Ludzie dzwonią do prokuratorów. Domagają się listy sklepów [AFERA SOLNA]

Od wczoraj telefony urywają się nie tylko w poznańskim sanepidzie. Ludzie dzwonią do rzecznika Prokuratury Okręgowej w Poznaniu i pytają, czy sklep, w którym kupują wędliny, jest bezpieczny. W niedzielę radio RMF FM podało, że przez kilkanaście lat sól odpadowa, wykorzystywana do posypywania dróg, była sprzedawana producentom żywności.
Magdalena Mazur-Prus, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, która zajmuje się sprawą, przyznaje, że od wczoraj prawie nie odrywa ucha od słuchawki. Ludzie chcą wiedzieć, czy sklepy, w których robią zakupy, są bezpieczne. - Dzwoniła pani, która robi zakupy w delikatesach znanej sieci. Prosiła o listę produktów mięsnych, do których mogła być dodana sól. Pytała, czy może nadal w sieci handlowej kupować kiełbasy, parówki i inne przetwory - opowiada.

Czy moja firma jest bezpieczna?

Zresztą to dotyczy nie tylko klientów. - Wczoraj rano pojawił się u nas przedstawiciel producenta z branży mięsnej z Mazowsza. Chciał poznać firmy, które w sól się zaopatrywały. Obawiał się, że na tej liście mogą być takie, które produkują przyprawy używane przy produkcji mięs. Chciał się upewnić, że jego firma tych przypraw nie zakupiła. Wsiadł najpewniej w pociąg z Warszawy do Poznania nad ranem, bo gdy prokuratura zaczęła pracę, już był u mnie w biurze. Był bardzo zdenerwowany - opowiada rzeczniczka.

Ludzie domagają się przedstawienia listy firm, które sól odbierały od hurtowni. - To nie byłoby jeszcze takie złe. Spotykamy się też z żądaniami konkretnej listy sklepów i produktów, do których ta sól została użyta - opowiada rzeczniczka.

Według wstępnych informacji hurtownie sprzedawały sól producentom w woj. wielkopolskim, mazowieckim i kujawsko-pomorskim. Ale proceder trwał przez 10 lat, możliwe więc, że niebezpieczna dla ludzi sól trafiła do sklepów w całym kraju.

Sporządzenie listy musi potrwać

Mazur-Prus apeluje o cierpliwość: - Tak samo jak dziennikarze, tak też pozostałe osoby muszą poczekać, aż funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego sporządzą listę firm odbiorców soli odpadowej, a to może jeszcze trochę potrwać. Natomiast informacja o samych produktach, które mogą być potencjalnie niebezpieczne, powstanie, dopiero gdy wykonane zostaną badania, zarówno przez biegłych powołanych przez prowadzących śledztwo, jak i Wielkopolski Inspektorat Sanitarny - tłumaczy rzeczniczka. - Sanepid, z tego co wiem, już podjął takie kroki, by ustalić, gdzie taka sól mogła powstać, do jakich produktów została użyta. I czy rzeczywiście może ona zagrażać życiu lub zdrowiu osób, które te produkty spożywały - tłumaczy w rozmowie z TOK FM.

Dodaje, że nikt nie siedzi bezczynnie. - Ale to nie jest tak, że już dziś będziemy coś wiedzieli, usuwali z półek wyroby, zamykali zakłady. Do tego droga daleka - wyjaśnia Mazur-Prus.

Teraz już może być tylko lepiej

Rzecznik przyznaje, że zdarzają się też telefony, w których pojawiają się oskarżenia, że prokuratura, ujawniając sprawę, zasiała niepotrzebną panikę wśród ludzi. - Przeciwnie. Chcieliśmy uspokoić ludzi, że sprawą się zajęliśmy i że temu procederowi został położony kres - mówi TOK FM Magdalena Mazur-Prus.

Sól do posypywania dróg w kiełbasie?

Trzy firmy - dwie z województwa kujawsko-pomorskiego i jedna z woj. wielkopolskiego - mogły sprzedawać miesięcznie tysiące ton niejadalnej soli, twierdząc, że jest to sól spożywcza - wynika z ustaleń CBŚ i poznańskiej prokuratury. Mogło to trwać kilka lat. Z ustaleń CBŚ wynika, że każda z firm miesięcznie sprzedawała mniej więcej tysiąc ton soli. Kupowały ją jako tzw. sól wypadową - odpad przy produkcji chlorku wapnia, używany m.in. do posypywania zimą dróg - po mniej więcej 130 zł za tonę i sprzedawały jako spożywczą po mniej więcej 400 zł. Zarabiały na tym rocznie po kilka milionów złotych. Sól trafiała głównie do odbiorców hurtowych, wytwórni wędlin, przetwórni ryb, mleczarni czy piekarni, skąd mogła trafić do sklepów w całym kraju. Zatrzymano w tej sprawie już pięć osób. Zapowiadane są kontrole w sklepach w całym kraju.

DOSTĘP PREMIUM