Piechociński w TOK FM o kolejnictwie: Teraz umiera więcej inżynierów, niż przychodzi z uczelni

- To, co się stało, jest papierkiem lakmusowym tego, co zrobiliśmy my, politycy, urzędnicy, kolejarze, wreszcie my, obywatele, z tą ważną częścią polskiej gospodarki, jaką jest kolej - powiedział w TOK FM Janusz Piechociński, odnosząc się do katastrofy pod Szczekocinami. Zdaniem posła PSL na kolei przede wszystkim brakuje kadr. - To żenujące, że ludzie infrastruktury dobijają się do kolejnego premiera o odtworzenie szkoleń technicznych. Teraz umiera więcej inżynierów, niż przychodzi z uczelni - mówił polityk.
- Obok tego, co pewnie było błędem ludzkim: źle zastosowaną techniką czy brakiem komunikatywności na szlaku pomiędzy kolejarzami, to, co się stało, jest papierkiem lakmusowym tego, co zrobiliśmy my, politycy, urzędnicy, kolejarze, wreszcie my, obywatele, z tą ważną częścią polskiej gospodarki - powiedział w TOK FM Janusz Piechociński, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Infrastruktury.

- Polska kolej jest miejscami XIX-wieczna. Mamy kilkadziesiąt wiaduktów i mostów często na pograniczu wydolności o znacznie ograniczonej możliwości przewozów ciężkich. Za chwilę to jest kolej XX-wieczna, kiedy sobie mówimy, z jaką prędkością pędziły pociągi przed wojną, takie jak Luxorpeda do Zakopanego albo na odcinku Wrocław - Berlin - mówił poseł PSL. - Dalej mówimy o roku 2001, kiedy to z przedsiębiorstwa państwowego-mocarstwa, kilkusettysięcznego zakładu, uruchomiliśmy proces budowania kilkudziesięciu spółek, który wymknął się spod kontroli. Stworzyliśmy holding, który nie był holdingiem. My, politycy, w końcówce rządu AWS-UW wpisaliśmy, że tylko przewozy regionalne wymagają dotacji budżetowej na poziomie 800 mln zł. Na koniec po 2005 r. pojawiają się z opóźnieniem środki unijne - opowiadał Piechociński.



Są i sukcesy

Tymczasem, jak mówił, w ciągu 20 lat zmieniła się polska gospodarka. - Mamy linie kolejowe tam, gdzie nie mamy towarów, linie kolejowe niskiej jakości tam, gdzie nie mamy pasażerów. Często stosunkowo niewielkie inwestycje, na poziomie kilku miliardów złotych, dawałyby olbrzymiego kopa do przodu - uważa poseł PSL.

Wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Infrastruktury widzi też dobre strony związane z koleją. - Na polskim rynku obok firm globalnych pojawiła się PESA ze znakomitymi modelami, pojawił się Newag, mamy kilka istotnych zakładów związanych z modernizacją lokomotyw, jesteśmy poważnym producentem pudeł wagonowych, mamy świetną automatykę - wyliczał polityk.

Kadry umierają

- Z drugiej strony brakuje niemal wszystkiego. Po pierwsze, kadr. Żenujące jest to, że my, ludzie infrastruktury, dobijamy się do kolejnego premiera i ministra edukacji, żeby wreszcie odtworzyć szkolenie techniczne takich prozaicznych zawodów, jak automatyk kolejowy, maszynista, technik kolejowy. To szkolnictwo nam się rozpadło - narzekał Piechociński.

- Dziś więcej umiera inżynierów z uprawnieniami do samodzielnych funkcji w kolejnictwie, niż przychodzi z uczelni. Szczególnie dramatyczna sytuacja jest w niszowych zawodach kolejowych. Większość młodych techników i tak trafia do firm okołokolejowych, bo tam na starcie ma 5-6 tys. brutto, podczas gdy w kolejnictwie zarobiliby nie więcej niż 3 tys. brutto - wyjaśniał polityk. - Jak pojawiły się pierwsze duże pieniądze, to nie bardzo jest kim te pieniądze przerobić - dodał.

Przesunięcie pieniędzy z kolei na drogi to strzał w stopę

Z pieniędzmi, zdaniem Piechocińskiego, też jest kłopot. - W przyszłym roku wykorzystamy już środki unijne na drogi. Stąd między innymi pomysł, żeby miliard zabrany kolei dorzucić do dróg i dokończyć S3 w Lubuskiem i S17 pod Lublinem - tłumaczył. - Ale zobaczmy, jak to zostało zrobione... Decyzja zapadła na szczeblu rządu. Do Brukseli wysłano świeżego po wpadce z rozkładem wiceministra Massela. Przedłożył Komisji Europejskiej następujące przesłanie: "teraz to tych pieniędzy na kolej to przyznaliście nam trochę za dużo, ale w następnej perspektywie to mamy tak olbrzymie problemy z koleją, że weźmiemy parę miliardów". Sami sobie wybijamy argumenty - krytykował poseł PSL.

Zdaniem członka sejmowej Komisji Infrastruktury jest trochę mitów związanych z wypadkami na kolei. - Raport europejski słusznie wytyka, że w Polsce statystycznie jest kilkaset ofiar na szlakach kolejowych [w 2010 roku było ich 449 - przyp. red.] - przyznał. Dodał jednak: - Kiedy odczytamy to inaczej, zobaczymy, że przede wszystkim są to wypadki na przejazdach kolejowych, głównie z winy kierowców. Mamy też dużo prób samobójczych. To się wszystko na siebie nakłada - tłumaczył polityk.

DOSTĘP PREMIUM