jednym z warszawskich szpitali lekarze interniści wystawiali recepty na leki refundowane. Jeden przepisywał leki na cukrzycę, inny na raka. Okazuje się, że zgodnie z rekomendacją NFZ, aby przepisać ten lek potrzebna jest dodatkowa opinia specjalistów. To, że lek pomógł pacjentowi i był przepisany zgodnie ze sztuką medyczną, nie ma znaczenia. NFZ nie sprawdza czy lekarz się pomylił, tylko czy jest się do czego przyczepić. Jeśli jest, to trzeba nałożyć karę"

- Rozumie mnie pan, panie Kowalski? - pyta lekarz i ciągnie: - Na pana wizytę mam dziesięć minut, a teraz policzmy. Parę minut muszę poświęcić na sprawdzenie pana ubezpieczenia. Kolejne na wypisanie recepty. Muszę też przejrzeć nowe rozporządzenie, by sprawdzić, jaki stopień refundacji powinien być zastosowany w przypadku pana leku. No i ile mi zostaje panie Kowalski, na badanie i rozmowę o pańskim zdrowiu?

Kowalski wzrusza tylko ramionami i myśli: "Niby wszystko to racja, ale czemu to ja jestem tu najbardziej pokrzywdzony?"

Kowalski ma trzy wyjścia. Wszystkie złe

Co zrobi Kowalski? Może pójść do apteki i zapłacić 149 zł, czyli sto procent wartości leku za pudełko insuliny, które wystarczy mu na kilka dni. Do tego musi dokupić paski do badania poziomu cukru. Drugie wyjście: może nie kupować leku i liczyć na cudowne uzdrowienie. Może też dosłownie potraktować komunikat na recepcie i zgłosić się do oddziału NFZ po decyzję.

Kowalski już sobie wyobraża jak podjeżdża pod NFZ, a tam jak za PRL-u: kolejka na kilkadziesiąt metrów, a w niej sami Kowalscy. Czyli ci, którzy też dostali od lekarzy pieczątki z tajemniczym napisem. Ale w funduszu zdrowia nie ma osoby która może uzupełnić ich receptę. A nawet gdyby była, to i tak nie zdołałaby uzupełnić tysięcy recept z całego województwa.

Nasz Kowalski wie, że komunikat z pieczątki: "Do decyzji NFZ" ma znaczenie tylko dla lekarzy, którzy w ten sposób dają do zrozumienia, że na studiach medycznych uczyli się po to, żeby leczyć, a nie wypełniać sterty papierów.

Aptekarka by pomogła, gdyby nie ...nowa ustawa

Co więc ma robić Kowalski, by cukrzyca go nie zrujnowała również finansowo? Dzwoni do sąsiada, emerytowanego lekarza. Ten radzi: - Idź do apteki z tą receptą, weź dokument ubezpieczenia. Aptekarka musi uzupełnić twoją receptę i wyda ci lek refundowany.

Kowalski odzyskuje wiarę w system. Odwraca się w stronę gabinetu lekarskiego i gdyby drzwi były przeszklone, doktor Nowak zobaczyłby to, co kibicom w Moskwie w 1980 r. pokazał Kozakiewicz.

Radość Kowalskiego trwa chwilę, bo całej rozmowie przysłuchuje się młoda kobieta, która wyjmuje z torebki gazetę. - Czytaj pan! - mówi do Kowalskiego i wskazuje na wywiad z farmaceutką Aleksandrą Kuźniak.

"Aleksandra Kuźniak: - Chcielibyśmy, ale niestety nie będziemy mogli uzupełnić takiej recepty.

Dziennikarz: Przecież ustawa wam to nakazuje?

- Owszem, ale tylko w przypadkach, gdy jesteśmy pewni, co powinniśmy wpisać. A w przypadku refundacji nie możemy tak robić

Dziennikarz: Nawet jeśli ktoś przyjdzie z niepodważalnym dokumentem ubezpieczenia?

- Ubezpieczenie to jedno, a sposób refundacji, to inna sprawa. Nowa ustawa mówi, że ten sam lek może być refundowany w 30 procentach, albo w 50. Może też być refundowany na zasadzie ryczałtu, a może się nawet okazać, że dany lek jest bezpłatny. My nie wiemy, jaka refundacja w danym momencie się należy.

Dziennikarz: To od czego to zależy?

- I tu pojawia się problem. To zależy od konkretnego pacjenta. Kwota refundacji może być różna dla pacjenta którzy bierze duże dawki leku, a mniejsza dla pacjenta któremu potrzebna jest mniejsza ilość. Państwo więcej dopłaci temu, kto jest przewlekle chory, a mniej temu, kto potrzebuje tego samego specyfiku na dwa tygodnie. Klucz do odpowiedzi na te pytania leży w historii choroby pacjenta, a my, aptekarze, nie mamy do niej wglądu.

Dziennikarz: Czyli możliwości wypełnienia tej rubryki ma tylko lekarz?

- Zgadza się."


Czy lekarze z rządem nie mogą się dogadać?

Kowalski przeczytał, potarł czoło i ruszył do wyjścia z przychodni. Na korytarzach dziesiątki osób. Chorzy na astmę, grypę, ludzie z nadciśnieniem. Oni też dostaną taką pieczątkę. Na końcu korytarza siedzi starszy mężczyzna. Ma 70, może 80 lat. Widać, że schorowany. Kątem oka widzi, że Kowalski patrzy na jego drżącą dłoń. Staruszek z trudem podnosi głowę i nie trzeba mieć doktoratu z medycyny, by wiedzieć, że cierpi na Parkinsona. On też dostanie na recepcie taką pieczątkę.

Kowalski stoi przed przychodnią. Naprzeciwko apteka. Niby wystarczy przejść 20 metrów, wyciągnąć portfel, i po sprawie. Przelicza czego nie kupi, żeby mieć na leki. I myśli, jak to jest, że przez przepychanki lekarzy z rządem traci on i ten mężczyzna z Parkinsonem: "Czy oni nie mogli się dogadać?"

Zostawmy na chwilę Kowalskiego i jego problemy po nowym roku.

Jest 13 grudnia 2011. Może lekarze tylko straszą pieczątkowym protestem i jeszcze przed 1 stycznia zdążą się dogadać z rządem. Ministerstwo zrobi to, czego nie robiło w trakcie prac nad ustawą, czyli przemyśli przepisy dotyczące odpowiedzialności lekarzy. Obieca, że NFZ będzie tropił tylko przypadki, w których lekarze dopuszczą się nadużycia. Naczelna Rada Lekarska ogłosi wszem i wobec, że protestu nie będzie, a i minister Bartosz Arłukowicz zachłyśnie się na chwilę swoim sukcesem: w końcu już dwa miesiące po objęciu stanowiska rozwiązał poważny konflikt i ocalił pacjentów.

Tylko Kowalski markotny czegoś. On nie ma się z czego cieszyć, bo nowa ustawa zastawiła na niego jeszcze parę pułapek.
Jakich? Opowiemy o tym w kolejnym odcinku. Już jutro.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM