'Rutkowski przesadził z kamerami. To celebryta, który wszedł w rolę detektywa'

Po sprawie zaginięcia małej Magdy z Sosnowca opinia publiczna odwraca się od Krzysztofa Rutkowskiego, bo poszedł o kilka kroków za daleko i przesadził z parciem na szkoło. To celebryta, który wszedł w rolę detektywa - ocenia Tomasz Michałowicz, specjalista ds. PR, były dziennikarz "Gazety Wyborczej", współautor reportażu "Rutkowski szoł".
- Wyznanie matki małej Magdy, która w rozmowie z Rutkowskim przyznała, że dziecko wypadło jej z kocyka, było nagrywane przez kilka kamer i ewidentnie nie było to zrobione po to, aby rozwikłać zagadkę zaginięcia dziewczynki, ale po to, aby przedsiębiorstwo medialne pt. "Krzysztof Rutkowski" mogło świetnie funkcjonować - uważa Tomasz Michałowicz. - Opinia publiczna zrozumiała, że nie jest on detektywem, tylko celebrytą, którego głównym celem jest występowanie przed kamerami, liczba kamer obnażyła jego prawdziwe intencje - dodaje PR-owiec.

Nagranie wyznania matki Madzi. Studio telewizyjne Rutkowski&Co?

Celebryta, któremu szkodzą okulary

- Rutkowski przez wiele lat konsekwentnie budował swój wizerunek jako detektywa, ale jego błąd polegał na tym, że był on bardziej celebrytą niż śledczym - uważa Michałowicz. Jednym z błędów wizerunkowych detektywa mają być jego okulary, których ten prawie nigdy nie zdejmuje nawet przed kamerami. - Jego wielkim sukcesem za to jest to, że jest postrzegany jako skuteczny, choć tak naprawdę wielu sukcesów nie może sobie przypisać - ocenia Michałowicz.

Rutkowski szoł

Rutkowski zarabia na tym, że jest rozpoznawalny. - Za miesięczną obserwację małżonka, którego żona podejrzewa o zdradę, brał kilka lat temu 20 tysięcy złotych, choć inni robili to za 6 tysięcy - mówi Michałowicz, współautor opublikowanego w 2006 roku reportażu "Rutkowski szoł". - Brał tyle niezależnie od tego, czy był jakiś efekt czy nie. Jak mówił jeden z moich informatorów bywało, że Rutkowski wyjeżdżał na Wyspy i tyle go widziano - wspomina były dziennikarz.

Rutkowski czuje media

Michałowicz nie ukrywa, że wszyscy jego informatorzy podkreślali, że Rutkowski ma nieprawdopodobną zdolność dawania mediom to, czego oni oczekują. - Potrafił historię prostego konfliktu rodzinnego, gdzie ojciec zabrał na kilka dni dziecko matce, sprzedać dziennikarzom na dwadzieścia różnych sposobów tylko po to, żeby tyle razy jego nazwisko pojawiło się w mediach - mówi Michałowicz. - A żeby było zabawniej, sprawą osobiście się nie zajmował, robił to jego ówczesny wspólnik detektyw Waldemar Czerwiński (zmarł w 2007 roku) - dodaje autor reportażu.

Swojego czasu TVN pokazywał paradokument pt: "Detektyw". Rutkowski miał robić wszystko, żeby jego akcje z zatrzymań wypadały w telewizji jak najbardziej spektakularnie. - Jeżeli było mało Wietnamczyków na stadionie, zapraszał innych, żeby się kładli na ziemię i żeby wyglądało, że zatrzymał większą grupę - mówi Michałowicz.

Odbijanie zakładników automatyczne

Jego rozmówcy wspominali, że Rutkowskiemu najlepiej szło odbijanie porywaczom zakładników, a to dlatego, że miał on bardzo dobre rozeznanie wśród grup, które porywały dla okupu. - Jak mówił jeden z informatorów, pieniądze szły, a porwany był oddawany; po jakimś czasie pojawiły się wątpliwości czy ta bliska współpraca Rutkowskiego z porywaczami nie jest zbyt bliska, bo odbijanie zakładników szło mu niemal automatycznie - podkreśla Michałowicz.

- Tego rodzaju kontakty spowodowały, ze Rutkowski spędził trochę czasu w areszcie, te sprawy się rozmyły, ale na jakiś czas zakończyła się kariera Rutkowskiego w mediach - przypomina były dziennikarz. - Od tamtej pory robi wszystko, aby do nich wrócić - dodaje.

Stowarzyszenie Detektywów: Rutkowski? Brak moralności, irracjonalne zacietrzewienie

DOSTĘP PREMIUM